niedziela, września 04, 2011

Zamiast atlasu w podróży



Sam środek sezonu urlopowego. Wszyscy rozjechani po całym świecie, restauracje pozamykanie, podobnie mniejsze sklepy - pustki. Aż zazdrość człowieka zżera i też najchętniej by się wyjechało w jakieś nowe inne miejsce. Taki Fernweh. W naszych planach za dwa tygodnie weekend w Alpach, w październiku wyprawa życia – o ile doczekamy się wizy - a tymczasem pozwiedzałam po trochu całą Europę praktycznie nie wstając z kanapy. Z Wiesławą Czaplińską zabrałam się w podróż po Magicznych miejscach literackiej Europy. Zaczęłam od Pragi Franza Kafki i przyznaję, z dość mieszanymi uczuciami, ze względu na pewnie błędy i potknięcia składniowe. I ze względu na powierzchowność tego wpisu. Przecież o Kafce możnaby pisać i pisać.... bez końca. Niesamowite są te jego opowiadania, jak kultowa już Przemiana – fabuła, język – niepowtarzalne. Kafkaesk – bo jak ująć to lepiej słowami. Ale prawdę mówiąc trudno jest się oprzeć narracji Czaplińskiej tak przemieszczając się na gapę z Moskwy po La Manchę, bo z każdego zapisku autorki wprost promieniuje miłość do literatury (i oczywiście do filmu!), ciekawość dla jej twórców, dusza kulturowego odkrywcy. Czaplińska wiedzieła, że zaletą literackiej topografii Europy jest jej nieograniczona wymiarowość, bo z jednej strony miejsca istniejące rzeczywiście, z drugiej kulisy zrodzone z fantazji autora i wreszcie własna hołubiona czytelnicza wizja tych ukochanych książkowych postaci i krajobrazów. Do tego dochodzi możliwość  podróżowania w czasie wedle kaprysu. I rodzi się w człowieku potrzeba, żeby być w tych wszystkich miejscach jeszcze raz, ba, żeby nanieść na tę literacką mapę Europy więcej punktów... Ja napisałabym jeszcze o twórczej topografii Gdańska i Budapesztu i Koszyc i o... o stu innych miejscach z najróżniejszych perspektyw pisarskich.  Szkoda, że Wiesława Czaplińska już nie zdążyła.


Czaplińska była w Budapeszcie obecna na uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej węgierskiej poetce i tłumaczce, zakochanej w Polsce Gráci Kerényi zaledwie kilkanascie dni przed swoją śmiercią.


Tymczasem tworzę zwierzęcą mapę naszej dzielnicy – gdzie udać się, żeby zagłaskać jakiegoś kota, kiedy ogarnia mnie taka nieodparta potrzeba. Póki co udało się zjednać astmatycznego kocura dwie ulice dalej. Dzisiaj już  z własnej nieprzymuszonej kociej woli wgramolił mi się na kolana. Bez przynęty. Z kotami jak z książkami, bez nich byłoby nijak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz