Takie post scriptum do ostatniego postu...
Po lekturze Dojczlandu nabieram pewności, która wcześniej była ledwie przypuszczeniem. Coś w naszej literaturze nabrało rozpędu, wyszło poza mury domów, przeskoczyło parkany ogrodów, zostawiło za sobą społeczne biotopy wiejskie i miejskie, poważyło się na światy i przestrzenie niezbadane, literacko dziewicze. Andrzej Stasiuk wyruszył w swojej książce na zachód, by odnaleźć w nim trochę wschodu, skonfrontować obce przestrzenie z własną (nie tylko auto-)świadomością, przeprawić się przez mapy tych dwóch kosmosów. Samolotem, samochodem, pociągiem, jednak w bezustannym ruchu, posiłkując się nazwami niemieckich miast od Hamburga po Monachium, z Akwizgranu do Frankfurtu nad Odrą. Czytelnik ma przed sobą sto dwanaście stron pisanych jakby jednym tchem językiem bezkompromisowym, zdecydowanym, bardzo bezpośrednim, tylko czasem wpadającym w poetycki ton. Ten narracyjny dynamizm idący w parze z fragmentarycznością opowieści sprawia, że Dojczland należy czytać w ruchu, w drodze, gdzieś w zawieszeniu między jej punktem wyjścia a celem.
Stasiuk pozostaje w swojej literackiej wędrówce wierny prowincji, w tym wypadku prowincji większych bądź mniejszych miast niemieckich, oraz estetyce brzydoty, tej swojskiej, ludzkiej, która nie nadąża za rozwojem cywilizacyjnym. Nie ma co liczyć na opisy romantycznej Nadrenii (może za wyjątkiem wspomnienia bliskiej autorowi skały Lorelei), sielanki bawarskiej wsi, czy meklemburskiej przyrody. Dojczland jest rekonstrukcją wieloletnich podróży autora po Niemczech z odczytami i spotkaniami z jego niemiecką publicznością, rozpoczętych krótko po upadku berlińskiego muru. Używając terminologii samego Stasiuka, mamy do czynienia ze sprawozdaniem z bycia polskim „wędrownym gastarbajterem”. Jednak te zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy, pozostawiane za sobą nazwy miejscowości, dworce kolejowe i pokoje hotelowe to przede wszystkim zapis pewnego mozolnego rytuału odczarowywania tytułowego Dojczlandu, kraju Polakom geograficznie bardzo bliskiego, a jednocześnie wciąż nazbyt obcego mentalnie. „To jednak jest trauma.” – czytamy – „W równym stopniu dotyka specjalistów od uprawy szparagów i pisarzy. Nie da się do Niemiec pojechać na luzie. Jak do, powiedzmy, Monako, Portugalii albo na Węgry. Jazda do Niemiec to jest psychoanaliza.”
Podróżuje zatem Stasiuk w głąb samego siebie. Czasem wygrzebuje z zakamarków świadomości dawne uprzedzenia i nawet udaje mu się z nimi stoczyć zwycięską walkę, dostrzec człowieka, „nie potykając się o historię”. Czasem nabierają fonii myśli zwykle przemilczane i przykładowo wyartykułowana zostaje sympatia dla NRD – przedsionka Niemiec „właściwych”. („Słowiańskość, komunizm, trochę gorsza dieta i tańsze kosmetyki to są jednak elementy uczłowieczające”.) Wszystko to jedna wielka próba zmierzenia się nie tyle z samym pierwiastkiem niemieckości, co raczej z własną do niego nieprzystawalnością, czyli tą przez autora głęboko odczuwaną samotnością w Niemczech.
Zdaje się, że książka Stasiuka jest równie wielkim wyzwaniem dla czytelnika polskiego, jakim stanie się (po przełożeniu na język niemiecki) dla naszych zachodnich sąsiadów. Choć mowa tu o wyzwaniach z różnej perspektywy, rozciągającej się od ubrania w słowa własnych myśli z gatunku tych niepoprawnych, po przyglądanie się sobie w innym, czasem krzywym, ale jednak realnym zwierciadle, w którym ostatecznie zawsze możemy się jakoś rozpoznać, choćby i wbrew sobie. Ale to wymaga odwagi, albo przynajmniej asekuracji whiski, na którą można by choć częściowo zrzucić ciężar odpowiedzialności za własne przemyślenia („Zgoda, ta opowieść jest pełna uprzedzeń”). Nie jest to lektura z rodzaju łatwych i przyjemnych, ale z pewnością z rodzaju tych irytująco interesujących, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną. Wrażenie „po” jest podobne wizycie u lekarza, kiedy diagnoza zostaje postawiona przez innego, równie chorego pacjenta i ostatecznie nie bardzo wiadomo, jak się leczyć. Bo Stasiuk nie pretenduje do stanowiska lekarskiego autorytetu, pisząc nie wchodzi w rolę uzdrowiciela polsko-niemieckich bolączek, nie proponuje na nie cudownego lekarstwa. Jest raczej pełnym refleksji pacjentem, który stawia czoła własnym problemom, a nam, równie chorym, zostawia wybór, co z jego refleksjami zrobić.
Może, przekładając tę metaforykę na grunt niemiecki, mamy tu do czynienia z postacią legendarnego Parzivala, który błądząc latami po świecie w poszukiwaniu mitycznego królestwa Anfortasa, szuka mądrości pozwalającej na uleczenie tak chorego króla, jak i jednocześnie siebie samego. Stasiuk nie porównuje się z germańskim Parzivalem ale wynajduje jego bardziej polski odpowiednik, pytając: „Bo czym jest moja niemiecka podróż, jeśli nie wędrówką Głupiego Jasia w poszukiwaniu mądrości?”. Parzivalowi udaje się ją znaleźć, stać się prawdziwym rycerzem, uleczyć siebie, zakończyć męki starego Anfortasa i zająć jego miejsce. Co czeka Głupiego Jasia na końcu jego własnej drogi? Może odpowiedź na wręcz egzystencjalne pytanie, czym byłaby nasza polskość, nasze człowieczeństwo bez niemieckości tuż za miedzą? Czy ta wiedza jest mądrością „Głupiego Jasia Europy” – trudno powiedzieć, ale równie trudno oprzeć się wrażeniu, że coś jednak się zmieniło i nasz bohater także przechodzi swoje baśniowe przeobrażenie, gdy pisze „Zaczynałem pojmować [...]”.
Jeśli kogoś frapują pytania, dlaczego Niemcy nie lubią Polaków, a Polacy boją się Niemców, czym różni się właściwie słowiańskość od germańskości, gdzie leżą granice międzynarodowej wyobraźni, na czym polega amerykanizm naszych zachodnich sąsiadów (Tak, amerykanizm na miarę Europy, czyli olbrzymi potencjał rozwojowy Niemców przy ich jednoczesnym umocowaniu w tradycji, historii z akapitem o Lutrze i Hitlerze.), dla tego Dojczland Stasiuka będzie z pewnością lekturą zajmującą. Może dzięki dystansowi samotnego Słowianina w Niemczech uda się poszukać własnych odpowiedzi, a potem, kto wie, odkryć swój własny, jakże swojsko brzmiący Dojczland.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz