środa, października 26, 2011

Na Houellebecqa nigdy nie jest za późno

Właśnie zupełnie przypadkowo odnalazłam recenzję Cząstek elementarnych pisaną dobrych kilka miesięcy temu z założenia do szuflady. Wiem, że zasadniej byłoby coś napisać o ostatniej Mapie i terytorium, ale trudno.. Jednak wychodzę z założenia, że każda z książek Francuza jest ponadczasowa. Może zatem moja recenzja teraz taż nada się na bloqa, zanim napiszę cokolwiek o moich aktualnych lekturach:

„Książka ta poświęcona jest człowiekowi” – niestety powód samego hołdu zmyślony, a jednyna według Houellebecqa możliwa szansa naszego gatunku na przezwyciężenie egzystencjalnej agonii: dobrowolne zrezygnowanie z życia to kwintesencja ewolucyjnej porażki człowieka zawartej w Cząstkach elementarnych.

O ile sztuka berlińczyka Floriana Feisela Der Herzkasper przeznaczona jest w swoim założeniu dla ludzi, którzy jeszcze nigdy nie zostali pożarci przez krokodyla, o tyle Cząstki elementarne ze spokojnym sumieniem możnaby polecić wszystkim pozostałym. Na pewno nie osobnikom zakochanym, realizującym się na drodze macierzyństwa, czy kariery zawodowej. Raczej nie tym, którzy poszukują zaspokojenia w seksie, wierzącym w tzw. szczęście i przekonanym, że życie, jeżeli niekoniecznie piękne to i tak ma jakiś cel i prędzej czy później człowiekowi udaje się wiedzę o nim zdobyć.

Wszyscy inni na pewno nie będą poruszeni bezpretensjonalnością Houellebecqa i po lekturze znowu z radością wybiorą się na wieczorny spacer, by stwierdzić z ulgą, że życie jest jednak piękne.

Tymczasem francuski autor to wcale nie skandalizujący, nawet nie krytyczny, a tylko bardzo trzeźwy i rzeczowy głos produktu ubocznego cywilizacji początku XXI wieku: człowieka. Człowieka, któremu poprzednie pokolenia odebrały oparcie w formie wiary i norm społecznych za cenę wolności jednostki, nie ujmując przy tym zdolności do odczuwania moralnego cierpienia i – co u Houellebecqa stanowi kwestię centralną – nie zmieniając świadomości własnej śmiertelności. Oczywistym wynikiem zderzenia wybujałego kultu ego wyzwolonego ciała z faktem nieuchronnego jego przemijania i śmierci było wytworzenie się w człowieku metafizycznej pustki, której bohaterom książki Houellebecqa nie udało się zastąpić ani fizycznymi doznaniami, ani naukowymi dociekiwaniami biologicznego, namacalnego sensu egzystencji w sytuacji, kiedy „pojawienie się świadomości nie wydawało się związane z żadną przesłanką anatomiczną, biochemiczną czy komórkową” a sama forma przetrwania poprzez rozmnażanie płciowe zdaje się stanowić klucz do śmiertelności gatunku. Przed tą biologiczną powlną i nieuchronną autodestrukcją człowiek uciec może jedynie w mentalną – przed obiema na raz tylko w natychmistowy niebyt z wyboru, jedyną prawdziwie wolną decyzją – wyborem momentu końca, w sytuacji kiedy umrzeć i tak trzeba i ten fakt Houellebecq dobitnie uwypukla konsekwentnie kończąc opowiadanie o losach choćby i najbardziej marginalnych postaci jedynym prawdziwym końcem: śmiercią właśnie. Mało tutaj sentymentalizmu, za to jest wszechobecny strach i niezgoda na ten przymus, która nie ma zresztą najmiejszego znaczenia. Właściwie tylko zapisany koniec Bruna nie jest tożsamy z fizycznym końcem rozkładu jego ciała, z drugiej strony ucieczka do szpitala psychiatrycznego pod ochronny parasol chemikaliów jest tylko łagodzącym intensywność świadomości odchodzenia odroczeniem końca, surogatem sensu, jakim powinno wedle ogólnie powielanych norm cechować się ludzkie istnienie. Powinno, bo chyba jednak nie do końca jest, skoro Bruno, w chwili bądź co bądź swojego największego osobistego szczęścia jest w stanie zdobyć się na wyznanie:

Jestem zupełnie bezużyteczny(…) Nawet świń nie umiem hodować. Nie mam pojęcia o wytwarzaniu parówek, produkcji widelców czy telefonów komórkowych, nie znam się na fabrykowaniu wszystkich tych przedmiotów, które mnie otaczają, których używam czy które w siebie wchłaniam; nie potrafię nawet zrozumieć, jak przebiega proces ich wytwarzania(…) Gdybym się znalazł poza naszym kontekstem ekonomiczno-przemysłowym, nie przeżyłbym(…) Jestem całkowicie zależny od otaczającej mnie społeczności, będąc właściwie jej zbędny.

Nie jest to bynajmniej świadomość człowieka wykolejonego, wyrzuconego poza społeczny nawias, a credo typowego przedstawiciela wspólnoty, w której funkcjonuje dobrze zintegrowany powiązaniami społeczno-ekonomicznymi.  Jaki jest człowiek według Cząstek elementarnych? Wcale nie depresyjny, jest po prostu bardzo zmęczony a męczy go przede wszystkim poczucie samotności w rzeczywistości, w której zerwane zostały wszelkie więzi rodzinne, społeczne, w której nie potrafi powrócić już do wspólnoty wiary. Ta samotnoć to pułapka, w którą złapał się sam szukając urojonej wolności. Uciec można z niej tylko na chwile w ramiona innego śmiertelnego istnienia by po wszystkim poczuć się jeszcze bardziej samotnym. Oprócz samotności jest więc człowiek również targany pożądaniem, które niszczy nigy nie mogąc zostać zaspokojonym całowicie, bez powracania do stanu „sprzed”, który staje się tym bardziej dotkliwy, im doznana przyjemność była większa. Zniszczenie relacji międzyludzkich przekłada się na mniej lub bardziej świadomą abnegację prokreacji. Ta postawa jest niewątpliwie konsekwentna, w końcu – ujmując rzecz słowami bohatera Cząstek elementarnych: „Dziwaczny pomysł: rozmnażać się, kiedy nie lubi się życia”. Być może ten sprzeciw wobec biologicznego nakazu czyni los kobiety jeszcze bardziej tragicznym bo kobieta jest u pisarza ofiarą mężczyzn, jej życie sumą ich decyzji niewspółmiernych do własnych wyobrażeń i zakodowanej misji biologicznej, którym to wyznacznikom nadal próbuje być wierna będąc – rzecz jasna – z góry skazaną na porażkę.

Czy wobec tego Houellebecq jest pesymistą, czy zupełnie obiektywnym kontynuatorem myśli egzystencjalnej? Jest z pewnością pionierem literatury post new age, jest postmodernistą na miarę swoich czasów i jest warty czytania nawet za cenę utraty własnej duchowej równowagi, tym bardziej, jeżeli człowieka i tak pożarł już krokodyl.

1 komentarz:

  1. Podczas mojej ostatniej wyprawy do Polski kupiłam "Mapę i terytorium", to pierwsza książka Houellebecqa, którą postanowiłam przeczytać... i chyba na tej poprzestanę. Utknęłam gdzieś ok. 30 strony i od ponad miesiąca nie udało mi się ruszyć nawet o stronę dalej. Nie wiem, na czym polega problem, dla mnie ta proza jest chyba zbyt chłodna, wyobcowana, w ogóle nie poruszają mnie problemy głównego bohatera... tak naprawdę nie obchodzi mnie, co się z nim stanie ;) może kiedyś dam mu drugą szansę, na razie pasuję.

    OdpowiedzUsuń