piątek, marca 16, 2012

Wyższość Mary Poppins nad Milanem Kunderą

Wczoraj, w czwartkowych godzinach popołudniowych, czyli właśnie w chwili, kiedy poniedziałek zdaje się być zamierzchłą przeszością, natomiast piątek nadal beznadziejnie nieosiągalny, baterie wyczerpane, w pracy zajęć tyle, że w sumie nie ma sensu nawet czegokolwiek zaczynać a za oknem wiosna na całego...Krótko mówiąc: kiedy tydzień zdaje się ciągnąć w nieskończoność...podchodzi do mnie szefowa z pytaniem, czy wszystko u mnie dobrze bo jakąś taką mam niewyraźną minę. Odpowiadam, że i owszem wszystko ok, tylko właśnie w tym momencie odczuwam coś jakby lekką nieznośność bytu... i robię przy tym minę zupenie niewinną. Wrażenie musiało być porażające, bo szefowa przycupnęła na najbliższym krześle obrotowym, żeby w spokoju półgłosem ze trzy razy powtórzyć sobie tę lekką nieznośność bytu i ostatecznie dać za wygraną, że nie ma pojęcia o co mi chodzi. Pomyślałam, że nie ma co mówić o Kunderze ani o parafrazie. Właściwie to o nic - przyznałam a dziś, dzisiaj na to samo pytanie uśmiechnęłam się szeroko i zamiast parafrazy zdecydowałam się na plagiat z (musicalu) Mary Poppins
In every job it must be done
There is an element of fun
You find the fun and snap the job's game
Cóż, supercalifragilisticexpialidocious....
.

sobota, marca 03, 2012

Literatura przełomu czy przełom w literaturze.


W 2011 roku jedna z najbardziej prestiżowych nagród literartury niemieckojęzycznej, a więc nie niemieckiej (sic!): Deutscher Buchpreis przypadła w udziale Eugenowi Ruge za powieść In Zeiten des abnehmenden Lichtes. Ten fakt utwierdza w przekonaniu, że moda na literaturę przełomu wciąż trwa a Niemcy nadal szukają z utęsknieniem tego jedynego literackiego kompendium, w którym odzwierciedli sie cała kompleksowość problematyki społeczno-historycznej narosła wokół Muru Berlińskiego, podziału Niemiec i niemiej problematycznego ich zjednoczenia. Mnogość tytułów poświęconych tematyce najnowszej historii niemiecko-niemieckiej sprawiła, że już w latach 90-tych zaczęto mówić o Wendeliteratur (literatura przełomu), do obiegu trafiło uśpione od czasów kultowej powieści Döblina Berlin, Alexanderplatz pojęcie powieści berlińskiej Berliner Roman  oraz tzw. literatura NRD DDR-Literatur. Cała ta nomenklatura zamiast cokolwiek rozjaśnić rozmyła zupełnie znaczeniowe kontury. Trudno tu mówić o jakimś konkretnym gatunku z formalnego punktu widzenia choć zasadniczo dominuje powieść. Za to nikt nie jest w stanie określić, co właściwie czyni z książki w jakikolwiek sposób dotyczącej powojennych Niemiec literaturę przełomu. Czy jej akcja musi toczyć się w Berlinie, skoro równie dobrze można pisać literaturę przełomu z perspektywy prowincji, co udowodnił Ingo Schulze chociażby w powieści Neue Leben. Czy twórcą musi być Niemiec z doświadczeniem (piętnem?) Enerdowca niczym (w tym roku zresztą zmarła) Christa Wolf? Czy w centrum wydarzeń stać musi ten dość zaskakujący w swoim przebiegu 9. listopada (nota bene data boleśnie pamiętna w niemieckiej historii) roku 1989? Sven Regener w powieści Pan Lehmann uznawanej za klasykę literatury przełomu poświęcił wydarzeniom tej nocy jakieś ostatnie półtorej strony swojej książki, podczas kiedy jego bohater przysypiał nad kolejnym piwem w knajpie na Kreuzbergu. Czy w takim razie w wypadku Wendeliteratur mowa musi być o czasach sprzed lub wręcz po? Kolejne bestsellery literatury przełomu jedynie oddalają od jakiegokolwiek konsensu. Także stylistyka narracyjna rozciąga się od sentymentalnnego enerdowskiego Weltschmerzu po obsceniczną kpinę (tu sztandarowy przykład Helden wie wir Thomasa Brussiga). Wśród autorów literatury przełomu wymienia się jednym tchem Jensa Sparschuha, Judith Hermann, Wolfganga Hilbiga, Michaela Schindhelma, Monikę Maron a ostatnio Eugena Ruge właśnie.
Co nowego napisać mógł Eugen Ruge w powieści In Zeiten des abnehmenden Lichts w ponad dwie dekady po zjednoczeniu Niemiec, co wyróżnia go na tle poprzedników?

Kto wie, może to właśnie upływ czasu, który wzbogacił narrację o bohatera kolejnego pokolenia jest największym atutem książki. Trudno mówić tutaj o rodzinnej sadze, ale jednak to życie czterech pokoleń niemieckiej rodziny a wraz z nim powojennne kulisy historii niemieckiej są tematem książki Eugena Ruge. Paradoksalnie w niechronologicznej narracji zawiera się przekaz o tym, jak bardzo historia rzutuje na kolejność losów bohaterów, na pewną przewidywalną schematyczność ich życiorysów. Autor, przejmując narracyjny punkt widzenia poszczególnych postaci udowadnia nam, że postępowanie każdej z nich legitymuje się czasami, w jakich przyszło im podejmować decyzje, żyć niezupełnie własne życie. Zastanawiające, że ostatecznie każdy z tych zupełnie odmiennych charakterów, życiowych wyborów wywołuje pewną sympatię lub przynajmniej zrozumienie.

I chyba właśnie to zdecentralizowane spojrzenie na powojenne niemieckie społeczeństwo jest czymś wzbogacającym dotychczasową Wendeliteratur. Eugen Ruge potrafi wręcz w dwóch zdaniach zawrzeć problematykę niemieckiej historii XX.wieku:
Tatsächlich hatten Charlotte und Wilhelm ja alles zusammen mit dem Haus übernommen (genauer gesagt: alles, was nach den sowjetischen Offizieren, die hier eine Zeitlang gehaust hatten, noch übrig geblieben war). Nur das Essbesteck mit dem winzigen Hakenkreuz, das hinter den Initialien eingraviert war, hatten sie aussortiert, was letzlich dazu führte, dass man seine Torte hier von Nazi-Tellern löffelte – aber mit Besteck aus volkseigener Produktion.

Zdaje się, że o wiele ważniejsza próba syntezy przedsięwzięta przez autora dotyczy postaci, kolejnych generacji rodziny, która nie stanowi jednak rzeczywistej wspólnoty. Praktycznie każdy z bohaterów powieści Eugena Ruge cierpi na syndrom wykluczonego poza nawias, i to poczucie wyobcowania przybiera najrozmaitsze formy jednak ma ciągle jeden i ten sam fatalny efekt: przekonanie o osamotnieniu, niezrozumieniu przez innych. Ciekawe, że myśl ta sformułowana zostaje dopiero na końcowych stronach książki przez Markusa, najmłodsze pokolenie rodziny Umnitzer… w nigdy nie napisanym liście do kobiety, którą porzucił.

Podtytuł In Zeiten des abnehmenden Lichts to Roman einer Familie. I tutaj można długo dyskutować o funkcji stylistycznej i znaczeniowej niemieckiego rodzajnika nieokreślonego. Z perspektywy lektury to  jednak jakiś symbolizm niż jednostkowość. Cóż, zadanie pozostawione zostaje tłumaczowi a ja zmykam na kolację.

sobota, lutego 25, 2012

Dlaczego znów o Houellebecqu?

Po części dlatego, że przy okazji pisania o Cząstkach elementarnych obiecałam wspomnieć kilkoma słowami o ostatnio wydanej książce autora pt. Mapa i terytorium, a przede wszystkim ze względu na komentarz Aniki, który sprowokował mnie do zabrania słowa, czytaj: zamieszczenia posta.
Houellebecqua w zasadzie nie trzeba ani bronić ani reklamować. Nagroda im. Goncourtów w roku 2010 oraz niesłabnące zainteresowanie czytelnicze potwiedzają, że notowania pisarza stoją wysoko, mimo, że sam Houellebecq niechętny wszelkim publicznym wystąpieniom zdaje się być ostatnią osobą, ktora o sławę i uznanie zabiega. Wywiady z Francuzem są rozpaczliwą próbą dziennikarską wyduszenia z antypatycznego i programowo niechętnego pisarza odpowiedzi jakichkolwiek, byle dłuższych niż tak lub nie. I coś każe mi podejrzewać, że w gruncie rzeczy swoich czytelników Houellebecq nie darzy o wiele cieplejszymi uczuciami.
Na czym polega w takim razie sukces pisarza, którego nazwisko wymawia się notorycznie niepoprawnie (co do mnie, zamiast mówienia ratuję się pisaniem)? W jaki sposób w XXI wieku sławę osiągnąć może ktoś tak niemedialny, wręcz nie lubiący publiczności? Ktoś piszący o... o... No właśnie, o czym? Zwykle z satysfakcją podszytą szyderstwem czytam streszczenia ze skrzydełek książek Houellebecqa. Ile to się ktoś musiał nabiedzić, żeby sklecić kilka zdań wprowadzających do samej lektury, skoro ostatecznie wyszło mu streszczenie... Prawda jest taka, że Houellebecq opisuje życie jakie jest na co dzień, czyli zwyczajne, nużące i z perspektywy czasu pozbawione czegoś, co zwykliśmy nazywać sensem. Mało jest współczesnych pisarzy, którzy pozwalają sobie na tyle szczerości i obiektywizmu w opisywaniu ludzkiej egzystencji. I zadziwiające, że tyle jest czytelników gotowych na tę dosyć masochistyczną konfrontację. Prawda o czowieku wspóczesnym według Houellebecqa to jego egzystencjalna samotność, fizyczność, która ogranicza i świadomość śmiertelności, która odbiera codziennym dążeniom i celom większe znaczenie. I skoro mapa ostatecznie ciekawsza jest od samego terytorium to rzeczywistość w której realnie funkcjonujemy przegrywa z jej obrazem który stwarzamy, żeby jakoś samych siebie uspokoić. To coś jak z dobrymi zdjęciami poddanymi obróbce, zrobionymi w zupełnie nieciekawych miejscach. Trochę kwestia kunsztu, trochę niepamięci.
Ciekawy jest ten eksperyment literackiego autoportretu i jeszcze ciekawszy autouśmiercenia (skoro i tak już wiadomo...). Jakby Houellebecq postawił wyzwanie własnemu stylowi literackiemu. Dla tych z Was, którzy nie bardzo znają ten styl wybrałam pewne zdanie z Mapy i terytorium:
I bez tego, pomyślał Jed, możemy się spodziewać wyjątkowego przyjęcia ze strony hotelarzy: para modych, bogatych ludzi z miasta, bez dzieci, raczej atrakcyjnych z estetycznego punktu widzenia, jeszcze na pierwszym etapie swej historii miłosnej, a więc gotowych do zachwytu nad wszystkim w nadziei zgromadzenia zapasu p i ę k n y c h        w s p o m n i e ń, które posłużą w trudnych latach, może nawet pozwolą przetrwać             k r y z y s   z w i ą z k u - dla każdego hotelarza lub restauratorastanowili archetyp idealnych klientów.
Jak wiadomo, wszystko jest kwestią punktu widzenia. Autor  Houellebecq a wraz z nim i jego bohaterowie widzi i opisuje świat bez emocji, z dystansem, jakby mechanicznie. Jest w tym jakaś hiperświadomość własnego ja, stosunków międzyludzkich, społecznych mechanizmów. Houellebecq stwarzający bohatera: pisarza Michela Houellebecqa udowadnia, że ten dystans potrafi zachować także do siebie. Nie ma podstaw, żeby literackiego Houellebecqa nie uważać za wierną kopię pierwowzoru.... tak samo, jak nie ma podstaw, żeby twierdzić, że pisarz napisał p r a w d ę wymyślając własną śmierć. Także w tej kwestii autor pozostał wierny wyznawanemu credo: jedynym prawdziwym końcem historii kogokolwiek jest jego śmierć. O ile Houellebecqa nie interesuje dziecko nie będące w pełni świadomym odbiorcą świata i własnej tożsamości, o tyle zawsze towarzyszy własnym bohaterom do ich materialnego końca. Każde inne zakończenie książki pozostawia bowiem czytelnikowi złudzenie trwania momentu, w którym pisarz zakończył historię. Żyli długo i szczęśliwie z założenia nie może być ostatnim zdaniem Houellebecqa, ponieważ koniec jest zawsze jeden i nieuchronny.
Pamiętam, że po pierwszej lekturze widziałam w  Houellebecqu wielkiego pesymistę, wręcz fatalistę. Tymczasem to współczesny literacki kontynuator myśli egzystencjalnej. Dziś myślę raczej o jego książkach jako o literackim objektywizmie. Czytanie Houellebecqa wymaga pewnego dystansu tak samo do książki jak i do samego siebie w sytauacji, kiedy fikcja literacka jest tak boleśnie niefikcyjna.

Na dobry koniec, obraz Jacksona Pollocka, malarza, którym  zainspirował się Houellebecq wymyślając koniec wasnej historii...

wtorek, lutego 07, 2012

Wspomnienie pewnej chwili 1923-2012

Znacie ten wiersz Trzy słowa najdziwniwjsze?
Przeczytajcie, jest krótki:

Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.

Kiedy wamawiam słowo Cisza,
niszczę ją.

Kiedy wymawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie.

Napisała ten wiersz Wisława Szymborska i kiedy wymawiam słowo Szymborska to myślę o wieszach jak ten, dzięki którym po odurzeniu poezją Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej czy Poświatowskiej odkryłam dla siebie tą mistrzynię słowa tak oddaną obserwowaniu świata i ludzi wokół, tak umiejętnie opisującą te obrazy w wierszach. I widzę tę twarz, poetki już statecznej, docenionej, drobnej i pomarszczonej osóbki osnutej dymem papierosowym, uśmiechającej się jak kot – trochę figlarnie, trochę ironicznie, jakby ponad wszystkim.
Poezja Szymboskiej jest nadal, choć nie ma już Szymboskiej, jest jak ten kot w pustym mieszkaniu, któremu trzeba otworzyć drzwi, pozwolić snuć się po dachach i parkanach bo taka kocia natura. Brać i dawć wedle uznania. Jaka jest ta poezja? Jest nami, jest wiekiem XX, nawet XXI ubranym w wiersz, jest wystawą sklepową, przed którą nawet najbardziej zabiegani zatrzymują się, żeby… zobaczyć nieostre odbicie siebie samych.
.Radość pisania to jakby twórcze credo autorki
Radość pisania
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej.
Wiersze Szymboskiej są miniaturami naszych życiorysów, takie niepojęcie osobiste a jednak uniwersalne. Nie trzymają się nich ani kurz, ani patyna. I są poetyczną afirmacją życia, które się nam przytrafiło (Allegro ma non troppo!), które przydarzyło się naszej Poetce, które kochała i przelewała to ciepłe uczucie na karty tomików wiedząc, że kiedyś przyjdzie czas zostawić wszystko co drogie. Że Chwila trwa tyle co ludzkie życie 
Jedna z tych ziemskich chwil
proszonych, żeby trwały.
Szymborskiej Nic dwa razy sprawia, że nagle zimą mróz mniej dokucza a noc zdaje się jakby mniej ciemna.  Jej poezja jest pełna pytań (Czemu w zanadto jednej osobie?/ Tej a nie innej? I co tu robie?) do siebie samej ale i do czytelnika. Szymborską cechowała niesamowita empatia, poetka potrafiła jak nikt pisać z perspektywy życiorysów złych i dobrych, odległych i nam współczesnych wciąż szukając własnych odpowiedzi, nie zadawalając się utartymi myślowymi ścieżkami. Humanistka, w chyba przestarzałym już znaczeniu tego słowa. Radosna i zamyślona, zawsze szczera, niestrudzenie obserwująca ludzi, krajobraz, własne lustrzane odbicie. Jej śmierć to zgodnie z dolą jednostek ważnych ostatni występ, wielki wieczór autorski dla wielu oddanych i jeszcze większych mas ciekawskich, na którym pojawić trzeba się mimo woli i nic nie można dodać na swoją obronę. I chociaż nie wszystko zostało jeszcze napisane, teraz musimy obejść się bez niej i czytać, widzieć i słyszeć w wierszach, które nam zostawiła. Pamiętać przede wszystkim jako Wisławę Szymborską, zanim zamkniemy ją w trumnie z napisem Noblistka.
Szymborska sama takie napisała sobie epitafium:
Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.

I chyba taką powinniśmy ją pamiętać.
I czytać.
A czasem i oglądać. Czy wiecie, że Szymborska pasjami kreowała karty okolicznościowe, które wysyłała swoim bliskim i przyjaciołom. Poniżej trzy przykłady pochodzące z albumu Anny Bikont i Joanny Szczęsnej Pamiątkowe rupiecie przyjeciele i sny Wisławy Szymborskiej:



piątek, grudnia 30, 2011

Naprawdę niekończąca się opowieść

Przyznaję z poczucia przyzwoitości względem niewielu i tym samym jakże nieocenionych Czytelników BQ, że ten post nie powstał w grudniu 2011, a trzy miesiące później ze względów natury pragmatyczno-prozaicznych:

1) Aby nie zwracać uwagi na opisaną w poście lekturę w sytuacji, kiedy niektórzy z Czytelników mieli zostać nią świątecznie obdarowani.
2) Pisanie musiało zostać poprzedzone przeczytaniem  w s z y s t k i e g o, co zostało do tej pory wydane - i tutaj muszę dla uściślenia dodać - co wydane zostało w języku niemieckim
3) Przedświąteczny nawał wszelkich możliwych zajęć, następnie zespół stresu przednoworocznego, czyli nadrabianie wszystkiego, czego przez ostatnie 360 dni nie udało mi sie zrealizować a co do Nowego Roku absolutnie zaczekać nie może. I ten syndrom z każdym rokiem staje się coraz uciążliwszy.
4) A potem to już tylko leniwa proza życia odciągała mnie od pisania.

A mowa będzie o bombastycznym eposie fantasy Georga R.R. Martina, który dla pisania Piesni Lodu i Ognia rzucił świat scenariuszy Hollywood, żeby nomen omen właśnie za sprawą swojego pisania do niego powrócić. I trzeba przyznać, że serial produkcji HBO nakręcony na podstawie sagi Martina ogląda się naprawdę dobrze. To kwestia dobrych zdjęć i dobranych aktorów a pewnie też faktu, że sam George Martin odpowiada za scenariusz ekranizacji.

Wracając jednak do książki... Większość machnie ręką na fantasy. Ja też w tym temacie jestem laikiem. W sumie to poza Tolkienem, Pratchettem, Intruzem Stephanie Meyer, czy Grą Endera autorstwa Orsona Scotta Carda niewiele więcej mam w tym temacie czytelniczego doświadczenia, a przynajmniej nic mi nie przychodzi w tej chwili do głowy. Ale z Martinem jest tak, jak obiecywał (zresztą już od bardzo dawna) A.: zaczniesz i już nie uwolnisz się z czytelniczego opętania, póki nie przebrniesz przez te setki stron pisanych jakby bez najmniejszego wysiłku. I chociaż przeklinasz autora, że tak przędzie bez końca swą opowieść o rodach Starków, Lennisterów, Targaryenów et cetera et cetera...miotając swymi bohaterami niczym sam los między chwałą i zgubą, to jednak nie sposób oderwać się od tej lektury przed mimo wszystko kiedyś następującą o s t a t n i ą stroną o s t a t n i o wydanego tomu (aktualnie mowa o Tańcu ze smokami). I znów można czekać z niecierpliwością (autor Martin najwyraźniej spieszyć się nie ma zamiaru) na tzw. ciąg dalszy. 

Pieśń Lodu i Ognia imponuje niesamowitą wręcz wirtuozerią kulisów stworzonego świata, wielowątkością, bogactwem postaci i ich dogłębnie przemyślanymi charakterystykami. Pewnie każdy z czytających  już w trakcie lektury pierwszego tomu (Gra o tron) krystalizuje własne sympatie i antypatie i potem z każdą kolejną stroną drży o życie ulubionych bohaterów i równie intensywnie złorzeczy znienawidzonym postaciom, póki w pewnym momencie nie pojmie, że z czasem staje się ofiarą sprytnych manipulacji autora, który opowiada z coraz to innej perspektywy narratorskiej. Opowiada o świecie ludzi, którzy o magii bajają dzieciom jak Stara Nan, myśląc, że na zawsze przynależy ona do sfery wyobraźni, opowiada o sędziwych rodach grających grę o trony, o wielkich wygranych i równie wielkich porażkach. Całość to monumentalna baśń równie okrutna jak i piękna. I tak wspaniale jest zaszyć się na długie godziny w jakimś głębokim fotelu, przykryć kocem i popijając herbatką czyyyyytać długimi godzinami, wręcz połykać kolejne rozdziały niczym przebiegle dozowaną przynętę i wyleźć ze swojego gniazdka tylko po to, żeby szybko przynieść z księgarni kolejne apetyczne tomisko. I oczywiście wyobrażać sobie mroczne krainy Północy, posiadłość na Winterfell czy egzotyczne Południe, drżeć przed Innymi i wzdychać do... no powiedzmy, że to już kwestia dość subiektywna.

W kwietniu 2012 druga seria Pieśni Lodu i Ognia wchodzi na ekrany. Póki co za oceanem ale George R.R. Martin jak nikt doskonali swoich czytelników w sztuce cierpliwości, więc poczekamy i zobaczymy, czy zima nadejdzie.

czwartek, listopada 03, 2011

Dobre problemy

Czy to już oksymoron? Co na to powiedzaiłby Pan Polonista Łusi Pałys? Moj teść używa takiego sformułowania dość często, zwykle właśnie w stosunku do moich problemów i dzisiaj sama złapałam się na tym, ze mam dobry problem na głowie: tyle książek czekających na przeczytanie i jakoś nie mogę zdecydować się od czego zacząć, ba, nawet w jakim języku... 
Przyglądam się naszej domowej biblioteczce i nie wygląda to najgorzej. Co prawda w stosunku do zasobów Mamy to konkurencja żadna, ale z czasem u nas też książki mnożą się coraz swawolniej. Regały dla oszczędności skleciliśmy sami i wygląda to mniej więcej tak:


Najbardziej lubię we własnej czytelni fakt, że każda z tych książek ma swoją historię, przypomina ludzi i miejsca, czasem wręcz konkretną chwilę, dźwięki czy zapach. O, tutaj na przykład stoi Haruki Murakami, czytany niemożliwie ciepłym latem w Bonn, za nim jeszcze całkiem dawne szkolne fascynacje czyli cała seria książek Jonathana Carrolla na czele z Krainą Chichów. Na półce spotykają się zupenie niespotykanie Walter Scott z Karen Blixen (to z czasów fascynacji Afryką epoki kolonialnej, teraz widzianej zupenie innymi oczami) i nie wiem, czy w rzeczywistości dobraną stanowiliby parę. Czy Bracia Karamazow zadowoleni są z bliskiego towarzystwa Wielkiego Gatesby’ego?
Jest tyle książek niepowtarzalnych, jak te B.I. Singera albo Canettiego. Tyle tytułów, które chciałabym polecić Waszej pamięci, jak choćby Księgę ojców Miklósa Vámosa z mojego kącika węgierskiego albo „naszego” Weisera Dawidka tak bardzo swą atmosferą przypominającą opowiadanie Grassa Kot i mysz, ale być może to tylko ten sam szum bałtyckich fal i gdański bruk… Jest u nas  także miejsce dla tych, którzy z piedestału mistrzów zdąrzyli spaść jak Olga Tokarczuk, którą jeszcze przed pisaniem bylejakim zdąrzyłam pewnego popołudnia poprosić o autograf wpisany do niegdysiejszej mojej lektury: Odrazy László Németha… Są wreszcie mistrzowie niepodważalni i wieczni jak skała: Kafka, bracia Mann, czy Kleist. I pewnie byłoby nam wśród tych wielkich nazwisk zbyt poważnie i nieswojo, gdyby nie mieszkały z nami także wielkie romanse Lady Mitchell czy Iana McEvana , młodzi gniewni jak Sylwia Chutnik i całe światy fantasy (to zwłaszcza kolekcja A.) I wreszcie jest w naszej bibliotece miejsce na wspomnienia dzieciństwa cudownie podkolorowanego i niezapomnianego, kiedy Bajarka opowiada/ła Mamy głosem, baśnie Andresena nie dawały zasnąć a szczytem szczęścia wydawało się przenieść do Bullerbyn i potajemnie kochało w Tajemniczym Opiekunie Pająku.
W tym książkowym materialiźmie, który sprawia, że książki nie tylko lubi się czytać ale i mieć na własność, otaczać się nimi, kryje się potrzeba zbierania dobrych wspomnień, które przywołać da się w każdej chwili od nowa.
A teraz… teraz czas na kolejną historię, która kiedyś pewnie przypomni mi o moich dobrych problemach z dawnych czasów.

czwartek, października 27, 2011

Máraiowe zarazki

Na zwolnieniu lekarskim. Dla dobra sprawy, czytaj: szefowej, skapitulowałam i poszłam raz jeszcze do lekarza po zwolnienie. A. dziś też już w pracy, więc siedzę/leżę samotnie i poza czytaniem nie mam siły na nic. Jak to by było miło, gdyby mi ktoś podał herbatę z miodem i może jakiś obiadek… Sama jestem za leniwa. Ale na tyle pod wpływem właśnie doczytanej książki Máraia, że jednak coś muszę napisać. 

W ogóle ten bloq na dobrą sprawę powinien zaczynać się od słów „Sandor Márai wielkim pisarzem był” - jednym z moich literackich bożków, jednym z tych, do których wraca się bez końca, których geniusz zawsze odkrywa się na nowo i których rozumie się, wręcz czuje między wersami. To postać, której życiorys jest równocześnie odzwierciedleniem historii Europy XX wieku. Człowiek imponujący wykształceniem i szerokimi horyzontami, europejski kosmopolita tak niezmiennie wierny swemu językowi i krajowi ojczystemu. Márai zawsze podkreślał, że pisze bo ma poczucie wewnętrznego nakazu, misji do wypełnienia i pozostał tej misji wierny przez całe swoje życie. A życie zakończył z wyboru, świadomy, że jego niezmiennie wysoka forma intelektualna jest niemożliwie ograniczana przez cielesne niedomaganie. Sándor Marai: urodzony w mieście węgierskim, które po traktacie w Trianonie stało się miastem słowackim, przedstawiciel wykształconego mieszczaństwa, które po drugiej wojnie światowej rozpłynęło się w społecznej unifikacji, patriota, który większość swojego życia spędził na emigracji i przede wszystkim jedno z najwybitniejszych piór Węgier i Europy. Pisarz prozaik, poeta, eseista z zawodu, pisarz z pasji, pisarz „bez wyboru”. Od kilku lat odkrywany na nowo. Także w Polsce dzięki Wydawnictwu Czytelnik. Ja moją przygodę z Máraiem rozpoczęłam jakieś 7 lat temu od lektury Żaru i od tego niezapomnianego literackiego doświadczenia Sándor Márai jest dla mnie niewyczerpanym (bo rzeczywiście niesamowicie produktywnym za życia) źródłem czytelniczych doznań.
Dziś doczytałam Wyzwolenie nie przetłumaczone zresztą póki co na język polski. Z perspektywy ponad sześćdzeisięcioletniego dystansu w stosunku do wydarzeń, które stały się kulisami dla książki: oblężenia Budapesztu w grudniu 1944 roku zapiski Máraia tracą na ostrości: o wojnie, o obozach i o holocauście pisało wielu i o wiele dobitniej. W tym świetle zapiski Máraia wypadają raczej blado: bombardowane miasto, wojna w jej końcowej fazie, obojętne szaleństwo Żydówki, która doświadczyła systematyczności bezosobowego mordu w Auschwitz, rosyjski wyzwoliciel-gwałciciel – to wszystko już znamy z wręcz nieznośnymi szczegółami z filmów i książek rywalizujących ze sobą o najokrutniejsze obrazy. Tylko że Márai Wyzwolenie napisał jeszcze w 1945, kiedy ulice Europy zalegały gruzy, zanim trybunał norymberski rozpoczął obrady, zanim ludzie, którzy przeżyli, zaczęli pojmować co się właściwie z nimi stało. W posłowiu do Wyzwolenia László F. Földényi podkreśla, że Márai nigdy nie nosił się z zamiarem opublkowania powieści. Wydana została ona dopiero po śmierci węgierskiego autora. A zatem książka pisana do szuflady, podczas kiedy Márai już od dobrych kilku lat cieszył się sławą i uznaniem pisarza czytanego i odoszącego sukcesy. To nie strach powodował Máraiem ale osobistość - wręcz intymność próby uporania się z tematyką, która nie skończyła się wraz z wojną i hitlerowską okupacją. Márai humanista jak wielu innych szukał odpowiedzi na pytanie o człowieczeństwo uwikłane w minioną wojnę. Wyzwolenie to w zasadzie pytania o to, co naprawdę czyni nas wolnymi i o to, jak uwolnić się od przeszłości, jak zacząć od początku z tym bagażem doświadczeń, który jest ponad siły jednostki. Márai zadaje sobie także pytania o wartość i celowość cierpienia. To pytania ponadczasowe, uniwersalne. Dodatkowo wtedy w Europie Środkowo-Wschodniej roku 1945 Márai świadomy był, że to wyzwolenie z rąk Czerwonoarmistów jest ciągiem dalszym historycznych uwikłań z przeszłości.
Ten sejsmograficzny zmysł obserwacji Máraia jest jego znakiem rozpoznawczym. Dlatego tak bardzo wartościową spuścizną okazały się jego pamiętniki czy szczególnie godne polecenia powieści eseistyczne Wyznania patrycjusza lub Ziemia, ziemia. Kto woli beletrystykę a nie może przeczytać Wyzwolenia, niech sięgnie po Żar (w którym zresztą nie brakuje elementu polskiego), albo po Pierwszą miłość, w której pobrzmiewa echo Śmierci w Wenecji Tomasza Manna, lub po Dziedzictwo Estery… albo niech po prostu znajdzie coś dla siebie, a jest z czego wybierać.

Mam nadzieję, że zamiast wirusem przeziębienia uda mi się tym postem zarazić kogoś czytelniczym oddaniem dla mojego węgierskiego Mistrza…

środa, października 26, 2011

Na Houellebecqa nigdy nie jest za późno

Właśnie zupełnie przypadkowo odnalazłam recenzję Cząstek elementarnych pisaną dobrych kilka miesięcy temu z założenia do szuflady. Wiem, że zasadniej byłoby coś napisać o ostatniej Mapie i terytorium, ale trudno.. Jednak wychodzę z założenia, że każda z książek Francuza jest ponadczasowa. Może zatem moja recenzja teraz taż nada się na bloqa, zanim napiszę cokolwiek o moich aktualnych lekturach:

„Książka ta poświęcona jest człowiekowi” – niestety powód samego hołdu zmyślony, a jednyna według Houellebecqa możliwa szansa naszego gatunku na przezwyciężenie egzystencjalnej agonii: dobrowolne zrezygnowanie z życia to kwintesencja ewolucyjnej porażki człowieka zawartej w Cząstkach elementarnych.

O ile sztuka berlińczyka Floriana Feisela Der Herzkasper przeznaczona jest w swoim założeniu dla ludzi, którzy jeszcze nigdy nie zostali pożarci przez krokodyla, o tyle Cząstki elementarne ze spokojnym sumieniem możnaby polecić wszystkim pozostałym. Na pewno nie osobnikom zakochanym, realizującym się na drodze macierzyństwa, czy kariery zawodowej. Raczej nie tym, którzy poszukują zaspokojenia w seksie, wierzącym w tzw. szczęście i przekonanym, że życie, jeżeli niekoniecznie piękne to i tak ma jakiś cel i prędzej czy później człowiekowi udaje się wiedzę o nim zdobyć.

Wszyscy inni na pewno nie będą poruszeni bezpretensjonalnością Houellebecqa i po lekturze znowu z radością wybiorą się na wieczorny spacer, by stwierdzić z ulgą, że życie jest jednak piękne.

Tymczasem francuski autor to wcale nie skandalizujący, nawet nie krytyczny, a tylko bardzo trzeźwy i rzeczowy głos produktu ubocznego cywilizacji początku XXI wieku: człowieka. Człowieka, któremu poprzednie pokolenia odebrały oparcie w formie wiary i norm społecznych za cenę wolności jednostki, nie ujmując przy tym zdolności do odczuwania moralnego cierpienia i – co u Houellebecqa stanowi kwestię centralną – nie zmieniając świadomości własnej śmiertelności. Oczywistym wynikiem zderzenia wybujałego kultu ego wyzwolonego ciała z faktem nieuchronnego jego przemijania i śmierci było wytworzenie się w człowieku metafizycznej pustki, której bohaterom książki Houellebecqa nie udało się zastąpić ani fizycznymi doznaniami, ani naukowymi dociekiwaniami biologicznego, namacalnego sensu egzystencji w sytuacji, kiedy „pojawienie się świadomości nie wydawało się związane z żadną przesłanką anatomiczną, biochemiczną czy komórkową” a sama forma przetrwania poprzez rozmnażanie płciowe zdaje się stanowić klucz do śmiertelności gatunku. Przed tą biologiczną powlną i nieuchronną autodestrukcją człowiek uciec może jedynie w mentalną – przed obiema na raz tylko w natychmistowy niebyt z wyboru, jedyną prawdziwie wolną decyzją – wyborem momentu końca, w sytuacji kiedy umrzeć i tak trzeba i ten fakt Houellebecq dobitnie uwypukla konsekwentnie kończąc opowiadanie o losach choćby i najbardziej marginalnych postaci jedynym prawdziwym końcem: śmiercią właśnie. Mało tutaj sentymentalizmu, za to jest wszechobecny strach i niezgoda na ten przymus, która nie ma zresztą najmiejszego znaczenia. Właściwie tylko zapisany koniec Bruna nie jest tożsamy z fizycznym końcem rozkładu jego ciała, z drugiej strony ucieczka do szpitala psychiatrycznego pod ochronny parasol chemikaliów jest tylko łagodzącym intensywność świadomości odchodzenia odroczeniem końca, surogatem sensu, jakim powinno wedle ogólnie powielanych norm cechować się ludzkie istnienie. Powinno, bo chyba jednak nie do końca jest, skoro Bruno, w chwili bądź co bądź swojego największego osobistego szczęścia jest w stanie zdobyć się na wyznanie:

Jestem zupełnie bezużyteczny(…) Nawet świń nie umiem hodować. Nie mam pojęcia o wytwarzaniu parówek, produkcji widelców czy telefonów komórkowych, nie znam się na fabrykowaniu wszystkich tych przedmiotów, które mnie otaczają, których używam czy które w siebie wchłaniam; nie potrafię nawet zrozumieć, jak przebiega proces ich wytwarzania(…) Gdybym się znalazł poza naszym kontekstem ekonomiczno-przemysłowym, nie przeżyłbym(…) Jestem całkowicie zależny od otaczającej mnie społeczności, będąc właściwie jej zbędny.

Nie jest to bynajmniej świadomość człowieka wykolejonego, wyrzuconego poza społeczny nawias, a credo typowego przedstawiciela wspólnoty, w której funkcjonuje dobrze zintegrowany powiązaniami społeczno-ekonomicznymi.  Jaki jest człowiek według Cząstek elementarnych? Wcale nie depresyjny, jest po prostu bardzo zmęczony a męczy go przede wszystkim poczucie samotności w rzeczywistości, w której zerwane zostały wszelkie więzi rodzinne, społeczne, w której nie potrafi powrócić już do wspólnoty wiary. Ta samotnoć to pułapka, w którą złapał się sam szukając urojonej wolności. Uciec można z niej tylko na chwile w ramiona innego śmiertelnego istnienia by po wszystkim poczuć się jeszcze bardziej samotnym. Oprócz samotności jest więc człowiek również targany pożądaniem, które niszczy nigy nie mogąc zostać zaspokojonym całowicie, bez powracania do stanu „sprzed”, który staje się tym bardziej dotkliwy, im doznana przyjemność była większa. Zniszczenie relacji międzyludzkich przekłada się na mniej lub bardziej świadomą abnegację prokreacji. Ta postawa jest niewątpliwie konsekwentna, w końcu – ujmując rzecz słowami bohatera Cząstek elementarnych: „Dziwaczny pomysł: rozmnażać się, kiedy nie lubi się życia”. Być może ten sprzeciw wobec biologicznego nakazu czyni los kobiety jeszcze bardziej tragicznym bo kobieta jest u pisarza ofiarą mężczyzn, jej życie sumą ich decyzji niewspółmiernych do własnych wyobrażeń i zakodowanej misji biologicznej, którym to wyznacznikom nadal próbuje być wierna będąc – rzecz jasna – z góry skazaną na porażkę.

Czy wobec tego Houellebecq jest pesymistą, czy zupełnie obiektywnym kontynuatorem myśli egzystencjalnej? Jest z pewnością pionierem literatury post new age, jest postmodernistą na miarę swoich czasów i jest warty czytania nawet za cenę utraty własnej duchowej równowagi, tym bardziej, jeżeli człowieka i tak pożarł już krokodyl.

wtorek, października 04, 2011

Niemcy z polskiej perspektywy, czyli jak Andrzej Stasiuk Dojczland objeżdżał


Takie post scriptum do ostatniego postu...

Po lekturze Dojczlandu nabieram pewności, która wcześniej była ledwie przypuszczeniem. Coś w naszej literaturze nabrało rozpędu, wyszło poza mury domów, przeskoczyło parkany ogrodów, zostawiło za sobą społeczne biotopy wiejskie i miejskie, poważyło się na światy i przestrzenie niezbadane, literacko dziewicze. Andrzej Stasiuk wyruszył w swojej książce na zachód, by odnaleźć w nim trochę wschodu, skonfrontować obce przestrzenie z własną (nie tylko auto-)świadomością, przeprawić się przez mapy tych dwóch kosmosów. Samolotem, samochodem, pociągiem, jednak w bezustannym ruchu, posiłkując się nazwami niemieckich miast od Hamburga po Monachium, z Akwizgranu do Frankfurtu nad Odrą. Czytelnik ma przed sobą sto dwanaście stron pisanych jakby jednym tchem językiem bezkompromisowym, zdecydowanym, bardzo bezpośrednim, tylko czasem wpadającym w poetycki ton. Ten narracyjny dynamizm idący w parze z fragmentarycznością opowieści sprawia, że Dojczland należy czytać w ruchu, w drodze, gdzieś w zawieszeniu między jej punktem wyjścia a celem.
            Stasiuk pozostaje w swojej literackiej wędrówce wierny prowincji, w tym wypadku prowincji większych bądź mniejszych miast niemieckich, oraz estetyce brzydoty, tej swojskiej, ludzkiej, która nie nadąża za rozwojem cywilizacyjnym. Nie ma co liczyć na opisy romantycznej Nadrenii (może za wyjątkiem wspomnienia bliskiej autorowi skały Lorelei), sielanki bawarskiej wsi, czy meklemburskiej przyrody. Dojczland jest rekonstrukcją wieloletnich podróży autora po Niemczech z odczytami i spotkaniami z jego niemiecką publicznością, rozpoczętych krótko po upadku berlińskiego muru. Używając terminologii samego Stasiuka, mamy do czynienia ze sprawozdaniem z bycia polskim „wędrownym gastarbajterem”. Jednak te zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy, pozostawiane za sobą nazwy miejscowości, dworce kolejowe i pokoje hotelowe to przede wszystkim zapis pewnego mozolnego rytuału odczarowywania tytułowego Dojczlandu, kraju  Polakom geograficznie bardzo bliskiego, a jednocześnie wciąż nazbyt obcego mentalnie. „To jednak jest trauma.” – czytamy – „W równym stopniu dotyka specjalistów od uprawy szparagów i pisarzy. Nie da się do Niemiec pojechać na luzie. Jak do, powiedzmy, Monako, Portugalii albo na Węgry. Jazda do Niemiec to jest psychoanaliza.”
            Podróżuje zatem Stasiuk w głąb samego siebie. Czasem wygrzebuje z zakamarków świadomości dawne uprzedzenia i nawet udaje mu się z nimi stoczyć zwycięską walkę, dostrzec człowieka, „nie potykając się o historię”. Czasem nabierają fonii myśli zwykle przemilczane i przykładowo wyartykułowana zostaje sympatia dla NRD – przedsionka Niemiec „właściwych”. („Słowiańskość, komunizm, trochę gorsza dieta i tańsze kosmetyki to są jednak elementy uczłowieczające”.) Wszystko to jedna wielka próba zmierzenia się nie tyle z samym pierwiastkiem niemieckości, co raczej z własną do niego nieprzystawalnością, czyli tą przez autora głęboko odczuwaną samotnością w Niemczech.
            Zdaje się, że książka Stasiuka jest równie wielkim wyzwaniem dla czytelnika polskiego, jakim stanie się (po przełożeniu na język niemiecki) dla naszych zachodnich sąsiadów. Choć mowa tu o wyzwaniach z różnej perspektywy, rozciągającej się od ubrania w słowa własnych myśli z gatunku tych niepoprawnych, po przyglądanie się sobie w innym, czasem krzywym, ale jednak realnym zwierciadle, w którym ostatecznie zawsze możemy się jakoś rozpoznać, choćby i wbrew sobie. Ale to wymaga odwagi, albo przynajmniej asekuracji whiski, na którą można by choć częściowo zrzucić ciężar odpowiedzialności za własne przemyślenia („Zgoda, ta opowieść jest pełna uprzedzeń”). Nie jest to lektura z rodzaju łatwych i przyjemnych, ale z pewnością z rodzaju tych irytująco interesujących, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną. Wrażenie „po” jest podobne wizycie u lekarza, kiedy diagnoza zostaje postawiona przez innego, równie chorego pacjenta i ostatecznie nie bardzo wiadomo, jak się leczyć. Bo Stasiuk nie pretenduje do stanowiska lekarskiego autorytetu, pisząc nie wchodzi w rolę uzdrowiciela polsko-niemieckich bolączek, nie proponuje na nie cudownego lekarstwa. Jest raczej pełnym refleksji pacjentem, który stawia czoła własnym problemom, a nam, równie chorym, zostawia wybór, co z jego refleksjami zrobić.
Może, przekładając tę metaforykę na grunt niemiecki, mamy tu do czynienia z postacią legendarnego Parzivala, który błądząc latami po świecie w poszukiwaniu mitycznego królestwa Anfortasa, szuka mądrości pozwalającej na uleczenie tak chorego króla, jak i jednocześnie siebie samego. Stasiuk nie porównuje się z germańskim Parzivalem ale wynajduje jego bardziej polski odpowiednik, pytając: „Bo czym jest moja niemiecka podróż, jeśli nie wędrówką Głupiego Jasia w poszukiwaniu mądrości?”. Parzivalowi udaje się ją znaleźć, stać się prawdziwym rycerzem, uleczyć siebie, zakończyć męki starego Anfortasa i zająć jego miejsce. Co czeka Głupiego Jasia na końcu jego własnej drogi? Może odpowiedź na wręcz egzystencjalne pytanie, czym byłaby nasza polskość, nasze człowieczeństwo bez niemieckości tuż za miedzą? Czy ta wiedza jest mądrością „Głupiego Jasia Europy” – trudno powiedzieć, ale równie trudno oprzeć się wrażeniu, że coś jednak się zmieniło i nasz bohater także przechodzi swoje baśniowe przeobrażenie, gdy pisze „Zaczynałem pojmować [...]”. 
            Jeśli kogoś frapują pytania, dlaczego Niemcy nie lubią Polaków, a Polacy boją się Niemców, czym różni się właściwie słowiańskość od germańskości, gdzie leżą granice międzynarodowej wyobraźni, na czym polega amerykanizm naszych zachodnich sąsiadów (Tak, amerykanizm na miarę Europy, czyli olbrzymi potencjał rozwojowy Niemców przy ich jednoczesnym umocowaniu w tradycji, historii z akapitem o Lutrze i Hitlerze.), dla tego Dojczland Stasiuka będzie z pewnością lekturą zajmującą. Może dzięki dystansowi samotnego Słowianina w Niemczech uda się poszukać własnych odpowiedzi, a potem, kto wie, odkryć swój własny, jakże swojsko brzmiący Dojczland.

poniedziałek, października 03, 2011

Pytania o tożsamość

Dzisiaj Niemcy świętują coś, czego tak naprawdę nadal nie posiadają – zjednoczoną niemiecką tożsamość. Za to mają wymarzoną pogodę na wszelkie możliwe uroczystości – zarówno w Berlinie jak i w starym poczciwym nadreńskim Bonn. Tak się złożyło, że mnie ostatnio też pochłonęła TożsamośćMilana Kundery. A kiedy Milan Kundera, o którym - nie wiadomo właściwie dlaczego - mówi się nieodmiennie „czeski pisarz”, pisze o tożsamości, to jasne jest, że przeczytać warto. Od pierwszej strony zaczyna się zabawa w zgadywanie, czym jest ludzka tożsamość i rozważanie, czym być może jednak nie jest. Bo skoro jesteśmy w stanie zakładać maskę zależnie od środowiska i sytuacji, to skąd wiedzieć które z oblicz jest tym rzeczywistym? Skoro nawet najbliższa osoba jest w stanie pomylić nas z kimś zupełnie obcym, to jak się ma nasza zewnętrzna wyjątkowość i niepowtarzalność do tożsamości? Skoro na naszą tożsamość składają się osoby i wydarzenia z przeszłości, to czy wyzbywamy się jej paląc za sobą mosty i nie wracając do tego co było? Czy tożsamość jest nam dana raz na zawsze, czy to układanka z elementów tu i teraz? Kundera symbolicznie i systematycznie rozbiera swoich bohaterów: kobietę i mężczyznę z większych i mniejszych złudzeń, na końcu pozostawiając im własną nagość, ale czy to w niej kryje się sedno tożsamości? I czy w ogole trzeba nam do niego dotrzeć, żeby żyć w zgodzie ze samym sobą? Ciekawa jest ta gra i ciekawe, jak bardzo można się w nią wciągnąć.

wtorek, września 20, 2011

Co ma Shirley do surimi

Robię czystki w lodówce, mam coś jakby czarną dziurę w żołądku… Przed chwilą wessała resztki surimi, dopiero po fakcie zainteresowałam się podejrzanie długą listą składników wyliczonych na opakowaniu tego… tego czegoś. Właściwie do kompletu brakuje tylko azbestu, poza tym surimi zawiera wszystko możliwe. Najgorsze, że taka hybryda smakuje w gruncie rzeczy bardzo dobrze. Jutro pomyślimy nad jakimś biologicznie mniej podejrzanym obiadem. A. też należy się coś od życia/żony. Za to dzis jem byle co i czytam, oczywiście jednocześnie – dzięki niech będą naturze za kobiecą podzielność (nie)uwagi! Tak sobie czasem myślę o mojej dawnej lektorce języka niemieckiego i jednocześnie uczennicy języka polskiego z czasów Erasmusowskich w B., która swoje mieszkanie dzieliła z książkami i pianinem i która z westchnieniem wyznała kiedyś, że zazdrości ludziom popijania czy zagryzania czegoś podczas lektury, ponieważ ona sama nie potrafi uwolnić się z nawyków tak mocno zakorzenionych w jej dzieciństwie: do książki i instrumentu siadamy wyłącznie z nienagannie czystymi rękoma i jedynie  po lub przed posiłkiem, ale absolutnie nie w jego trakcie. No cóż, z mojej biblioteczki możnaby uzbierać trochę materiałów do badań nad strukturą pokarmu człowieka przełomu XX i XXI wieku… mimo że te ten wkład w naukę jest zdecydowanie niezamierzony. A dziś właśnie zamachnęłam się na Shirley Charlotte Brontë a między tymi 633 stronami żołądek domaga się o odrobinę uwagi. Shirley to nowa dla polskiego czytelnika powieść najstarszej z sióstr Brontë, dla mnie – prezent urodzinowy od Rodziców i dzisiejsza przerwa w życiorysie.
Pierwsza niespodzianka: Shirley to kobieta!? Przecież o ile pamięć z czasów Ani i Gilberta mnie nie myli (tym razem nie myliła) to imię męskie. Właśnie imię to jakby wizytówka naszej bohaterki, która mimo upływu czasu w niczym nie ustępuje współczesnemu założeniu feminizmu: pozostać kobietą na prawach mężczyzny. Zadziwiające, jak ponadczasowe i trafnie ujęte są te postulaty pisarki odnośnie równouprawnienia kobiet a przy tym niewinnie wpleione w dosyć przejrzystą i mało zaskakującą w swym przebiegu historię miłosną. Znając dramaty rodzinne Brontë, nie trudno jednak zrozumieć Charlotte, która napisaniem własnej historii, chciała być może zrekompensować sobie nieugiętość koleii prawdziwego życia. Pióro autorki dla bohaterek powieści okazało się w każdym razie zdecydownie łaskawsze, niż los dla najbliższych Brontë. Odnośnie myśli feministycznych: ciekawe, że Charlotte Brontë odnosi je do kobiet niezamężnych – bo takie we własnym mniemaniu są główne postaci powieści. Czyli feminizm jako alternatywa dla stanu małżeńskiego. Marzenie o pracy i samodzielności kończy się u naszej angielskiej pisarki tam, gdzie zaczyna się odwzajemnione uczucie. I tak sobie myślę, że od tamtych czasów taki sposób myślenia nadal jest w nas kobietach dość mocno zakorzeniony. Często tylko kolejność życiowego kredo bywa odmienne: potrzeba samodzielności zaczyna się tam, gdzie kończy się marzenie o (udanym) małżeństwie…

niedziela, września 11, 2011

Dekada

Niby data jak każda inna, a jednak człowiek pamięta ten dzień sprzed dziesięciu lat jakoś dokładniej, niż inne. Ja wtedy byłam u D.,ze świeżo wyrobionym dowodem osobistym jako przepustką w dorosłość.właściwie o tzw. życiu nie wiedziałam nic (Idę o zakład, że za dziesięć lat powiem o sobie obecnej to samo!). O tym, ze niebawem wymknie się ono poza granice rodzinnych stron a potem nawet te państwowe, że kilka lat później do takiego wymykania się i powracania nie trzeba będzie nawet paszportu, ze XXI wiek bedzie nadal wiekiem wojen, że terroryzm także pomyślnie się zglobalizuje, że za dziesięć lat zjednoczona Europa bedzie przeżywała swoj może i najwiekszy kryzys.
Żegnam się z tym dziesięcioleciem i żegnam się z tygodniem. Jutro poniedziałek i oby bez mistycznych komplikacji. Wszystko to w dużej mierze zależeć bedzie pewnie od humoru mojej szefowej, więc pewności nie ma. Ale weekendu starczyło na wypoczynek, ten psychiczny i fizyczny. Piękne dwa dni lata, może ostatni taki weekend, choć po cichu mam nadzieję, że kolejny nie będzie gorszy.
Wczoraj przeżyłam wielkie rozczarowanie po „Midnight in Paris”. Trudno uwierzyć, że ten sam człowiek jest twórcą „Manhattanu”. Może Amerykanin po prostu nie potrafi zrobić nieamerykańskiego filmu o Europie… Za to dziś udało mi się namówić A. na „Dogville” i ponownie dziwię się nad prawdą o człowieku, ktorą ten film ukazuje. Jacy jesteśmy słabi, jacy ulegli wpływom i jak niesłusznie przekonani, ze dobro i zło to wartości niezmienne i zupełnie od siebie oddzielne. A. stwierdził, ze Grace to taki Jezus XX wieku, ktory ukrzyżowany jeszcze raz zmienił zdanie i za pomocą swego wszechmocnego ojca zniszczył ludzkość, nie dlatego, ze potraktowała podle jego, ale aby zapobiec ponowieniu sie historii. Ciekawe to spostrzeżenie, ja zawsze widzę w tym filmie bardzo trafnie ukazany proces stopniowego usuwania jednostki poza nawias społeczny, odbierania jej praw i wreszcie godności, odbierania człowiekowi człowieczeństwa i legitymizacji tego stanu. I widzę Trierową odpowiedź na pytanie, czy cierpienie człowieka uszlachetnia. 
  Ciekawe jak to będzie z nowymi okularami… Następna inwestycja to jakieś normalne żarówki. Oszczędność energii ważna sprawa, ale nie mam w planach nauki pisma Braille’a. A czytam właśnie Ziele na kraterze Melchiora Wańkowicza i tak wcale mi się z tym czytaniem nie spieszy, niech sobie trwa bez końca ta lektura pisana piekną i niestety gdzieś zagubioną polszczyzną. Taka mądra i dobra jest ta lektura, wspaniale ponadczasowa.

sobota, września 10, 2011

Pchły i perełki

Pchli targ to nieodłączny element tutejszych krajobrazów, taki kalejdoskop ludzkiej materialnej przeszłości. Niczemu nie trzeba się tu dziwić, leżą obok siebie śmieci i antyki, kupić można wszystko za niewiele. Wśród straganów z książkami kuszą te najbardziej chaotyczne, gdzie Nowy Testament czeka na nowego właściciela w towarzystwie przedwojennego wydania książki nie tyle dobrej co popularnej autorstwa niejakiego Adolfa H. Wyzwala się w człowieku uśpiony od czasów Pana Samochodzika instynkt poszukiwacza skarbów i zaczyna się wybebeszanie kolejnych kartonów. Tym razem wykopałam pełne wydanie szkiców mojego ulubionego romantycznego malarza Caspara Davida Friedricha, następnym razem...uuuu co to będzie. Okazja nie każe na siebie długo czekać - kolejny pchli targ już jutro, ale limit w tym miesiącu wyczerpany po ostatniej wizycie u H. (A tam moje najnowsze czytelnicze odkrycie: automat z książkami!) Ledwie przytaszczyłam wszystkie moje łupy do domu, ale co tam.

niedziela, września 04, 2011

Zamiast atlasu w podróży



Sam środek sezonu urlopowego. Wszyscy rozjechani po całym świecie, restauracje pozamykanie, podobnie mniejsze sklepy - pustki. Aż zazdrość człowieka zżera i też najchętniej by się wyjechało w jakieś nowe inne miejsce. Taki Fernweh. W naszych planach za dwa tygodnie weekend w Alpach, w październiku wyprawa życia – o ile doczekamy się wizy - a tymczasem pozwiedzałam po trochu całą Europę praktycznie nie wstając z kanapy. Z Wiesławą Czaplińską zabrałam się w podróż po Magicznych miejscach literackiej Europy. Zaczęłam od Pragi Franza Kafki i przyznaję, z dość mieszanymi uczuciami, ze względu na pewnie błędy i potknięcia składniowe. I ze względu na powierzchowność tego wpisu. Przecież o Kafce możnaby pisać i pisać.... bez końca. Niesamowite są te jego opowiadania, jak kultowa już Przemiana – fabuła, język – niepowtarzalne. Kafkaesk – bo jak ująć to lepiej słowami. Ale prawdę mówiąc trudno jest się oprzeć narracji Czaplińskiej tak przemieszczając się na gapę z Moskwy po La Manchę, bo z każdego zapisku autorki wprost promieniuje miłość do literatury (i oczywiście do filmu!), ciekawość dla jej twórców, dusza kulturowego odkrywcy. Czaplińska wiedzieła, że zaletą literackiej topografii Europy jest jej nieograniczona wymiarowość, bo z jednej strony miejsca istniejące rzeczywiście, z drugiej kulisy zrodzone z fantazji autora i wreszcie własna hołubiona czytelnicza wizja tych ukochanych książkowych postaci i krajobrazów. Do tego dochodzi możliwość  podróżowania w czasie wedle kaprysu. I rodzi się w człowieku potrzeba, żeby być w tych wszystkich miejscach jeszcze raz, ba, żeby nanieść na tę literacką mapę Europy więcej punktów... Ja napisałabym jeszcze o twórczej topografii Gdańska i Budapesztu i Koszyc i o... o stu innych miejscach z najróżniejszych perspektyw pisarskich.  Szkoda, że Wiesława Czaplińska już nie zdążyła.


Czaplińska była w Budapeszcie obecna na uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej węgierskiej poetce i tłumaczce, zakochanej w Polsce Gráci Kerényi zaledwie kilkanascie dni przed swoją śmiercią.


Tymczasem tworzę zwierzęcą mapę naszej dzielnicy – gdzie udać się, żeby zagłaskać jakiegoś kota, kiedy ogarnia mnie taka nieodparta potrzeba. Póki co udało się zjednać astmatycznego kocura dwie ulice dalej. Dzisiaj już  z własnej nieprzymuszonej kociej woli wgramolił mi się na kolana. Bez przynęty. Z kotami jak z książkami, bez nich byłoby nijak.

wtorek, sierpnia 30, 2011

Książka dobra na wszystko


Dzisiaj zamiast pisania miała być zumba prowadzona zresztą przez moją uczennicę ale tak po polsku zwyczajnie nie chce mi się już nigdzie ruszać z domu, choć sam ruch by mi nie zaszkodził. Może w ramach weekendowej mobilizacji sprawdzę, czy warto zapisać się do najbliższego Fitnessstudio (jakieś 100 metrów od mieszkania). Za to weekend spędzony aktywnie. W niedzielę nawet trochę poczciwsza pogoda się trafiła.

Za to od wczoraj stresy w pracy. Cóż, póki co nie pozostaje mi nic innego, jak tylko cieszyć się perspektywą nadchodzącego urlopu (już za miesiąc a co z wizą – nie wiadomo!). I czytać, żeby rzeczywistość pozbawić choć nieco tych ostrych kantów. A czytam sobie właśnie... Muminki...

wtorek, sierpnia 23, 2011

Nic specjalnego

Z wtorku został jeszcze jakiś kwadrans. Tradycyjnie o tej porze życie towarzyskie naszej sąsiadki kwitnie. Pod oknem mamy grill i kakofonię szwabskiego dialektu. Temperatury nieludzkie, więc zamiast spać postanowiłam coś napisać. To też pewien mieszczański heroizm w sytuacji, kiedy człowiek poci się od samego stukania w klawiaturę komputera. Boli mnie głowa, ale to nie nowość – nowa jest metoda lecznicza, tzn. zamiast tabletek (po których zawsze mam wizję mojej podziurawionej i zmaltretowanej wątroby) opijam się wywarem z krwawnika, pokrzywy i nagietka – sprawdzony przepis Ani – towarzyszki bólowych niedoli. Piszę „opijam” bo dzisiaj mam już za sobą jakieś półtorej litra tych ziółek i nie pamiętam, kiedy ostatnio moje nerki filtrowały na takich obrotach.
Po lekturze Budapesztu wg. Chico Buarque „jestem raczej na nie” używając języka telewizyjnych hitów. Nie wiem w ogóle skąd ten tytuł. Równie dobrze, choć może mniej egzotycznie, mógłby być nim Paryż albo Rzym. I choć być może Brazylijczykowi udało uchwycić się nieco z wyjątkowości węgierskiego języka, to jednak całość wypada mało przekonująco. Szczerze mówiąc nawet nie mam ochoty dociekać co Buarque ma wspólnego z Budapesztem i Węgrami w ogóle. Dość, że przeczytanie tej niewielkiej objętościowo lektury było całkiem męczącym zajęciem. Zum Mitnehmen: Każdy język kreuje własną rzeczwistość i używanie go jest tożsame z byciem częścią tej rzeczwistości. To coś więcej niż odmienne brzmienie, wizualna inność codzienności zapisanej na kartach gazet, to poczucie przynależności do wspólnoty ludzkiej przekazującej swoje uczucia, myśli, spostrzerzenia werbalnym kodem.

środa, sierpnia 10, 2011

Zafón dla oka i ucha

Już jakiś czas temu miałam wspomnieć o książce Zafóna – niestety nie tej najlepszej, która osiągnęła status kultowy w skali światowej… i każdy czytający już wie, że chodzi o Cień wiatru – natomiast o ostatnio wydanym w Polsce Pałacu północy. Chyba żadnego innego pisarza nie tłumaczy się na polski w takim tempie. I słusznie – jeżeli dzięki Zafónowi nasze narodowe statystyki czytelnicze nie polepszyły się choćby minimalnie to nie ma już ratunku dla książek w Polsce – za wyjątkiem lektur (bo te choć przeważnie nie czytane, kupi się uczniom w prezencie lub nagrodę) i będziemy mieli cmentarz zapomnianych książek, o jakim nawet C. R. Zafónowi się nie śniło, a trzeba przyznać, że hiszpańskiemu autorowi fantazji nie brakuje. Cóż – urodzonym w Barcelonie o ten talent pewnie nieco łatwiej… Nad Pałacem północy rozwodzić się nie będę, bo jest to w porównaniu do innych książek autora opowieść najbardziej infantylna i nie pozostawia wątpliwości, że napisana została dobrych kilka lat przed wykształceniem rzemiosła pisarskiego na miarę Cienia wiatru, co sam pisarz zresztą otwarcie  przyznaje („I think everything converged in The Shadow of the Wind, which in a way is a first novel, even though it's a fifth.”) Opowiadanie bardziej niż wytrawnym miłośnikom literatury warto polecić młodzieży, którą należy podstępnie zwabić w nieprzebytą krainę książek, tak, by sama nabrała chęci brnąć wciąż dalej i dalej. A kto ma ochotę, niech zajrzy na angielskojęzyczną stronę autora, z której pochodzi wcześniej przytoczona wypowiedź i… posłucha muzyki Zafóna, zanim poczyta. 

poniedziałek, sierpnia 01, 2011

Kobieta w transie

Teściowie grzecznie zajmują się sobą, więc mam chwilę czasu na opisanie mojej weekendowej lektury – Transu Manueli Gretkowskiej. Muszę przy tym nadmienić, że lubię autorkę, jej styl, jej książki, zwłaszcza te pierwsze z czasów emigracji. Denerwuje sam fakt, że Gretkowska jako pisarka pozostaje w Polsce jakby poza nawiasem publicznego (medialnego) zainteresowania, choć znajduje się bez wątpienia w ścisłej czołówce Polek czytanych. O Transie stało się głośno zanim ktokolwiek książkę przeczytał i właściwie cała ta otoczka domysłów, kto jest kim i czy książka jest ciętą odpowiedzią na inną… właściwie bardziej zniechęca niż dodaje pikanterii. Dlatego doszukiwania się rzeczywistych pierwowzorów postaci, czy roztrząsania realnych ex-związków opakowanych w literacką fabułę zostawiam zainteresowanym życiem celebrytów. Ja wolę skupić się na samej książce. Dużo w niej paryskich wspomnień, jakie znamy już np. z My zdies' emigranty i właściwie początkowo kwestia rozreklamowanego tematu toksycznego związku pozostaje na dalszym planie. Przebija się on stopniowo, choć i tak pozostaje wrażenie, że relacje z Mistrzem o posturze Behemota (czyżby siła nieczysta?) i tak nie stanowią meritum narracji. Co jest nim w takim razie? Kobiece poszukiwanie siebie – oscylowanie między potrzebami ciała i ducha, próba poskładania świata na nowo ze skorup rozbitego małżeństwa, próba znalezienia miejsca do życia między prowincją, a wielkim światem, między obycm i fascynującym a bliskim i swojskim. Trans jest tą drogą, stanem zawieszenia między tym co już się skończyło, a tym, czego jeszcze nie ma – poczuciem własnej wartości kobiety, która do tej pory żyła zawsze w oparciu o męską egzystencję.
I jeszcze trochę rozmyślań o języku Gretkowskiej. Autorka otwarcie opowiada o swojej dysgrafii, czy dysortografii ale tego typu stylistyczne ubytki wypełnia korektor, więc czytelnik konfrontowany jest już z estetycznie czystym stylem pisarki, a jest on przejrzysty i dosyć pragmatyczny, o ile nie schodzi na kwestię metafizyczności. Za styl Gretkowską niewątpliwie można lubić. Nie jest „swojska” – czytaj: „prostacka”, ani „inteligencka” – czytaj „barokowo nadmuchana”. Polszczyzna Gretkowskiej jest przyjemna dla oka, czy ucha – jak kto woli. Tylko co począć z tymi wszystkimi „brzydkimi słowami”, bo określenie „przekleństwo” ma prrzecież funkcję zgoła odmienną od literackiej, więc nie bardzo pasuje. Gretkowskiej zarzuca się w zasadzie od zawsze wulgarność w opisywaniu seksualności i aktu erotycznego. A prawda jest taka, że pisarka jako jedna z niewielu próbuje zmierzyć się z mówieniem o seksie po polsku otwarcie. Tu nie chodzi o „ku..” i „chu..”, poza wizją do rzekomo wyłączonego mikrofonu, ale o znalezienie języka do opisywania czegoś, czego większość Polaków opisywać nie potrafi, więc i samego tematu unika. O seksualności mówimy albo językiem epatującym niedojrzałość: wtedy jest o „pipkach” i „pisiorkach”, albo posługując się wulgaryzmami, bo te oferują bogate znaczeniowo słownictwo. Szkopuł w tym, że jednocześnie sami dobrze wiemy, że jesteśmy na cenzurowanym i nie zawsze albo raczej nie ze wszystkimi wypada. Więc jak? Językiem biologów, nauki? Proszę bardzo, ale wtedy mówimy o sprawach najbardziej osobistych z dystansu lateksowych rękawiczek, bez emocji i już chociażby z tego powodu język fachowy nie może być językiem beletrystyki. To właśnie emocjonalna treść przekazu skłania autora do wyboru sformułowania. Przykładowo, czy dla opisania brutalnego seksu trafne jest określenie „kochać się”? Czy akt zawsze jest aktem i tyle? I jakkolwiek mnie też rażą wulgaryzmy, w książce jeszcze bardziej niż na ulicy, to nie chcę a priori odmówić autorowi prawa do ich użycia. Czasem warto zastanowić się nad zasadnością tego zabiegu, tak samo jak czasem warto zastanowić się dlaczego sami wulgaryzmów używamy. Też muszę nad tym podumać...

środa, lipca 27, 2011

Krew się leje

Z widoków na beztroską lekturę zrobiło się Świniobicie (Disznótor) Magdy Szabó. A. twierdzi, że próbuję się zadręczyć ale ja po prostu nie mogę sobie odmówić spojrzenia w ten kalejdoskop ludzkiej psychiki: János, Paula, Sára, Sándor, Antal, Andrea, Szalay, Viktór, Jolán… i tak bez końca – pozornie te same części składowe układają się w coraz nowsze i odmienne obrazy i nie ma tego jednego jedynego, nic tu nie jest statyczne. Na pierwszy rzut oka: społeczny szkic, panorama życia przed i po wojnach światowych - tę brutalną wyrwę w rzeczywistości narodowej i społecznej Węgrzy wraz ze swoją wspaniałą literaturą wspominają z upodobaniem wręcz masochistycznym. Magda Szabó zostawia piórom i pamięci innych parcelację majątków i kamienic, emigrację fizyczną i psychiczną poza nawias nowych czasów Węgrów zaangażowanych, nie wspomina też nazbyt czule czasów świetności budapeszteńskich kawiarni, które szczyciły się obecnością co znamienitszych pisarzy  zanim Węgry z ich Nyugatem (wielkie i jedyne w swoim rodzaju węgierskie czasopismo literackie, tytuł znaczy tyle co "Zachód") nagle wypchnięto na obcy im mentalnie i kulturowo Wschód (Hmm, podczas kiedy pisanie Zachodu wielką literą bynajmniej nie zastanawia, przy Wschodzie jakoś tak dziwniej…). Autorka zamiast tego zanurza się głęboko poniżej tej materialnej powierzchni przeszłości, przenika aż do samej ludzkiej psychiki i rozkłada pewną węgierską rodzinę na czynniki pierwsze wzajemnych relacji. Ciekawe, że spoiwem tychże jest zwykle nienawiść – zawsze ktoś tu kogoś niecierpi uczuciem żarliwym i nieustannym, mimo upływu czasu. Straszne i tym bardziej fascynujące są te udostępnione nam przez Szabó przekroje przez ludzkie myśli. Składa się z nich obraz antyrodziny, ludzi nie tyle dalekich sobie nawzajem, jak nie potrafiących się uwolnić z sideł wzajemnych relacji, ze wspomnień wspólnej historii. A jednocześnie już trwają przygotowania do kolejnego świniobicia, wydarzenia w społeczności węgierskiej prowincji, które skupia bliższych, dalszych a często i zupełnie odległych krewniaków. Jakby przez rytualną ofiarę ten krąg ludzi mógł się zjednoczyć. Szabó pokazuje, że tym razem świniobicie u Tóthów to wynik wielu wcześniejszych zabiegów i przygotowań. Naprawdę pasjonująca książka – nie tylko dla węgrofilów, choć ci pewnie wiedzą, że książki autorki cieszą się nową falą zainteresowania od czasu śmierci Magdy Szabó w 2007 roku.

poniedziałek, lipca 25, 2011

Niby dawno temu

Już jako ...latka… hmmm z bilansami raczej poczekajmy do końca roku, może będzie ciekawiej. Zanim przejdę do literatury, będzie jeszcze skrót telegraficzny z ostatniego miesiąca. A miesiąc stał pod znakiem gości.(...)
Właściwie to zamiast tego wątpliwej jakości pisania powinnam zacząć nadrabiać korespondencję bo zalegam. Znowu. Ale zanim na dziś definitywnie już dam sobie spokój, będzie jeszcze krótko o mojej ostatniej lekturze: Krystynie, córce Lavransa Sigrid Undset. Takie obszerniejsze objętościowo czytadła  mają zwykle to do siebie, że rozleniwiają, przyjemnie absorbują czytelnika na nieco dłuższy niż zwykle czas. Z książką Sigrid Undset rzecz się ma nieco inaczej, bo kiedy człowiek, dajmy na to – czytelnik płci żeńskiej, zaznajamia się już z bohaterami, krystalizuje sympatie i antypatie wśród książkowych bohaterów i – co tu dużo mówić – łudzi się co do nagłych i szczęśliwych zwrotów w ich losach, o tyle dosyć wcześnie musi uświadomić sobie, że łatwo nie będzie bo bynajmniej nic nie zapowiada łatwego życia samej Krystyny, córki Lavransa. Chcąc nie chcąc podczas czytania pierwszego tomu trzeba pomyśleć o niemieckiej protoplastce Krystyny – Emilii Galotti, której ciężkiego losu kobiety shańbionej i rozczarowanej pozwolił jednak uniknąć jej o wiele bardziej porywczy (i kto wie, czy ostatecznie nie łaskawszy) niż Lavrans ojciec. Krystynie nie oszczędzono wstydu, bólu ani walki ze słabościami własnego charakteru – stąd się wzięły dwa kolejne tomy, z których zrezygnował Lessing pomny tarapatów, w jakie mógłby się wpakować. Dalej jest już jak w słynnym romansie Margaret Mitchell, albo jak w piosence grupy Queen (I can’t live with you but I can’t live without you). I tak aż do śmierci ukochanego-znienawidzonego, czyli pozostając przy suchych faktach: męża. I cóż z tego, że czytelnik już od jakichś 300 stron nie ma najmniejszych złudzeń, że sielanki nie będzie – w końcu nie chodzi o dobre samopoczucie czytających a o życie, jakie nasza norweska bohaterka dla siebie wybrała. A kto swoje nadzieje przełożyć próbuje na jej potomstwo, temu zakończenie książki też nie ułatwia sprawy. Doczytałam. Spadł śnieg – zima, wszystko zaczęło się wiosenną wyprawą w dzieciństwie Krystyny, więc magiczny krąg przyrody, krwiobieg życia się wypełnił. Następne pokolenia Krystyn, Erlendów, Szymonów żyją swoim życiem, jak umieją najlepiej, póki ich czas się nie wypełni. I tak po dziś dzień. A ja obiecałam sobie na pocieszenie jakieś zupełnie beztroskie romansidło, słodkie aż do zemdlenia z bombastycznym happy endem, żeby trochę się rozweselić. 

Oczywiście nic z tego nie wyszło, ale to już inna historia.