Egy hosszú, nagyon hosszú nap, bezárva az ablakok és az ajtó is, a redőny félig leeresztve, és csak a csönd, ahol nincsenek, nem is lehetnek szavak, nincsenek semmiféle szavak.
Magia! Próbuję zmierzyć się z nią, przełożyć. Wychodzi zawsze nie tak, jak czuję, że powinno: „Pewien długi, bardzo długi dzień, zamknięte okna i drzwi też zamknięte, żaluzje opuszczone do połowy i tylko cisza tam, gdzie nie ma, nie mogłyby istnieć słowa, brak jest jakichkolwiek słów.” Może to tylko moja nieudolność a może świadomość specyfiki tego języka, który jest mi tak samo bliski jak wciąż jeszcze obcy. Węgierski z tym swoim słowotwórczym bogactwem jest zupełnie niepojętym połączeniem precyzji z melancholijnym, jakby niedbałym elementem narracji. A Kőrösi potrafi jak nikt oddać słowami klimat Budapesztu – tej kwintesencji węgierskich blasków i cieni. Czytam i już po chwili myśli uciekają same bo podjeżdża szóstka i w drodze na Moricz Zsigmond Körtér przyglądam się temu panoptikum Nagykörút, jakbym to wszystko widziała poraz pierwszy. Gdyby tak przetłumaczyć tę książkę ludziom, którzy szukają prawdziwego poradnika podróżniczego po Budapeszcie…