Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Musierowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Musierowicz. Pokaż wszystkie posty

sobota, marca 24, 2018

Musierowicz wiosną

Nareszcie! Długo wyczekiwana (zwłaszcza po nie trafionych proroctwach mikołajkowych) kontynuacja Jeżycjady zawitała do księgarń, a stamtąd za sprawą moich najdroższych Rodzicieli listem poleconym przybyła prościutko pod mój dach. Ach... ach..- kolejne unisono młodzieńczych serc w wersji Małgorzaty Musierowicz. Czy to może się kiedykolwiek znudzić?  (pytanie retoryczne) Chwała niech będzie szczęśliwej  prokreacji, dzięki której nie tylko zostałam właśnie ponownie ciotką (zgryzotką?), ale także dzięki której po Borejkach posypały się kolejne pokolenia Górskich, Strybów, Pałysów i innych Robrojków i wszystko zapowiada, że ten afirmacyjny stosunek do życia nie zostanie w najbliższym czasie przerwany! (straszne farmazony tu wypisuję...)
Dzisiaj w metrze wypatrzyłam pewnego mężczyznę, którego mądre oblicze okraszone jasnym zarostem i okularami, gęsta, aczkolwiek starannie przycięta czupryna oraz wysportowana sylwetka, a także nienaganny ubiór kazały mi zaopniować, że mam oto przed sobą bardzo przystojnego osobnika płci męskiej, egzemplarz wręcz wyjątkowo udany, a niech mnie nawet o seksizm posadzą! I nagle to uosobienie męskości otwiera torbę, wyciąga z niej smakowicie opasłe tomidło i zagłębia się w lekturze!! Gdyby nie to, że nadal jestem szaleńczo-obłąkańczo zakochana, oczywiście we własnym mężu (który bynajmniej nie stroni od książek), chyba zaryzykowałabym hamowanie awaryjne, żeby bez zbędnych ceregieli paść męskiemu czytającemu w ramiona...
To ta wiosna! I ta książka!

środa, grudnia 16, 2015

Adwentowe słabostki

Na przekór tej całej końcoworocznej bieganinie w grudniu moja codzienność nieco zwalnia: jakoś mniej mi się chce... i dni coraz krótsze... Podczas adwentu wieczorami zapalamy wszelkie możliwe światełka i świeczki i to nastraja bardziej romantycznie, co zwykle przekłada się na moje lektury, ba, nawet na filmy. Co roku zamiast Kevina samego gdziekolwiek oglądamy z A. Love actually, jedną z niewielu komedii romantycznych, do których warto, moim zdaniem, powrócić. Potem przychodzi czas na słuchanie Joni Mitchell i wreszcie na jakąś dobrą książkę, która chwyci za serce i albo je pokrzepi albo roztrzaska na kawałki. Takie moje adwentowe słabości to w tym roku Villette Charlotte Brontë, powieść, o której mówi się, że jest prekursorem strumienia świadomości na długo przed literaturą Wirginii Wolf (o której koniecznie musimy tutaj jeszcze porozprawiać, choć już nie w tym roku) i jest rzeczywiście chyba najbardziej dojrzała z wszystkiego, co do tej pory autorstwa Ch. Brontë czytałam. A poza tym... Pamiętacie jeszcze zeszłoroczną książkę pod choinkę?... Tak!! Nowy tomik Jeżycjady już w księgarniach i co o wiele ważniejsze, już w mojej domowej biblioteczce. Nie mam nic przeciwko, jeśli Małgorzata Musierowicz zechce zrobić z tego wydawniczego interwału tradycję: kolejna porcja borejkowych perypetii na coroczne Mikołajki. I niech sobie krytykują, że staromodna i zachowawcza, a ja cieszę się jak dziecko na tę wspaniałą rodzinę, na ich kulturalne życie, na wszechobecność mądrych książek no i na te szczere porywy serc kolejnych generacji sympatycznych rudzielców (uogólniając). Ad rem (Że też na studuach tak bardzo obrzydzili mi łacinę!) - jak powiedziałby senior Borejko - to chyba więcej niż feblik, to takie czytanie, od którego robi się człowiekowi bardzo ciepło nawet wtedy, gdy marzną stopy i wszystko dookoła straszy ponurą szarością.

I jeszcze ilustracja Małgorzaty Musierowicz dla podkolorowania adwentowego nastroju:


Projekt okładki na Noelkę. Źródło: www. musierowicz.com.pl


środa, grudnia 31, 2014

Epilog do 2014

To był rok pełen nowych wrażeń, zajęć i obowiązków. Dobry rok, przynajmniej w mojej subiektywnej ocenie. Nawet na czytanie starczyło czasu i to w całkiem przyzwoitym stopniu. Nie o wszystkim udało się napisać na bq, choć to bynajmniej nie szkodzi. Najważniejsze, że jeszcze tu jestem a po drugiej stronie jest kilku aktywnych czytelników moich postów. 
Dziękuję Wam za bycie moją motywacją do tworzenia czegoś, czego robić nie trzeba, za co nie płacą i na co często brak czasu. 

Jeszcze trochę o moim czytelniczym finiszu 2014... 
A było tak, jak sobie wymarzyłam: Lektura Opowieści wigilijnej Charlsa Dickensa krótko przed świętami, żeby w wirze przygotowań nie zapomnieć o prawdziwym przesłaniu Bożego Narodzenia, żeby wraz ze Scrooge´m uświadomić sobie naszą powinność bycia człowiekiem, zresztą, przede wszystkim na co dzień... A potem w świetle lampek choinkowych już sama radość z Wnuczki do orzechów Małgorzaty Musierowicz, którą to książeczkę miałam odłożoną specjalnie na tę okazję. I tak mi przyjemnie minęły dni świąteczne...
W nawiązaniu do tego czasu wybrałam kilka rysunków Tove Jansson, Muminków, a jakże... Wszystkie pochodzą z drugiego tomu Mumins. Die gesammelten Comic-Strips von Tove Jansson.





- Co mam na siebie włożyć? Czerwoną... czy małą czarną?...



- Ani jednego pyłku kurzu w pokoju dziecięcym!
(O jejku, jakie to straszne!)




- A jeżeli to prawda, że nie jestem dobrą gospodynią?



- Nasz dom...
- Piękny dom..
(Jesteście głupi)




- Do diabła z odpowiedzialnością!






niedziela, grudnia 16, 2012

Kolejne Boże Narodzenie u Borejków - post z myślą o M. przy okazji McDusi


Tak się jakoś złożyło, że Boże Narodzenie za pasem, nowy tom Jeżycjady leży już czas jakiś na półkach księgarń tymczasem M. - bądź co bądź rodowita Wielkopolanka, co to właśnie w święta błąka się po Ameryce Południowej, wyznała mi, że książek Małgorzaty Musierowicz nigdy nie czytała. Nie ma jednak lektury nie do nadrobienia i niech o tym zaświadczy nawet siostra moja, która w lat kilkanaście po daremnym przymusie szkolnym z własnej nieprzymuszonej woli i pewnie z tym większą przyjemnością przeczytała W pustyni i w puszczy. Albo A., którą z dorosłej czytelnicki-sceptyczki przemieniłam w prawdziwą fankę Tomasza NN lepiej wszystkim znanego pod pseudonimem Pan Samochodzik.

A właśnie pod choinką jakieś trzy lata temu znalazłam komplet książeczek opowiadających historię rodziny i przyjaciół Borejków - moją własną Jeżycjadę! Ten prezent miał charakter wielce symboliczny, tym samym mój własny księgozbiór osiągnął kolejny stopień niezależności od tego macierzystego i własny dom stał się prawdziwszym Domem gotowym na nadejście kolejnego pokolenia czytelniczego. Bo książki Małgorzaty Musierowicz czytało się w u nas co czas jakiś od nowa na przemian i wedle indywidualnych upodobań. Każda z żeńskiej części rodziny wtajemniczona była w pewne niezrozumiałe dla osób spoza tego magicznego czytelniczego kręgu powiedzenia i szczegóły borejkowych perypetii, każda z nas miała postać, z którą się identyfikowała (moją była Pulpecja co stało się niemałym udręczeniem przed maturą), każda miała jakiegoś swojego ulubionego absztyfikanta (a zatem przyznaję -był nim Baltona) i spory wybuchały tylko po ukazaniu się kolejnej książeczki - mianowicie o czytelniczą palmę pierwszeństwa. I kiedy patrzę na własny już zbiór, brakuje mu właśnie tej patyny lat czytania, luźnych stronnic, gdzie niegdzie śladu po czekoladzie albo odcisku kociej łapy mimo jak najlepiej wpojonego szacunku dla wartości książki. I wszystkie te spustoszenia to dowody na długoletnią dobrą znajomość. To trochę tak jakby przez całe minione lata siedzieć w przytulnej gwarnej kuchni na Roosvelta i niezauważonym być świadkiem miłosnych kataklizmów, rodzinnych katastrof i dorastać razem z kolejnymi pokoleniami Borejków. Prawda, że aktualna McDusia nie ma w sobie wiele z tamtej młodziutkiej Kreski bo i nasza współczesność nie bardzo podobna jest do tamtych lat jakoś tak wspaniale oddanych przez Małgorzatę Musierowicz, która nawisem mówiąc według oceny własnej (pewne spotkanie autorskie dawno temu w Toruniu) jest pierwowzorem borejkowego typu urody - patrz ilustracje autorki. Ten sentyment jakoś nierozerwalnie łączy się w moim pojęciu ze świąteczną atmosferą bo i święta poznańskiego klanu zawsze były czasem wyjątkowym, w rzeczywistości niekoniecznie błogim i spokojnym ale intensywnie rodzinnym i emocjonalnym czasem konsolidacji. Idea świątecznego ślubu też nie jest innowacją ale czym to szkodzi, czytelnik tak naprawdę cieszy się na te borejkowe tradycje, to jak strojenie choinki w długouchego anioła Nutrii... i niech mi niewtajemniczeni nie mieją za złe tego niezrozumiałego wywodu.
Wszystkim Wam życzę chociaż raz jeden Świąt spędzonych wspólnie z rodem Borejków a dla Ciebie droga M. wkrótce po powrocie z Chile rozpocznie się magiczna podróż po poznańskiej dzielnicy Jeżyce - pierszy tom przygód czeka już przygotowany...


Źródło: www.musierowicz.com.pl