Już jako ...latka… hmmm z bilansami raczej poczekajmy do końca roku, może będzie ciekawiej. Zanim przejdę do literatury, będzie jeszcze skrót telegraficzny z ostatniego miesiąca. A miesiąc stał pod znakiem gości.(...)
Właściwie to zamiast tego wątpliwej jakości pisania powinnam zacząć nadrabiać korespondencję bo zalegam. Znowu. Ale zanim na dziś definitywnie już dam sobie spokój, będzie jeszcze krótko o mojej ostatniej lekturze: Krystynie, córce Lavransa Sigrid Undset. Takie obszerniejsze objętościowo czytadła mają zwykle to do siebie, że rozleniwiają, przyjemnie absorbują czytelnika na nieco dłuższy niż zwykle czas. Z książką Sigrid Undset rzecz się ma nieco inaczej, bo kiedy człowiek, dajmy na to – czytelnik płci żeńskiej, zaznajamia się już z bohaterami, krystalizuje sympatie i antypatie wśród książkowych bohaterów i – co tu dużo mówić – łudzi się co do nagłych i szczęśliwych zwrotów w ich losach, o tyle dosyć wcześnie musi uświadomić sobie, że łatwo nie będzie bo bynajmniej nic nie zapowiada łatwego życia samej Krystyny, córki Lavransa. Chcąc nie chcąc podczas czytania pierwszego tomu trzeba pomyśleć o niemieckiej protoplastce Krystyny – Emilii Galotti, której ciężkiego losu kobiety shańbionej i rozczarowanej pozwolił jednak uniknąć jej o wiele bardziej porywczy (i kto wie, czy ostatecznie nie łaskawszy) niż Lavrans ojciec. Krystynie nie oszczędzono wstydu, bólu ani walki ze słabościami własnego charakteru – stąd się wzięły dwa kolejne tomy, z których zrezygnował Lessing pomny tarapatów, w jakie mógłby się wpakować. Dalej jest już jak w słynnym romansie Margaret Mitchell, albo jak w piosence grupy Queen (I can’t live with you but I can’t live without you). I tak aż do śmierci ukochanego-znienawidzonego, czyli pozostając przy suchych faktach: męża. I cóż z tego, że czytelnik już od jakichś 300 stron nie ma najmniejszych złudzeń, że sielanki nie będzie – w końcu nie chodzi o dobre samopoczucie czytających a o życie, jakie nasza norweska bohaterka dla siebie wybrała. A kto swoje nadzieje przełożyć próbuje na jej potomstwo, temu zakończenie książki też nie ułatwia sprawy. Doczytałam. Spadł śnieg – zima, wszystko zaczęło się wiosenną wyprawą w dzieciństwie Krystyny, więc magiczny krąg przyrody, krwiobieg życia się wypełnił. Następne pokolenia Krystyn, Erlendów, Szymonów żyją swoim życiem, jak umieją najlepiej, póki ich czas się nie wypełni. I tak po dziś dzień. A ja obiecałam sobie na pocieszenie jakieś zupełnie beztroskie romansidło, słodkie aż do zemdlenia z bombastycznym happy endem, żeby trochę się rozweselić.
Oczywiście nic z tego nie wyszło, ale to już inna historia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz