Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Mann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Mann. Pokaż wszystkie posty

czwartek, czerwca 06, 2019

Na marginesie

Nowoczesna lingwistyka uważa pisanie, bądź mówienie, czyli tworzenie szeroko rozumianego tekstu za aktywność: działanie i proces twórczy (doing by saying/writting) przynajmniej tak samo wartościowy, jak sport czy praca. Jeszcze większą moc stwórczą ma w tym ujęciu czytanie. Tekst w ujęciu lingwistycznym jest bowiem sumą tego, jak został nadany oraz odebrany i przyjęty, a nie jakąś wielkością absolutną samą w sobie. I rozumując tym tokiem, rzeczywiście, nie tylko lektura formuje odbiorcę, ale to przede wszystkim każdy jeden czytelnik stwarza przeczytane przez siebie książki, robiąc z nich bestsellery, stracając w niepamięć, najczęściej jednak wypracowując coś pomiędzy. A w takim razie przez większość swojego życia popadam w stany schizofreniczne - czytając bez przerwy i nie przykładając się w większości wypadków do tworzenia tego wspólnego produktu końcowego w zamyśle opartego na interakcji. Z wygody, z lenistwa, z braku czasu, albo z jego nadmiaru, z twórczej flauty i niezbyt krewkiej inicjatywy. 

A przecież, gdyby chodziło tylko o to, by poświęcić po jednym poście każdemu przeczytanemu tytułowi, bq nie odstawałby frekwencją wpisów od najpopularniejszych blogów modowo-lifestylowych koleżanek (niezupełnie) po fachu.
Nie bez powodu to w bibliotekach, jak w żadnym innym miejscu potrafię znaleźć wewnętrzny spokój, skupić się na nauce, pracy, lekturze. Rozglądam się i co widzę? Trochę jak współczesne kulisy Imienia róży. Jestem pewna, że Umberto Eco nie miałby mi tego porównania za złe.


Prawda, że ten ład i minimalistyczna forma w służbie treści działają uspokajająco? 


Za dnia czytam na głos tuzinami literaturę dziecięcą, czasem nawet taką całkiem już pokaźną, w której obrazki maksymalnie co trzecia strona (ostatnio króluje Mira Lobe), lub jeszcze taką, gdzie tekst uzupełnia misterne ilustracje (oczywiście, my też nie możemy obejść się bez Gruffalo i wielu innych książek Julii Donaldson). Za to nocami, każdej jednej z osobna w przypływie heroicznego odruchu łapię za lektury własne, choć często bywa, że kończy się ten zapał już na pierwszej stronie. Jednak w jakkolwiek wypchanym plecaku - czyniącym ze mnie wiecznego dromadera, zawsze znajdzie się miejsce na książkę, po którą sięgam w środkach komunikacji miejskiej, w sklepowej kolejce, podczas szybkiej śniadanio-obiado-kolacji. Tak jest: bezczelnie plamię książki - nigdy pożyczone - jedzeniem, z premedytacją zaginam w nich ośle uszy, żeby o czymś tam sobie móc potem przypomnieć i zanim ostatecznie trafią na półkę, mają wyrobioną całkiem pokaźną kilometrówkę. Zgadzam się z lingwistami, że w każdej z nich jest mnie po trochu. Może dlatego z tymi ważnymi nigdy nie potrafię się rozstać, nawet podczas najbardziej uciążliwych przeprowadzek, nawet jeśli zostały dość nieopatrznie pożyczone na wieczne nieoddanie, I tak jestem nadal myślami z moją Księgą ojców Miklósa Vámosa u pewnego nauczyciela uniwersyteckiego w Budapeszcie, a jednocześnie z Białym królem (nadal, nie wiedzieć dlaczego, nie przetłumaczona zresztą na język polski książka) György´ego Dragomana w Bambergu... A jeszcze siedzi mnie trochę i w Toruniu i w Getyndze i kto wie, na jakich jeszcze prowincjach. Choć, być może to tylko zwykła pamiętliwość bibliofila-materialisty i nie ma się czego więcej doszukiwać. A jednak są te pożyczone i nie oddane książki niczym luka w życiorysie, bo prawdę mówiąc, moja biblioteka domowa więcej i szczerzej mówi o mnie, niż najbardziej skrupulatnie skomponowane tabelaryczne cv. Czasem trudno się w tym połapać, ale gdyby tak odkryć klucz...


Napędza mnie nieustające poczucie niedoczytania. Bo chyba już nigdy nie nadążę za Noblistami. I chyba już zawsze nadrabiać będę zaległości z lektur obowiązkowych tzw. kanonu, skoro nawet nie wiadomo w którym miejscu zacząć, a co dopiero skończyć. Dopiero w zeszłym roku doczytałam Die Dreigroschenoper Berta Brechta, ponieważ przez całe lata o niebo bardziej fascynowała  mnie dramaturgia permutacji jego nieoficjalnego konkurenta: Maxa Frischa (tego od Homo Faber, Biografie Ein Spiel, Biedermann und die Brandstifter, Mein Name sei Gantenbein) - same fascynujące lektury i najlepsza pożywka do rozmyślania nad tym, ile przypadku, a ile przeznaczenia składa się na ludzki los, choć może wcale nie są to przeciwstawne sobie pojęcia... Książki Frischa polecam wszystkim domorosłym egzystencjalistom, ale wracając do Brechta i jego opery wartej trzy grosze: Przeczytałam nawet nie dlatego, że zna ją teoretycznie każdy niemiecki szkolniak, ale tak się złożyło, że T. zaprosił mnie na prapremierę ekranizacji tego dramatu. (T. pracował zresztą nad udźwiękowieniem całego projektu i strasznie jestem z niego dumna). I tym sposobem ja, modelowy ignorant dużego i mniejszego ekranu  pewnego ciepłego letniego wieczoru anno 2018 przemykam byle szybciej po (naprawdę) czerwonym dywanie z kieliszkiem prosecco dla dodania sobie animuszu na miejsce dla vip´ów - a jakże - i nieświadoma sytuacji wdaję się w small talk z Joachimem Królem (Jak to, NIE ZNASZ??- przecież to był jeden z najlepszych komisarzy Tatortu! - uświadamia mnie po fakcie K.), na afterparty dla specjalnie zaproszonych gości wymieniam handshake z reżyserem Joachimem Langiem, po kolejnym drinku jestem na "ty" z Meike Droste, a kiedy pada pytanie: co mam wspólnego z filmem, wzruszam ramionami, przyznając szczerze, że nic a nic, za to czytam  książki i nagle staję się - o ironio! - ekspertem od Brechta odpowiadając na pytania, czy on sam byłby z takiej ekranizacji zadowolony. Zgodnie z sumieniem i poziomem alkoholu we krwi odpowiadam prostolinijnie, aczkolwiek nadal poprawną niemczyzną, że: tak, jak najbardziej! W końcu cały film jest jednym opulentnym i misternie poskładanym w całość cytatem z BB. Następnego dnia wtórują mi najpoczytniejsze prasowe tytuły. Uff... Kiedy muzyka orkiestry SWR już wybrzmiała i gasną światła, oddycham z ulgą - teraz  mogę zaszyć się bezpiecznie w kinowym fotelu i odwlec jakąś nieuchronną niczym fatum - co na to powiedziałby Max Frisch? - salonową gafę.

Czerwony dywan a na nim od lewej: Lars Eidinger, Prof. Carl Bergengruen, Robert Stadlober,
 Britta Hammelstein, Claudia Michelsen, Meike Droste, Joachim Król, Joachim A. Lang.
Zdjęcie: Uwe Rosentreter (mfg.de)


Niestety na prapremierze filmu zabrakło Tobiasa Moretti´ego, a to właśnie dla stworzonego przez niego
Mackie´go Messera poszłabym sama w ogień. I tylko pomyśleć, że wcześniej zupełnie nie rozumiałam Polly Peachum...




Mimo wszystko naprawdę cieszę się, że dzięki T. jestem tutaj i delektuję się filmem, do którego kluczem są książki Brechta. Kiedy na ekranie pojawiają się dodatkowo kulisy mojej biblioteki, jestem już zupełnie u siebie...









A kiedy nie jestem u siebie, to i tak z książką, bo nawet moje podróże mają literacki podtekst. W Porto podążałam tropem kolebki inspiracji w głowie pewnej ubogiej lektorki języka angielskiego, znanej powszechnie jako J.K. Rowling. Niepoprawnie barokowy wystrój księgarni Livraria Lillo to rzeczywiście istne kulisy Hogwartu (i nie myślcie sobie wcale, że jest to najbardziej imponująca księgarnia, w której zdarzyło mi się kupić książkę!)










Fakt, że od lektury Harry´ego Pottera w moim przypadku minęło już dobrych naście lat, ale przecież wcale nie tak dawno stawałam w obronie tytułu Harry Potter i przeklęte dziecko, którą to książką Rowling rzekomo rozczarowała rzesze swoich fanów. Logiczne, w końcu relacje cudownego dziecka z jego nieżyjącymi rodzicami są o wiele łatwiejsze niż codzienne i wieloletnie miotanie się między rodzicielskim autorytetem, dojrzewającą osobowością potomstwa i nieprzystającą nijak do siebie gospodarką hormonalną całej trójki. Albus, czyli tytułowe przeklęte dziecko, to taki wielki czarodziej Harry z krwi i kości. I - trawestując samą autorkę - można powiedzieć, że dzięki tym wadom jest jeszcze większy, a przede wszystkim o niebo bardziej przypomina mi moje własne niedoskonałe rodzicielstwo.

Ale przecież miało być o podróżach. 
Kto zatem potrafi jechać dziś do Barcelony niepomny książek Carlosa Ruiza Zafóna? Kto nie  dopuścił do siebie choćby i jednej myśli o odszukaniu w gotyckich zakamarkach Barri wejścia do Cmentarza Zapomnianych Książek?...  Ja w każdym razie nie potrafię inaczej. Teraz wreszcie wypada się przyznać, że poza Cieniem wiatru na czytelniczym koncie mam jeszcze Grę Anioła, Marinę, Księcia Mgły, Więźnia nieba i zupełnie niedawno Labirynt duchów. Naprawdę, żeby sytuacja była jasna, czytałam też książki Remigiusza Mroza i Orbitowskiego i Cherezińskiej (choć to raczej jednak na herezję zakrawało...). Ale to tak na marginesie i w przerwach, bo od zawsze wierna jestem przede wszystkim literaturze reportażu, więc ostatnio Małgorzata Szejnert, Justyna Kopińska i  znowu Włodzimierz Nowak, aż Żal - także ten Hanny Krall - że czasu i umysłu nie starcza, żeby  ogarnąć jeszcze więcej. I od zawsze pociągały mnie dywagacje na temat tożsamości i jej umocowania w czasoprzestrzeni, stąd wzięła się ostatnio niemała sympatia do opowiadań Marioli Kruszewskiej Czereśnie będą dziczeć.





Teraz, jak i kiedyś pociągają mnie literackie peryferie i społeczne wyoutowania, stąd namiętnie dryfuję po lekturach Charlesa Bukowskiego, żeby zaledwie kilka dni później karnie powrócić do wielkich mistrzów, którym taki Bukowski vel Chinaski przynajmniej na łamach swoich książek nieraz podbił oko (najchętniej jednak Hemingway´owi...) I tak cyklicznie wracam do Thomasa Manna. Jadę do niego (bo wcale nie do marcepanów) i miasta Lubeki, Tej samej, która miała dopiero co stojącemu u progu sławy pisarzowi za złe jego Buddenbrocków.  Stoję pod adresem Mengstraße 4 i mimo sympatii do tego hanzeatyckiego miasta doskonale rozumiem ucieczkę młodego Thomasa przed chłodem północnego klimatu, także tego społecznego do ciepłej Italii. A jednak Thomas Mann nie potrafił uciec przed sobą samym i północnym patrycjuszem był tak samo w Szwajcarii jak i na zachodnich wybrzeżach Pacyfiku.



Dom Buddenbrocków przy Mengsraße


--- stał się najwidoczniej kwintesencją pobytu w Lubece i inspiracją nawet dla  Małej Mi...



W luksusowej dzielnicy Los Angeles - takiej, do której Charles Bukowski w latach studenckich spędzonych w tym mieście nawet nosa nie wetknął, a potem, kiedy pozwoliłaby mu na to sława i kieszeń, nie zrobiłby tego z czystej pogardy, miał Thomas Mann swój kolejny już dom. Nomen omen właśnie w zeszłym roku udało się niemieckiemu państwu odkupić podupadłą już w swojej świetności willę (co było do tej pory nie tyle kwestią finansowej niemożności, ile dyplomatycznych rozdźwięków na linii Waszyngton - Berlin... ) I tak z pompą nowo otwarty Thomas-Mann-Haus służyć ma stypendystom wszelkich dyscyplin jako miejsce ich intelektualnego rozwoju.  Oby ich praca przebiegała w mniejszych mękach twórczych, niż ta imiennika samego przybytku! Amen. Pamiętacie jeszcze teorię tekstu według lingwistów? W pewnej gazecie bezdomnych, którą też czytuję, a dokładniej rzecz biorąc, w jej specjalnym wydaniu poświęconym literaturze* znalazłam zupełnie dla siebie niespodziewanie recenzję Czarodziejskiej góry. Myślę, że autor Mann mniej boleśnie odczułby jednak fangę Charlesa Bukowskiego, niż zapewnienie, że: 

...jeśli czytelnik nie nadąża za dywagacjami [Castorpa], może z powodzeniem przekartkować kilka stron i zająć się losami mniej skłonnych do rozmyślań pensjonariuszy Czarodziejskiej Góry, gdyż z punktu widzenia codzienności w sanatorium te intelektualne wynurzenia są bez znaczenia.

No cóż, drogi Thomasie, zrozum, że nie ma o co się zżymać, nawet Czarodziejska góra jest sumą tego, jak została odebrana. Przynajmniej ktoś ją jeszcze czyta, choćby i z pominięciem około jednej trzeciej objętości  - C´est la vie! 

Ale o tym wszystkim tylko tak na marginesie...





*Trott-war-Literaturausgabe (2017/2018, 24./25. rocznik)

poniedziałek, maja 26, 2014

Mann. Thomas Mann

Stało się, podjęłam wyzwanie. 
Od początku istnienia bq jasne było, że bez Mannów się nie obejdzie, więc tym bardziej bez Thomasa Manna. Ale jak pisać o ikonie literatury nie wikłając się zaraz w obszerną monografię, albo nie popełniając (cokolwiek modnego w dzisiejszych czasach) plagiatu, skoro zdaje się, że o nim wszystko zostało już napisane... Od kilku miesięcy siedzę w okopach z biografii, korespondencji, albumów i wreszcie z samych książek T. Manna i powoli mam wrażenie, że się rozpłynęłam i wtopiłam w to wszystko, co czytam. Składam na nowo mój własny obraz tego, który przez dziesiątki lat tak naprawdę jako jeden z nielicznych w swej profesji już za życia urósł do nieosiągalnych rozmiarów monumentu, a co gorsza, był tego zupełnie świadomy. Mit. Pomnik. Jakoś trudno spojrzeć na Thomasa Manna jak na człowieka, bo też niewielu ukazuje go w takiej perspektywie. Może jedynie on sam we własnych pamiętnikach i może dlatego dopiero długo po jego śmierci trafiły one do druku, kiedy legenda zdąrzyła się już dostatecznie utrwalić.

Thomas Mann to postać pełna sprzeczności a jednocześnie zupełnie niezakłamana. Urodzony patrycjusz (który nota bene nigdy nie wyzbył się przekonania o własnej nobilitacji z racji pochodzenia) przechodzi na stronę demokracji i staje się jej orędownikiem. Żyjący w poczuciu osobistej wielkiej misji reprezentowania - kogo, lub czego?- Rodziny, literatury niemieckiej i... całego swojego narodu. Człowiek, który powiedział publicznie bez najmniejszego zająknięcia: Niemcy są tam gdzie jestem ja i przynajmniej od czasu swej amerykańskiej emigracji jakby per se ustanowiony został namiestnikiem niefaszystowskich rodaków, miał w rzeczywistości niesamowitą tremę przed każdym swoim przemówieniem, próbował uwolnić się od polityki, która tak naprawdę mało go interesowała (po drugiej wojnie światowej odrzucił propozycję stanowiska prezydenta RFN). Pełen lęków, depresyjny, za to wobec świata zawsze pewny swojego. Laureat niezliczonych tytułów doktora honoris causa, który od najmłodzych lat zupełnie nie radził sobie w szkole, często repetował klasy a matura nawet nie znajdowała się w zasięgu jego marzeń. Nękany lękami egzystencjalnymi cały czas starał się być wierny narzuconej przez siebie samego roli. No właśnie, biografowie Manna podkreślają ten sceniczny wymiar jego życia i nie wynika to  bynajmniej z zakłamania, dwulicowości, a z poczucia misji bycia Thomasem Mannem na miarę światowej publiczności.

Jego życie osobiste też było pełne sprzeczności. Dla nikogo nie są już tajemnicą homoerotyczne skłonności pisarza, który jednak w swoich pamiętnikach sprowadzał tę kwestię do czystego estetycyzmu. Więc nie był T. Mann homoseksualistą, gdyż brakuje dowodów na to, że jakakolwiek z jego męskich miłości zyskała też wymiar fizyczny. Zrestą sam wyrażał się na temat fizyczności takiego związku z wyraźną dezaprobatą. Mimo fascynacji płcią jednakową, w pewien sposób pozostał dozgonnie wierny Katji z domu Pringsheim, kobiecie, która sama jest wielką zagadką. Jeżeli Thomas Mann przez całe swoje życie grał dla publiczności takiego siebie, jakim do dziś istnieje w powszechnym mniemaniu, to jego żona Katja przez całe te dziesięciolecia wiernie i bezdyskusyjnie wcielała się w rolę drugoplanową, była trochę jak Leporello czy Sanczo Pansa i sama stała się archetypem sługi będącej przy okazji kobietą i to związaną ze swoim panem węzłem małżeńskim. Akurat w przypadku Katji ta rola jest dość zaskakująca. Intelektem a już z pewnością wykształceniem znacznie przewyższała swojego męża, tymczasem to właśnie dla niego przerwała po wzorowo zdanej maturze (a dodać trzeba, że w swoim czasie była pierwszą żeńską maturzystką w rodzinnym Monachium) studia matematyki (u ojca), fizyki (m.in. u Röntgena) i filozofii (m.in. u Jaspersa). Zdolna, obyta, odważna, a wierząc zdjęciom: także piękna oraz z tak zwanego dobrego domu (zresztą zasymilowanych Żydów, co nie jest bez znaczenia, bo także Thomasa w latach 20-tych frapowała kwestia żydowska...) bogata, więc mimo handicapu wynikającego z prostego faktu bycia kobietą, mająca wszelkie perspektywy na frapujące i spełnione życie, bez reszty poświęciła je swojemu mężowi. Korespondencję sygnowała podpisem Frau Thomas Mann i bez najmniejszego żalu miała pod koniec swojego życia powiedzieć, że zawsze była narzędziem swojego męża i nigdy nie robiła tego, co robić by chciała. Za to zapalczywiej jeszcze niż sam Thomas, Katja walczyła choćby i z najmniejszą krytyką pisarstwa męża i gromadziła wokół siebie pochlebnych recenzentów. Czy Thomas Mann kochał swoją żonę? Pewnie tak... Na swój sposób... Trochę jak wierny przywiązany pies. To Katja była oparciem, przystanią, z pewnością wiele jej zawdzięczał, zwłaszcza w czasach psychicznego rozchwiania. 
Tymczasem pośmiertnie udostępnione światu pamiętniki Manna rozczarowują swoją małostkowością. Zdaje się, że więcej miejsca poświęcał zapiskom na temat własnej garderoby i drobnych dziennych rutynowych czynności, niż żonie i szóstce dzieci. Autorytet milionów ludzi na całym świecie nie był nim bynajmniej w swoim własnym domu. 

Ale ale... chyba trochę za bardzo się rozpędziłam. Kto chce wiedzieć więcej, niech rozczyta się w rewelacyjnej monografii autorstwa Hermanna Kurzke pt. Tomasz Mann: Życie jako dzieło sztuki (Thomas Mann. Das Leben als Kunstwerk. Eine Biographie) Ja chciałm tylko pokazać, że ze świadomością tego zupełnie ludzkiego wymiaru osoby Thomasa Manna zupełnie inaczej czyta się jego dzieła. Zwłaszcza te monumentalne. Nigdy nie pomyślałam, że mając niespełna roczne dziecko nadrobię braki z czasów studiów filologicznych i wreszcie przeczytam Buddenbrooków, o których wydawca początkującego pisarza Th. Manna, Samuel Fischer napisać miał, że wydanie drukiem wymaga skrócenia powieści o połowę jej obiętości... Dość, że bez żadnych skrótów opowieść o rodzinie Buddenbrooków ukazała się drukiem nakładem wydawnictwa Fischera - przy czym moje wydanie z 2012 roku liczy sobie bagatela 758 stron - to jeszcze właśnie ta książka stała się ulubionym przez Niemców tytułem autorstwa Thomasa Manna. Swoją drogą, czytając biografie Manna coraz bardziej upewniam się w przekonaniu, że obiętością swoich programowych dzieł próbował zrekompensować dopadającą go regularnie niemożność pisania ( I pomyśleć, że niczego nieświadomi wykładowcy to właśnie jego stawiali nam, studentom za przykład zorganizowania i pedantycznego warsztatu literackiego. Ha!) i pewnie dość głęboko siedzący kompleks kiepskiego ucznia, więc i człowieka bez formalnego wykształcenia. I tak książki Manna są często niesamowicie detaliczne, wręcz o encyklopedycznym charakterze w swojej treści. Choć Buddenbrookowie to znów inna kategoria... Młodziutki Mann, którego z rodzinną Lubeką po śmierci ojca i przeprowadzce matki do Monachium nie wiąże już zupełnie nic, z dystansu południowych Niemiec, a właściwie Włoch, bo to tam Buddenbrookowie w większości przelani zostali na papier, pisze o swojej rodzinie, o środowisku hanzeatyckiego miasta niemieckiej północy i sferze bogatego mieszczaństwa. Właściwie zmienia tylko nazwiska, cała reszta jest wynikiem dobrej pamięci i tego właściwego mu dogłębnego i pedantycznego zmysłu obserwacyjnego. Na dobrą sprawę nie ma w tej powieści postaci wymyślonej, która nie miałaby pierwowzoru w rzeczywistej rodzinie Mannów i jej otoczeniu. Pisząc post o Buddenbrookach, mogłabym z powodzeniem posłużyć się karegorią O rodzinie z podtekstami, bo są one niezliczone. Galerię postaci, a tym samym historię zmierzchającej rodziny zamyka mały Hanno, którego krytycy literaccy jednogłośnie okrzyknęli epickim wcieleniem samego autora. Być może chłopiec rzeczywiście odzwierciedlać ma Thomasa Manna z czasów własnego dzieciństwa - odludka, słabeusza, niepozornego dziecka, nieudolnego ucznia, niezrozumianego syna, ale dla mnie o wiele ciekawsza jest więź łącząca Thomasa Manna z jego książkowym imiennikiem Thomasem Buddenbrookiem. Zdaje się, że niespełna trzydziestoletni wówczas Mann właśnie w tej postaci zawarł opisany już wcześniej wewnętrzny konflikt między wrażliwością, wręcz skłonnością do emocjonalnej niestabilności z nałożonymi na siebie powinnościami reprezentowania, nerwową pedanterię w wypełnianiu zadań z racji rangi pochodzenia. Samotność Thomasa Buddenbrooka jest samotnością Thomasa Manna ukazaną przez jego pamiętniki. 

Nakładem PIW-u ukazał się przekład wyboru korespondencji Thomasa Manna i Hermanna Hessego, z pięknymi formułami zaklinającymi wzajemną przyjaźń i uznanie dla kunsztu literackiego, ale wszystko to zdaje się być bardzo powierzchowne, jakby z gruntu pisane dla szerszej publiczności. Bodaj najwnikliwszy badacz życia Thomasa Manna, Hermann Kurzke formułuje tezę, że to ze starszym bratem Heinrichem Thomas związany był najbardziej, mimo że pogardzał jego dokonaniami literackimi i dramaturgicznymi. Zresztą obaj bracia wzajemnie nie szczędzili sobie słów krytyki. Być może łączyła-dzieliła ich ta przysłowiowa niemiecka Hassliebe... Do tego dochodzi niemożność Thomasa Manna nawiązania prawdziwej więzi uczuciowej z własnymi dziećmi. Th. Mann z czasów pracy nad Buddenbrookami nie mógł jeszcze wiedzieć, że będzie ich szóstka i każde z nich na swój sposób borykać się będzie przez całe życie z piętnem ojca. Jeżeli bowiem komuś wydaje się, że doświadczenia książkowego małego Hanno, który tak bardzo szuka miłości i zrozumienia u ojca, przełożą się kiedyś na rzeczywiste relacje Thomasa Manna z własnym potomstwem, nie może bardziej się mylić. Thomas Mann nie był ojcem zaangażowanym, co może w tamtych czasach odpowiadało ogólnie przyjętym normom, ale, co gorsza, nie był sprawiedliwy i zupełnie otwarcie faworyzował niektóre swoje dzieci (zwłaszcza pierworodną Erikę i najstarszego syna Klausa), podczas kiedy inne świadomie ignorował lub wręcz odtrącał (mały Golo Mann miał przykładowo nieustannie słyszeć, jakim jest brzydkim dzieckiem). Zresztą obiektywizm i poczucie sprawiedliwości w ogóle nie należały do mocnych stron pisarza, który bez zażenowania produkował rcenzje na zamówienie, nie zadając sobie nawet trudu przeczytania opisywanej książki. Współczesnych mu pisarzy nie czytał z założenia, choć może raczej z  zawodowej zawiści.

Historia rodziny Buddenbrooków nie jest jedynym autobiograficznym utworem Thomasa Manna, ale moim zdaniem jest tekstem szczególnym, najbardziej osobistym, patrząc z perspektywy pośmiertnie wydanych dzienników pisarza. Ten smutny koniec familii kupców lubeckich to też jakby przeczucie Thomasa, nestora nowego rodu Mannów, ale może to tylko zwykła kolej ludzkich losów sprawiła, że gdzieś tam cały czas czają się podobieństwa.

Do rodziny Mannów jeszcze na łamach bq wrócimy, bo, co prawda Katja, której zaproponowano spisanie wspomnień z czasów życia u boku jej męża, powiedzieć miała, że w tej rodzinie ktoś musi nie pisać (ostatecznie stanęło na wywiadach zredagowanych potem w książkę), ale jak słusznie spointował tę myśl śp. Marcel Reich-Ranicki, w tej rodzinie nikt nie pisał źle. Materiału literackiego jest więc aż nadto. Zapraszam zatem wszystkich zainteresowanych w podróż do (literackiej) krainy rodziny Mannów.

Ps. Wszystkie poniższe fotografie i reprinty zaczerpnęłam z albumu wydanego przez Hansa Wyslinga i Yvonne Schmidlin Thomas Mann. Ein Leben in Bildern.


Heinrich, Thomas, Carla oraz Julia, rok 1885



Katja Mann z Klausem



Manuskrypt Czarodziejskiej Góry, który zaginął zresztą w czasie II wojny światowej, zdjęcie z roku 1924



Latem 1929 roku nad Bałtykiem



Katja Mann w wieku 86 lat, obraz olejny Edeltraut Abel, 1969.

niedziela, lutego 09, 2014

Budapest / Newyork

Wróciłam do Budapesztu tak, jak wraca się do siebie. 
Wróciłam do mojego miasta pamiętającego czasy, kiedy było światową metropolią, choć jego mieszkańcy już dawno o tym zapomnieli, albo raczej ci, którzy pamiętali, też już odeszli w niepamięć. Wróciłam do Budapesztu trochę podkolorowanego własną wyobraźnią i wybiórczym wspomnieniem, ale moje uczucie zniosło kolejną próbę rzeczywistości - nawet tych durnych olbrzymich plakatów pseudowyborczych szpecących fasady secesyjnych kamienic. Wróciłam na krótko, na chwilę, żeby rozkochać się jeszcze bardziej w panoramie Budy, w peszteńskich zaułkach, w tej tak drogiej mojemu uchu melodyjności węgierskiego języka. A tak się składa, że moim powrotom zawsze towarzyszy literacka czkawka.
Siedzę w Nowym Jorku a dokładniej rzecz ujmując w budapeszteńskim Newyork'u. Pierwszy raz. Złamałam się, zdradziłam Pragę i Europę, Centrala i Hadika. Jestem tu po raz pierwszy, bo naczytałam się tyle, że trudno... Siedzę pomiędzy mocną czarną kawą a pewnym eksperymentem: gorącą białą czekoladą z malinową palinką i miętową śmietaną. Jest tutaj tak, jak się spodziewałam - bombastycznie, bardzo barokowo; złoto i marmur leją się z sufitu po ścianach, trudno skupić się na gastronomii, ale kawa przyzwoita, eksperyment też okazał się pozytywny. Dookoła sami turyści, pewnie też czują się, jakby siedzieli u pana Boga w kościele na kawie. Na fortepianie przygrywa melodię przewodnią Lovestory jakiś sympatyczny muzyk, widocznie znudzony zadaniem, za które mu tutaj płacą. O szklany blat naszego stolika radośnie grzmoci swoimi zabaweczkami moja córka i jest w tym coś z świętokradztwa w tej świątyni... Rozglądam się dookoła, na szczęście jest jeszcze jedne dzieciate towarzystwo, inni goście zdają się być pobłażliwi. Nota bene nasz stolik poświęcony jest  pamięci Janikovszky'ej Ewy, węgierskiej ikonie literatury dziecięcej, o której z pewnością jeszcze napiszę, więc chyba nie przeoczyłam przy wejściu tabliczki z zakazem wstępu psom i dzieciom.
Jestem tutaj, choć kiedyś wzorem węgierskiego poety Endre Ady'go zarzekałam się, że we wtedy świeżo co odrestaurowanym Newyork'u noga moja nie powstanie. A stało się inaczej za sprawą monografii Noémi Saly o budapeszteńskich kawiarniach (Törzskávéházamból zenés kávéházba. Séta a Budapesti körutakon), w której rozsmakowałam się bez reszty.
Newyork to pod konic XIX wieku ponoć najpiękniejsza kawiarnia na świecie (Po drugiej wojnie światowej należał mu się z pewnością także tytuł najpiękniejszego magazynu na świecie). Swoją drogą, jeżeli już jesteśmy przy superlatywach, to chciałabym nadmienić, że to właśnie Węgrzy pochwalić mogą się... najpiękniejszym McDonalds'em. Nie wiem, czy od tego byle jakie jedzenie zyskuje na smaku, ale faktem jest, że lokalizacja pod dachem kompleksu Dworca Zachodniego zaprojektowanego przez Eiffel'a dodaje tej fastfoodowni niewątpliwych walorów wizualnych. Wracając jednak do Newyork'u... Jeśli wspomnieć, że swój wygląd kawiarnia zawdzięcza architektom łaźni Széchenyi i peszteńskiej Akademii Muzycznej, to w zasadzie powinno obyć się bez dalszego zgłębiania tematu. Ponoć mimo wielkiej pompy cechował Newyork dość demokratyczny duch i było to miejsce atrakcyjne tak samo dla arystokrtów, jak i peszteńskich filistrów i lokalnej bohemy. I tylko pisarz Gyula Krúdy miał się pożalić, że popołudniami grube baby z dzielnicy Erzsébetváros zajmują wszystkie stoliki, tak, że nie sposób znaleźć miejsca.

Piliśmy żółte przemieszane z czerwonym, także zielone, najrozmaitsze nieujarzmione likiery - zaczął Kornél Esti - Gorączkowaliśmy się całą noc. Około czwartej nad ranem podnosiliśmy się z miejsc. Na zewnątrz siąpił czarny styczniowy deszcz. [...] Mieliśmy po dwadzieścia lat, niczego nie chcieliśmy tak bardzo, jak zostać pisarzami, nie mieliśmy do roboty nic innego, jak możliwie najszybciej poznać życie - takie słowa dyktuje swojemu ulubionemu bohaterowi w jednym z opowiadań Dezső Kosztolányi, t e n Kosztolányi, literackie bożyszcze Węgier początku XX wieku. Węgierscy literaci do Newyork'u schodzili się chętnie i tłumnie bo przez dekady to właśnie tam rozgrywało się życie towarzyskie stolicy. Dla kawiarni była to klientela mało opłacalna, jednak przynosząca inne niewymierne korzyści, dlatego pisarzy nie tylko tolerowano, ale i dokarmiano. Za kilka fillér'ów zamówić można było tzw. małe literackie: ser, masło, trochę wędliny z niezliczoną ilością bułek. Prawdziwym mecenasem wygłodniałych pisarzy był główny kelner Gyula Reisz, który jeśli tylko przekonany o czichś zadatkach na dobrego pisarza, udzielał delikwentowi nieograniczonego kredytu. Kto zaś nie zyskał uznania, na próżno próbował się wkupić w jego łaski - kuchnia Newyork'u nigdy już nie będzie stała mu otworem. Saly w swojej książce przytacza pewną anegdotę o tym, jak wspomnianemu już Krúdy'iemu udało się podstępem wymóc na Reisz'ie śniadanie dla młodszych kolegów po piórze bez grosza (Sprawiedliwie należałoby dodać, że sam Krúdy zasobnością portfela nie grzeszył nigdy, za to zawsze lubił dobrze zjeść i wypić. Te dwa fakty przyczyniły się do jego szybkiej śmierci w biedzie). Kiedy kelnerzy odmówili podania na kredyt literackiego trójce młodych pisarzy, zamówił Krúdy do Newyork'a wóz z trumnami i kiedy zaczęto trumny te wyładowywać, przestraszeni goście w popłochu opuszczali sale, a kelnerzy padli przed Krúdy'm na kolana, prosząc by się zmiłował, nie robił skandalu i nie ruinował lokalu, wtedy spytał ponoć tylko: Będzie śniadanie dla tych panów? I było...
Dopiłam moją kawę. Zdaje się, że dziś pisarze nie włóczą się już po kawiarniach, żeby uczyć się życia, nie szukają tam ani inspiracji, ani towarzystwa. Przynajmniej tutaj ich nie ma, nie widać ani laptopów, ani samotnych zamyślonych głów gorliwie notujących coś na serwetkach. Za to co rusz błyskają flesze aparatów fotograficznych. Jakie to były czasy, kiedy całe redakcje przesiadywały w kawiarniach (Także w Newyork'u jakiś czas zbierało się wyborowe towarzystwo Nyugat'u, choć w zasadzie ich miejscem był Central), a przy odrobinie szczęścia w jednym lokalu można było spotkać Karinthy'ego, Babits'a i Kosztolányi'ego...
Tymczasem żegnaj mój miły Budapeszcie! Wkrótce znów Cię odwiedzę. Żegnajcie dobre duchy przeszłości!
Wróciłam na niemiecki grunt. Poniekąd do mojej ojczyzny z wyboru: Wahlheimat... Wróciłam też do niemieckiej literatury, mojego dawnego pupila, który jednak w ostatnich latach jakoś po macoszemu obrasta w kurz na regałach. Teraz żyję twórczością i osobą Thomasa Manna. Wraca do mnie ta fascynacja wręcz cyklicznie. Obiecuję, że niebawem bardzo się na ten temat rozpiszę a nazwisko Mann jeszcze wielokrotnie zagości na łamach bq.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z peszteńskiego Newyork'u:










Ps. Thomas Mann też pił kawę w Newyork'u...