Już jakiś czas temu miałam wspomnieć o książce Zafóna – niestety nie tej najlepszej, która osiągnęła status kultowy w skali światowej… i każdy czytający już wie, że chodzi o Cień wiatru – natomiast o ostatnio wydanym w Polsce Pałacu północy. Chyba żadnego innego pisarza nie tłumaczy się na polski w takim tempie. I słusznie – jeżeli dzięki Zafónowi nasze narodowe statystyki czytelnicze nie polepszyły się choćby minimalnie to nie ma już ratunku dla książek w Polsce – za wyjątkiem lektur (bo te choć przeważnie nie czytane, kupi się uczniom w prezencie lub nagrodę) i będziemy mieli cmentarz zapomnianych książek, o jakim nawet C. R. Zafónowi się nie śniło, a trzeba przyznać, że hiszpańskiemu autorowi fantazji nie brakuje. Cóż – urodzonym w Barcelonie o ten talent pewnie nieco łatwiej… Nad Pałacem północy rozwodzić się nie będę, bo jest to w porównaniu do innych książek autora opowieść najbardziej infantylna i nie pozostawia wątpliwości, że napisana została dobrych kilka lat przed wykształceniem rzemiosła pisarskiego na miarę Cienia wiatru, co sam pisarz zresztą otwarcie przyznaje („I think everything converged in The Shadow of the Wind, which in a way is a first novel, even though it's a fifth.”) Opowiadanie bardziej niż wytrawnym miłośnikom literatury warto polecić młodzieży, którą należy podstępnie zwabić w nieprzebytą krainę książek, tak, by sama nabrała chęci brnąć wciąż dalej i dalej. A kto ma ochotę, niech zajrzy na angielskojęzyczną stronę autora, z której pochodzi wcześniej przytoczona wypowiedź i… posłucha muzyki Zafóna, zanim poczyta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz