Z wtorku został jeszcze jakiś kwadrans. Tradycyjnie o tej porze życie towarzyskie naszej sąsiadki kwitnie. Pod oknem mamy grill i kakofonię szwabskiego dialektu. Temperatury nieludzkie, więc zamiast spać postanowiłam coś napisać. To też pewien mieszczański heroizm w sytuacji, kiedy człowiek poci się od samego stukania w klawiaturę komputera. Boli mnie głowa, ale to nie nowość – nowa jest metoda lecznicza, tzn. zamiast tabletek (po których zawsze mam wizję mojej podziurawionej i zmaltretowanej wątroby) opijam się wywarem z krwawnika, pokrzywy i nagietka – sprawdzony przepis Ani – towarzyszki bólowych niedoli. Piszę „opijam” bo dzisiaj mam już za sobą jakieś półtorej litra tych ziółek i nie pamiętam, kiedy ostatnio moje nerki filtrowały na takich obrotach.
Po lekturze Budapesztu wg. Chico Buarque „jestem raczej na nie” używając języka telewizyjnych hitów. Nie wiem w ogóle skąd ten tytuł. Równie dobrze, choć może mniej egzotycznie, mógłby być nim Paryż albo Rzym. I choć być może Brazylijczykowi udało uchwycić się nieco z wyjątkowości węgierskiego języka, to jednak całość wypada mało przekonująco. Szczerze mówiąc nawet nie mam ochoty dociekać co Buarque ma wspólnego z Budapesztem i Węgrami w ogóle. Dość, że przeczytanie tej niewielkiej objętościowo lektury było całkiem męczącym zajęciem. Zum Mitnehmen: Każdy język kreuje własną rzeczwistość i używanie go jest tożsame z byciem częścią tej rzeczwistości. To coś więcej niż odmienne brzmienie, wizualna inność codzienności zapisanej na kartach gazet, to poczucie przynależności do wspólnoty ludzkiej przekazującej swoje uczucia, myśli, spostrzerzenia werbalnym kodem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz