środa, lutego 21, 2018

Podróż życia drugą klasą

Właściwie wcale nie chciałam pisać na ten temat.
A przynajmniej nie w ten sposób, nie czerpiąc z własnego doświadczenia, nie traktując całości zbyt osobiście. Zgadzam się (także z Tobą, H., choć wątpię, że czytasz moje słowa), że blogowanie to kolejny akt ekshibicjonizmu, do tego beznadziejnie egocentrycznego: Patrzcie i czytajcie z tego wszyscy, to jest bowiem zdanie moje, które wprawdzie niewiele znaczy wśród milionów zdań innych, a jednak nieomylna jest wiara moja w jego wyjątkowość!
I może naprawdę szkoda na to wszystko czasu Waszego i mojego. Bo niby jest na bq o książkach, a skoro mieści się w nich wszystko, jest jakby i o życiu, o mnie i o Tobie. o tym, czego brakuje, a co jest dookoła, o tym co namacalne, albo żyje tylko w głowie. O wszystkim i o niczym, z sensem i bez niego.
Ale skoro nadal czytasz, doczytaj jednak do końca, bo dzisiaj po prostu muszę podzielić się myślami, za którymi stoi ludzkie życie, a może i miliony żyć, o których nikt nigdy nawet słowem nie wspomni, a już na pewno książki im nie poświęci.

Wczoraj obejrzałam króciutki reportaż Spiegel tv, rozpoczynający się słowami (piszę z pamięci, więc chodzi o ogólne przesłanie): Emigranci wnoszą do naszego kraju (RFN) niestety nie tylko bogactwo kulturowe, ale także zacofanie, co pokazuje ten materiał...
Materiał zaś pokazuje wiecznie uśmiechniętego, zadowolonego z siebie Ahmeda (oczywiście, a jakżeby inaczej!), który aktualnie wraz z dwiema żonami i szóstką dzieci, żyje na koszt państwa i gminy w małym miasteczku na północy Niemiec, nie potrafi czytać ani pisać, pracować nie chce, za to chciałby mieć ze dwadzieścioro dzieci i jak Allah da, jeszcze ze dwie żony, a baba Merkel jest najwspanialsza i Ahmed bardzo jej dziękuje. Obejrzałam i przysłowiowy szlag mnie trafił. Używając logiki redaktora mogę skomentować całość jednym zdaniem: Niestety rówież w demokratycznym kraju z wolnością słowa i dostępem do wszelkiej wiedzy, dziennikarze potrafią zmontować propagandowy chłam. Bo jak inaczej rozumieć to coś, czego nie powstydziłby się sam Viktor Orbán, a w sumie wystarczyłoby dodać węgierskie podpisy i spot na bliskie wybory byłby gotowy?! Teraz popatrzcie sobie durni Niemcy, i popatrzcie ku przestrodze wszyscy inni Europejczycy czystej rasy, szlachetnej cywilizacji i jedynego słusznego wyznania, jakich imigrantów nawpuszczaliście! Nie dość, że taki Ahmed zacofany i szowinista, to jeszcze w ogóle socjalizować by go trzeba. Jaki przekaz generuje Spiegel tv, poniekąd poważne medium docierające do szerokich mas odbiorców pokazując jednego spośród 1.444.877 imigrantów ubiegających się od 2015 roku o azyl w Niemczech (to dane Bundesamt für Migration und Flüchtlinge, w skrócie: BAMF-u, niemieckiego Ministerstwa ds. Migracji i Uchodźców)? Jeśli uświadomić sobie fakt, że większość tzw. normalnych obywateli nie ma najmniejszej choćby styczności z ludźmi, którzy dotarli do Europy z krajów arabskich Bliskiego Wschodu na fali migracyjnej w ostatnich trzech latach, rodzi to obraz niemożliwie skrzywiony, a przy okazji - niestety - perfekcyjną pożywkę dla nacjonalistycznych, rasistowskich i wszelkich tym podobnych ultraprawicowych  zapędów.
W końcu trudno się z tym nie zgodzić: nikt nie chce utrzymywać takiego Ahmeda, nie chce mieć takiego sąsiada, generalnie niepojęte jest dzielić z nim nasz drogi europejski Lebensraum. Czyżbym przesadziła? Bynajmniej, wierzcie, że z mediów i ust zwykłych ludzi płynie dawna, lekko odkurzona retoryka, ta sama nomenklatura, te same lęki, ta sama brązowa zupa, do której wszystko można wrzucić w imię mojego prawa i mojej wolności.

Ahmedów (bo kto by tam ich dokłałnie znał) nie chcą przede wszystkim inni, jak należałoby politycznie poprawnie napisać, obywatele z tłem migracyjnym, tzn. ci lepsi migranci, którym należy się partycypowanie w dobrach ich nowego kraju. W końcu oni są w nim już od dawna, biali nawet od urodzenia, są Europejczykami i są chrześcijanami, a przynajmniej mają na to papier. Oni jedzą przy stole jak cywilizowani ludzie, nie zakładają żadnych tam burek i czadorów, nie kucają na śmiesznych dywanikach. Poza tym oni mają pracę, często nie odpowiadającą ich kwalifikacjom i wyobrażeniom, mimo to dzielnie sprzątają, zmywają i pielą tym Szwabom i Angolom, którymi niekiedy wręcz gardzą, ale jednak pracują i robią to szybciej i lepiej niż ktokolwiek inny. A kiedy już zarobią, to jadą do domu, wstępując po drodze do kantoru i sobie odbijają, budując dworek rodem z Soplicowa. Dwie kolumienki podpierają to całe szczęście. Lekko tylko pukniętym bmw, dobrze zresztą wyklepanym, wiadomo, przez swojego fachowca, jadą do plazy na zakupy w markowych sklepach i żyją każdym takim urlopem w Polsce, Rumunii czy Bułgarii, aby potem wrócić do żmudnej codzienności u duńskiego rolnika, niemieckiego staruszka przykutego do łóżka (strach pomyśleć, co on robił siedemdziesiąt lat temu), do irlandzkiego pubu lub holenderskiego ogrodnika. Ale TO jest ten lepszy sort migrantów: Ja ja, Magda macht das schon! Thank you, guys! Pełna (samo)akceptacja. Jest nawet bilateralna nadzieja, że oni kiedyś wrócą do siebie z odłożonym hajsem, aby pięknie i godnie się zestarzeć, a niechby i czcigodnie zemrzeć po złotej jesieni życia na ojczystej ziemi.


Sa jeszcze inni, którzy wyjeżdżając/przyjeżdżając całe swoje siły poświęcili na to, żeby idealnie wtopić się w otoczenie, starają sie być bardziej niemieccy niż przeciętny Niemiec, bardziej angielscy niż najstarsi wyspiarze. Ta motywacja karmi się często nieuświadomionym albo raczej zepchniętym do nieświadomości wstydem ludzi, ktorzy w głębi duszy uważają się z racji swojego pochodzenia za gorszych. Czasem spotykam takich rozpaczliwie próbujących zamienić twarde słowiańskie r na niemiecką głoskę szwa, albo takich, którzy pytanie o pochodzenie uważają za największą obelgę i rumieniąc się odpowiadają z naciskiem, że z Berlina... 

Kiedyś G. sprezentowała mi książkę pod tytułem Wir Strebermigranten (My migranci prymusi). Autorka: Emilia Smechowski. Dedykacja G.: Für uns, "Strebermigranten". Dedykacja autorki (w oryginale) Babci Basi. Aha, więc jednak Polka... chociaż najwyraźniej Niemka... Autorka zastanawia się w swojej książce nad własną tożsamością i nad tym, skąd wzięła się potrzeba, aby ze swoim dzieckiem rozmawiać po polsku. Wtedy, kiedy będąc małą dziewczynką wraz z rodziną uciekła do Berlina (Zachodniego) cele były jasne: nie rzucać się w oczy, (jak najszybciej) nauczyć się mówić po niemiecku, mieć najlepsze oceny w szkole, dostać (dobrą) pracę, zarabiać dużo (marek) i kupić sobie za to dostatnie (zachodnio)niemieckie życie, tożsamość tubylca, która najwyraźniej nie do końca pokrywa się z nowym paszportem. Emilia Smechowski opisuje osobiste doświadczenie emigracji, a jednocześnie kreśli miliony podobnych emigracyjno-imigracyjnych życiorysów, które łączy przede wszystkim jedno: przeświadczenie o prawie do wyboru tej drogi i szansie, którą trzeba było wykorzystać. Czasem taki Harald Schmidt rzucił niewybrednym dowcipem o Polakach, czasem usłyszało się starą jak świat maksymę Heute gestohlen, morgen in Polen (Dzisiaj skradzione, jutro do Polski wywiezione) ale co prawda to prawda: Frau Halina i Herr Jarek to gute Menschen, po prostu niezastąpieni, herzlich willkommen w naszym gastlandzie. Oprócz Polaków kierunek Zachód obrały setki tysięcy obywateli byłych republik radzieckich, niemieckich Turków, zwykle rodzin powojennych gastarbeiterów oraz niegdysiejszych Jugosławian. Teraz to już wszystko nasi i sami swoi - nawet trzecia generacja Familie Lisitzky, Schalewsky, Novak, niemieccy do szpiku kości, dobrze wykształceni, co roku lecą z dziećmi na Majorkę, do Aldiego podjeżdżaja nowym Audi, nawet mieszkanie mają już własnościowe. To właśnie oni nie chcą Ahmedów, ich obecność traktują jako powrót do przeszłości, o której za wszelką cenę próbują zapomnieć, jakby ktoś mógł dopatrzyć się podobieństw... Także w swoich poglądach politycznych są radykalni do bólu, jakby musieli ciągle coś udowadniać i spłacać dług lojalności względem rdzennych współplemieńców. A jednak głęboko w nich nadal istnieje nieznośna ambiwalencja i sami gubią się w rozważaniach, gdzie to jest u nas, a kto to ci nasi i wasi. Czasem w przypływie radości pozwalają sobie zauważyć, że Podolski i Lewandowski, i przecież też nasz papież, a nawet kilku Noblistów... W domowym zaciszu lepią pierogi, świątecznego karpia nie zamieniliby na żadny pudding tego świata i cieszą się widząc na sklepowych półkach echt polską żubówkę. Jednak na co dzień bardzo chcą być tutejsi, lepsi. Emilia Smechowski daje głos tym cichym, niepozornym masom migrantów pierwszej kategorii. Tym lepszym.

Gorsi to rzecz jasna nasz Ahmed i inni napływowi z Syrii, Iraku czy innego jakiegoś Iranu. Muzułmańska ciemnota, która chce nas wykorzystać/wysadzić w powietrze/zislamizować. Podobno, bo szczerze mówiąc w rzeczywistości wcale tych ludzi nie znamy. Tylko tyle, co w mediach pokazują, Ahmeda na przykład. I tutaj rodzi się mój bunt i tutaj będzie osobiście, bo ja także nie toleruję Ahmeda z reportażu Spiegel tv ale tak po ludzku wiem i wierzę, że wśród mas uchodźców są setki tysięcy twarzy, imion, losów. Jeśli Spiegel tv może wybrać jeden z nich, wybiorę i ja i posłużę się bq jako medium, żeby choćby tylko kilku odbiorców dowiedziało się o tej innej twarzy ludzi drugiej kategorii.

Golshirin. Tak ma na imie Afganka, kobieta, której próbuję dać minimalną szansę na normalne życie w jej, pardon, naszej nowej ojczyźnie. Od niedawna Golshirin potrafi napisać swoje imię, nazwisko i widzę, ile ta umiejętność daje jej radości. Całe strony zeszytu zapełnia coraz pewniejszymi literami. Napełnia mnie to dumą, którą odczuwa nauczyciel szczególnie pojętnego ucznia. Golshirin pochodzi z południa Afganistanu, z miejscowości, w której Talibowie mają władzę absolutną, dlatego Golshirin, jak na kobietę przystało, nigdy nie chodziła do szkoły, nie miała szansy nauczyć się pisać ani czytać. Golshirin ma za to piatkę dzieci, samych chłopców, z którymi wraz z mężem udało jej się przeżyć karkołomną przeprawę przez Iran, Turcję, Morze Śródziemne, Grecję, Bałkany, Węgry i Austrię, żeby ostatecznie znaleźć się w południowych Niemczech, a jednak żadne ryzyko nie było dla jej rodziny większe od pozostania w rodzinnych stronach, gdzie brzuch najstarszego z synów rozerwany został przez odłamki bomby (Mówili: chodź, chodź, są pieniądze, a potem.. bum) i chociaż ta historia skończyła się tylko olbrzymią blizną, strach pozostał. Golshirin ma meża, który przynosi nam mocną herbatę, do tego cukier w kostkach jako słodycze i przy każdej sposobności powtarza, że jego żona jest mądra i prawie wszystko rozumie (a więc są i tacy muzułmańscy mężczyźni i nawet jeśli to nie większość, i tak dobrze o tym wspomnieć). Rzeczywiscie, Golshirin jest naprawdę mądra, nie potrafiąc czytać, skrupulatnie powtarza wszystko, czego się wspólnie nauczyłyśmy i jestem wciąż na nowo zdumiona, jak bardzo przygotowuje się do naszych lekcji. Golshirin potrafi policzyć już sama pieniądze, sprawdzić, która godzina, nawet rozeznać się w rozkładzie kursów lokalnego autobusu. Uczymy się, kiedy najmłodszymi dziećmi zajmuje się ich ojciec. Wdzięczność Golshirin jest bezbrzeżna, a przecież nie daję jej pieniędzy, a kiedy spytać, czego sobie życzy, mówi, że kontaktu z innymi ludźmi, żeby nauczyć się języka, móc kogoś poznać. Tymczasem poza naszymi spotkaniami w źyciu Golshirin nie dzieje się nic. Dla najmłodszej trójki nie ma miejsc w przedszkolach naszego wspólnego miasta, więc siedzą w przydzielonym im dwupokojowym lokum, w domu migranta (na wyposażenie którego składają się: szafa, stół, cztery krzesła  oraz kilka materacy). Ostatnio ktoś podarował im stary telewizor. Przy jego podłączaniu do sieci zdarzają się zwarcia, ale telewizor działa i dzieci strasznie się cieszą. Przynajmniej chociaż w ten sposób mają kontakt z tutejszym językiem.) Naprawdę jest czego zazdrościć? Takich niebotycznych korzyści? Mąż Golshirin nie myśli o niczym innym, jak móc zrobić prawo jazdy i pracować jako zawodowy kierowca, jeździć autobusem. Kierowców brakuje dotkliwie, ale minie jeszcze dużo czasu, wypełnionego biurokracyjnym obrządkiem, zanim te dwie potrzeby się spotkają. Golshirin tymczasem wymsknęło się ostatnio dość nieśmiałe marzenie w zalążku: jeśli kiedyś nauczy się pisać i czytać, dzieci podrosną, to też mogłaby znaleźć jakąś pracę... Tymczasem nikt nie zna Golshirin w jej nowym kraju, nie piszą o niej w gazecie, nie przyjechała pod dom imigranta ekipa telewizyjna. Kobieta może w każdej chwili zrobić wszystko, na co ma ochotę i nie może nic. Wokół budynku, w którym mieszka, nie ma muru, ten mur jest jest w głowach, dzieli ludzi na lepszych i gorszych, swoich i innych, bo tak zaprawdę jest łatwiej.

Kiedyś, w przyszłości mierzonej latami, a może dziesięcioleciami, migranci drugiej kategorii zabiorą głos, znajdą swoje miejsce, pokończą szkoły, przestaną być anonimowi dla opinii publicznej i społeczeństwa. Być może wtedy napiszą o sobie książkę, tak, jak napisała ją Emilia Smechowski. Teraz tylko nieliczni próbują w ich imieniu przerwać milczenie, np. taka Belgijka Claude K. Dubois, która pisząc, a właściwie rysując Akim court (Akim biegnie), już w roku 2012 (wtedy napuchnięte zwłoki wyrzucane przez śródziemnomorskie fale na wybrzeża Lampeduzy nie skłaniały Europy do głębszych refleksji)  tematyzowała traumę dzieci doświadczonych wojną i uchodźctwem. Choćby w wersji light, bez rozerwanego brzucha. Literatura dziecięca non fiction dla dorosłych. Przyznano jej nawet zaszczytną nagrodę Deutscher Jugendliteraturpreis 2014, podobno w Hiszpanii była najczęściej kupowaną książką w kategorii literatura dziecięca w roku 2016. Realnie rzecz biorąc to zupełnie nieistotne dla losów podobnych Akimowi dzieci, ale może mimo wszystko to jakaś przeciwwaga dla historii o Ahmedzie. 

Ahmed.
Akim.
Golshirin.
Ja.

Ty?



Ja mam, ty masz.. Szansę na normalne życie? - Golshirin uczy się pisać.




Ilustracja z książki Claude K. Dubois, Akim court












Ps. Jedną z ciekawszych książek o życiu migracyjnym w ogóle napisała Vesna Goldsworthy: Czarnobylskie truskawki. Bardzo spodobał mi się fragment:

W przeciwieństwie do kobiety, która dała początek naszemu rodowi, i do tylu innych moich pobratymców, nigdy nie byłam uciekinierką. Nie jestem też uchodźcą. Ani ekspatriantką - to określenie wydaje mi się zarezerwowane dla tych, którzy pochodzą z bardziej uprzywilejowanych stron świata. Gastarbeiterką? Z pewnością nie. Emigrantką? Zbyt rosyjskie.Każde z tych słów kryje egzystencjalny dramat i bagaż kulturowy.

Być może właśnie w tym krótkim tekście zawarte zostało sedno sprawy: Migracja mimo prób ujęcia w statystyki, jest ostatecznie indywidualnym, niesamowicie osobistym doświadczeniem, do tego diametralnie zmieniającym wyobrażenie o tożsamości, poczuciu przynależności i wyobcowaniu. Imię i nazwisko Vesna Goldsworthy to jakby sam w sobie oksymoron czasu i przestrzeni - Serbka, Czarnogórka po kądzieli, a w zasadzie Jugosłowianka, więc obywatelka nieistniejącego już państwa, dla której wszystko to, co łączyło ją z dawną ojczyzną, przynależy czasowi przeszłemu, jest jednocześnie Angielką, kochającą wybrany przez siebie kraj, opisującą najbardziej osobiste doświadczenia w jego języku. Doświadczenie emigracji zawsze będzie łączyć takie kontrasty, z jednej strony wzbogacając, z drugiej ograbiając każdego na swój sposób.

czwartek, lutego 08, 2018

Lektury Małej Mi: Niezła sztuka!

Pierwsze oznaki niespiesznie nadchodzącej wiosny (przebiśniegi, krokusy, nieśmiałe zawilce) cieszą oczy... Jest zatem nadzieja na trochę słońca i kolorytu, jednak póki co, trzeba rekompensować sobie wszechobecną szarzyznę choćby i jakąś fantazyjną lekturą. W wypadku tej dziecięcej zdecydowanie chętniej sięgamy teraz rodzinnie po książki z niebanalną szatą graficzną, dlatego w dzisiejszym poście proponuję Wam trzy całkiem różnorodne w swej formie przykłady na to, że dobra książka dla dzieci może być sama w sobie prawdziwym papierowym dziełem sztuki...


I.

Kanon baśni (Andresen, bracia Grimm, Puszkin) to niewyczerpane źródło inspiracji, chociaż z drugiej strony dla niektórych wydawców to po prostu sposób na łatwy zarobek (brak praw autorskich): płytki tekst i infantylne ilustracje - takich wersji klasyki dziecięcej jest na pęczki. Na szczęście zdarzają się też  bardziej ambitne próby pokazania uniwersalnych historii na nowo.
Giada Francia jest autorką adaptacji Czerwonego Kapturka, Pinokia, Królowej Śniegu i wielu innych dobrze wszystkim znanych opowieści, których język i kompozycja oddają walory swoich pierwowzorów, a ich lektura nie doprowadza  mnie do pasji. Istnieje sporo polskich tłumaczeń baśniowych adaptacji Giady Francii i zawsze to jakaś alternatywa dla setek niemożliwie płytkich i kiczowatych wydań z tekstami ocierającymi się o analfabetyzm autora czy tłumacza, często pewnie obydwojga.
Naprawdę ciekawie zaczyna się robić jednak wtedy, gdy do tekstów Francii dochodzi szata graficzna Agnese Baruzzi, a przede wszystkim jej wycinanki, dzięki którym ozdabiane przez nią książki wzbogaciły formę tzw. cut-paper books. Niestety właśnie tych książek Agnese Baruzzi póki co brak na polskim rynku wydawniczym.  Fantastyczne wycinanki jej autorstwa to jednak prawdziwa sztuka, dla której warto zakupić książki w oryginalnym (lub jakimkolwiek innym dostępnym) języku np. przy okazji następnej wycieczki do Rzymu albo Berlina i samemu opowiedzieć dzieciom historię Alicji w Krainie Czarów czy Piotrusia Pana. Wielowarstwowe wycinanki Baruzzi sprawiają wrażenie trójwymiarowości i naprawdę się nie nudzą. Pewnie dlatego, że do całości dochodzi jeszcze czwarty wymiar - ten magiczny...
Dodatkowo każda jej ksiażka jest inna. Ilustratorka, grafik, designerka Baruzzi bawi się technikami, eksperymentuje z wymiarami, światłocieniem i kolorem. Może przez to nie jest jeszcze zupełnie rozpoznawalna, z drugiej strony proponuje wciąż to nowe formy, nawet dla zupełnie starych i wszystkim dobrze znanych tekstów. Klasyka odkryta na nowo!













II.


Gérard Lo Monaco to kolejny przykład na to, że sztuka może bez zażenowania iść w parze z literaturą dziecięcą. Argentyński ilustrator, paryżanin z wyboru, doceniany i wielokrotnie nagradzany za plakaty, tworzący na potrzeby sceny teatralnej i branży muzycznej, zaczyna kreować i ilustrować książki dla dzieci, przy czym jest to celowym rozwojem kariery Lo Monaco, nie zaś degradacją artysty i próbą rozpaczliwego utrzymania się na rynku sztuki w stylu pop. Nie pop, za to... w stylu pop-up, a to znaczy, że wracamy do gatunku, który jest mi bardzo bliski (patrz tutaj) i nie obiecuję, że to już po raz ostatni. Gérard Lo Monaco wnosi do formy pop-up graficznie wiele ze swych wcześniejszych prac: bardzo przejrzystą kolorystykę, czystość formy, taki artystyczny minimalizm, który najwyraźniej doskonale odnajduje się w nieprzebranym gąszczu książek dla najmłodszych na międzynarodowym rynku wydawniczym.









III.



Mysi domek wymyśliła, stworzyła i napisała w swoim holenderskim atelier Karina Schaapman. Dobra wiadomość: istnieje polskie tłumaczenie książki Schaapman (nawet pozostałych dwóch opowieści o myszkach Julii i Samie). O ile dobrze dedukuję z opisu naszego domowego czeskiego egzemplarza tej książki Dům myšek (kolejna długa historia...), to sama książka jest zwieńczeniem trójwymiarowego projektu. Dom myszek stworzony z kartonowych pudełek, przedmiotów z lat 50-tych, 60-tych oraz 70-tych oraz ze skrawków materiałów obejmuje ponad sto pokoi. Historia myszek, częściowo jako dodatek do wspaniałej szaty graficznej rozwijała się własnym tokiem podczas dopracowywania instalacji, która robi niesamowite wrażenie i ilekroć przeglądam książkę Schaapman fascynuje mnie wciąż na nowo dbałością o najmniejszy nawet szczegół.

Oglądać Mysi domek jest zdecydowanie łatwiej, nie wiedząc niczego o jego autorce. Wtedy refleksja czytelnicza może bez oporu skoncentrować się na podziwie dla pracy Schaapman, dla tego niesamowicie nasyconego detalem bajkowego mikrokosmosu. 

Kiedy przeczytałam w faz artykuł Jörga Thomanna (Eine Welt, wie sie ihr gefällt, dostępny na faz.net), to, co zdawało się być misternie stworzoną bajkową idyllą zyskało znamiona koszmarnego wspomnienia, próby odczarowania smutnego dzieciństwa. Sama Karina Schaapman broni się przed nazwaniem Domu myszek terapią. Woli myśleć o efekcie trzyletniej pracy, jako o spełnieniu swojego marzenia, stworzenia bezpiecznego świata, którego jej samej tak bardzo brakowało.

Nie wdając się w dobitniejsze szczegóły biografii Schapman, szybko staje się jasne, że w Mysim domku nic nie jest bez znaczenia. Niewyobrażalna wręcz była bieda imigranckiego dziecka wychowywanego przez samotną matkę, która oprócz miłości własnemu dziecku nie mogła dać wiele więcej. Pieniędzy nie starczało nawet na jedzenie. Kiedyś matka ugotowała dla chorej Kariny zranionego gołebia, którego udało jej się złapać. Dziewczynka żyła w zupełnym osamotnieniu, nieakceptowana przez holenderskie społeczeństwo i symbolem tego wyobcowania stało się okno w wynajmowanym przez matkę i córkę mieszkaniu, zabite deskami, po tym, jak jego szyba wybita została nie pierwszy raz celowo rzuconym kamieniem. Jedyną lekturą małej Kariny a zarazem namiastką normalnego dzieciństwa była wtedy książka o rodzinie myszek...
Kiedy los zdaje się do niej wreszcie uśmiechać, w mamie Kariny zakochuje się dyrektor pewnego cyrku wędrownego i dziewczynka objeżdżając z nim okoliczne miejscowości czuje się naprawdę szczęśliwa (trzeci tom przygód myszek: Sam i Julia w cyrku), cyrk bankrutuje, matka zaczyna cieżko chorować i ostatecznie umiera zostawiając trzynastolatkę samą w mieszkaniu i w życiu, co w autobiografii Schaapman wspomina jako najokropniejsze doświadczenie w całej swojej przeszłóści.
Wreszcie trafia do ojca, którego nawet ne zna, a który nie chcąc popsuć sobie opinii, zabrania jej wspominania o matce i przedstawia wszystkim, jako kuzynkę pozostałych własnych dzieci. Do tego dochodzi brutalne bicie i poniżanie i w wieku 15 lat Karina ucieka od ojca, trafiając ostatecznie do rodziny zastępczej. Potem jest już tylko gorzej: kontakt z narkotykami, drobne przestępstwa, praca w amsterdamskim seksklubie.
Pewnego dnia, kiedy wstręt staje się nie do zniesienia, Schaapman zaczyna wszystko od nowa i udaje jej się podnieść. Prowadzi tak zwane normalne życie, zakłada rodzinę, zostaje politykiem, a wtedy przeszłość wraca do niej po raz kolejny. Aby uprzedzić głodne sensacji dociekania holenderskiej opinii publicznej, Schaapman wydaje szczerą do granic możliwości autobiografię i tym samym stygmatyzuje siebie oraz rodzinę na długie lata.
I kiedy rozwód, wypalenie zawodowe i niesłabnące zainteresowanie opinii publicznej jej osobą zaczynają  znów ściągać ją w dół, sięga po pierwszą skrzynkę po pomarańczach i zaczyna w nim urządzać dom dla uszytych przez siebie myszek... 

Dzisiaj w Holandii każde dziecko rozpoczynające szkołę dostaje egzemplarz książki Kariny Schaapman, dostało ją także każde dziecko znajdujące się w holenderskich obozach uchodźców. Calkiem prawdopodobne, że Dom myszek będzie jedyną książką ich dzieciństwa. 

Cieszę się, że dla moich dzieci to po prostu piękna i barwna książka o zaczarowanym, maleńkim świecie.



Wszystkie trzy zdjęcia pochodzą ze wspomnianego artykułu w faz,
tutaj Karina Schaapman z gotowym projektem Domu Myszek.







poniedziałek, stycznia 29, 2018

U mnie w domu, w psychiatryku

Tytuł posta brzmi jak preludium do zwierzeń na temat mojej własnej codzienności, którego to tematu pozwolę sobie jednak nie rozwijać... 

Tak naprawdę chodzi o wspomnienia z dzieciństwa i młodości Joachima Meyerhoffa, którego kariera aktorska właśnie osiągnęła bodajże apogeum (niemieckojęzyczny aktor roku 2017). Fakt ten najwyraźniej przysłużył się drugiej artystycznej pasji Meyerhoffa: pisarstwu i aktualnie jego książki ponownie znajdują się na niemieckich listach bestsellerów. Ciekawe, że podczas gdy jako aktor Meyerhoff sprawdza się w najróżniejszych wcieleniach, w swoich książkach opisuje wręcz bezwstydnie tylko i wyłącznie doświadczenia z własnego życia i przeszłości własnej rodziny (gwoli ścisłości należy dodać, że Meyerhoff parając się reżyserskim rzemiosłem skrupulatnie wykorzystał to, co wcześniej napisał).

Nie jest to może niesamowicie wysublimowana literatura, ale wartko się ją czyta. 
Kluczem do sukcesu literackiego Meyerhoffa (póki co nie przetłumaczonego na język polski) jest dość nietypowe miejsce, w którym przyszło mu spędzić dzieciństwo oraz liryczny ale jednak bezbrzeżnie szczery styl, w którym snuje wspomnienia o nim. Wystarczy przeczytać tytuł Wann wird es endlich wieder so, wie es nie war (Kiedy będzie wreszcie tak, jak nie było nigdy), żeby zrozumieć... 


Ilustracja do książki Joachima Meyerhoffa Wann wird es endlich wieder so, wie es nie war,
Wydawnictwo KiWi, próba odtworzenie rysunku jednego z pacjentów szpitala psychiatrycznego
Hesterberg w opowieści autora.



Joachim Meyerhoff jest jednym z trojga synów niegdysiejszego dyrektora zakładu psychiatrycznego dla dzieci i młodzieży Hesterberg w północnoniemieckim mieście Schleswig. I może nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dom dyrektora zakładu, a zatem dom rodzinny małego Joachima znajdował się na samym środku terenu szpitala psychiatrycznego... Obecność bardziej lub mniej upośledzonych pacjentów towarzyszyła naszemu autorowi a zarazem protagoniście każdego dnia, o każdej jego porze. Obok zakładowej gwiazdki, na którą zabierał Joachima tata (szopka betlejemska zawsze kończaca się katastrofą, w najlepszym razie omdleniem lub atakiem epileptycznym jednego z pacjentów-aktorów, bo zdarzało się czasem, że przykładowo jeden z trzech króli nagle zaczynał onanizować się przed publicznością i tym podobne nieprzewidywalne zwroty akcji...), był też zakładowy festyn letni albo doroczne odwiedziny gości-pacjentów na obiedzie urodzinowym ojca. Była wreszcie przeważająca codzienność pod znakiem zniekształconych, niedorozwiniętych i upośledzonych mieszkańców Hesterberga. Poza pojedynczymi wyjątkami cała opisana specyficzna atmosfera składała się na to, co z powodzeniem możnaby nazwać szczęśliwym dzieciństwem, które kiedyś zresztą zawsze się kończy i może z perspektywy upływu czasu nie wydaje się już znów aż takie szczęśliwe.
Na przekór tym filtrom dorosłej retrospekcji istnieje wiele wspomnień, a wśród nich te Joachima Meyerhoffa, które uczą nas, że dziecko potrafi zaaranżowac się niemal w każdej sytuacji, trochę jak w filmie Roberta Benigniego.  I nawet w wariatkowie Życie jest piękne, albo wreszcie takie, jakie nie było nigdy...



autor - aktor Joachim Meyerhoff (źródło: http://hamburgertheaterfestival.de)





piątek, stycznia 26, 2018

Lektury Małej Mi: Eksperyment książka

Wszystko zaczęło się od nonanszalanckiego stosunku Bobka do kolorów. Nasze dziecko konsekwentnie zbywało wszelkie pytania w stylu Jaki kolor ma ten samochód? albo Czy ta kredka jest zielona czy czerwona? i tylko podstępem upewniliśmy się, że owszem, jest w stanie je rozpoznać, jednak istnienie barw jest mu zupełnie obojętne. Nie wyrośnie z Bobka drugi Newton ani Goethe, a przynajmniej obecnie nic tego nie zapowiada...
Dlatego z niewyczerpanego źródła pomysłów zwanego Internetem wyszperałam hiszpańską książkę Meneny Cottin i Rosany Faríi. Okazało się, że istnieje nawet jej polskie wydanie. 
Wygląda ono mniej więcej tak:




Piszę mniej więcej, bo w rzeczywistości ilustracje książki, także ta widoczna na okładce, są zupełnie czarne, różniąc się od tła jedynie fakturą nadruku. Na pierwszy rzut oka jest to może najbardziej nieatrakcyjna książka dla dzieci, jaką można sobie wyobrazić. Do tego stopnia, że Austriacy pryzynali jej autorkom dziewięć lat temu nagrodę Ropuchy Miesiąca (wyróżnienia dla najbardziej niedocenionych książek dla dzieci i młodzieży). Napisać o Czarnej  książce kolorów, że jest monochromatyczna, to użyć eufemizmu. Ona jest po prostu czarna i tyle! I teraz wyobraźcie sobie dojrzałą soczystą truskawkę w kolorze grafitu, czarną trawę i deszcz, czarne liście jesienią... Albo jeszcze lepiej... zróbmy tak, jak proponują autorki, zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie kolor żółty... który smakuje jak musztarda i jest miękki jak puch kurczęcia.... albo kolor czerwony, soczysty jak arbuz i piekący niczym otarte kolano... 
Podsunęłam Bobkowi Czarną książkę kolorów i obserwowałam uważnie, kiedy jakby zupełnie naturalnym odruchem rekompensował sobie zmysłem czucia, wodząc rączką po kolejnych stronach, wrażenia, których oko nie było w stanie oddać. A potem połknął bakcyla i długo wymyślaliśmy, jak pachną i wyglądają kolory. Dość nieudolnie, ale jednak bezbłędnie nasz synek opowiedział o czerwonym wozie strażackim, białym mleku dla kota, żółtym słońcu i dodał, że truskawka jest czerwona, a nie czarna... Voilà!




Miłym dodatkiem do całości jest tłumaczenie dla niewidomych oraz alfabet Braille’a na końcu książki. Ten aspekt zafascynował Małą Mi, która najwyraźniej zainspirowana lekturą Czarnej książki kolorów aktualnie regularnie życzy sobie, aby poczytać jej o życiu niewidomej baleriny Alicii Alonso, ale to już zupełnie inna historia i temat na kolejny post bq...


Teooria kolorów, Johann Wolfgang Goethe 


Ps. A skoro była już mowa o J.W. Goethe'm to chciałam jeszcze krótko napomknąć o jego, może i najbardziej wszechstronnej, choć obiektywnie rzecz biorąc raczej nietrafionej teorii kolorów, o której oczywiście nie omieszkał napisać książki. Jak powszechnie wiadomo, Goethe znał się na wszystkim, od budowy dróg (... mała ironia za Heinrichem Heine. Och, czy ja już Wam o nim pisałam? A jeśli nie, to dlaczego?!), przez medycynę po dramat antyczny, więc wcale nie dziwi, że interesowal go także fenomen istnienia barw i, co ostatecznie okazało się istotniejsze dla zwolenników tez Goethe'go: oddziaływania kolorów.
Fizyka stanęła po stronie Newtona ale psychologia do dziś czerpie z Goethego, który słowa wprowadzał w czyn z wprost nieporównywalną konsekwencją i tak jego weimarski dom fascynuje (to chyba najbardziej zostało mi w pamięci z wizyty na literackim Olimpie Niemiec...) przemyślaną kolorystyką wnętrz, w której, jak w całym życiu Goethe niechętnie zdawał się na przypadek. 

środa, stycznia 10, 2018

O rodzinie bez podtekstów: thriller psychologiczny zwany potomstwem

10 Euro. Tyle gratyfikacji finansowej przyznawanej jest rokrocznie laureatowi najbardziej prestiżowej francuskiej nagrody literackiej Prix Goncourt. (Miłym dodatkiem do nagrody są: międzynarodowa sława, wstęp na salony literackie, a przede wszystkim najlepsze miejsca na księgarnianych półkach.) Za niespełna połowę tej kwoty kupić można dziś polskie tłumaczenie książki Chanson douce, za którą Leïla Slimani nagrodzona została rzeczonymi dziesięcioma euro w roku 2016. Z przeceny, bo w Polsce Kołysanka nie zdobyła szturmen list bestsellerów i być może jest to kwestią czasu, niefortunnego marketingu albo przejawem naturalnego mechanizmu obronnego polskiego czytelnika.

Niemowlę nie żyje. 
To zdanie otwiera książkę Slimani. I, aby nie było wątpliwości - umiera, choć nie bez walki, jeszcze jedno dziecko. Trywialnie można by powiedzieć, że od początku jest już posprzątane, gdyby nie ten straszny bałagan, woda rozchlapana w łazience i wszędzie pełno krwi (aż dziwne, że w małym dziecku tyle się jej mieści!) To nie spoiler, to fakt z pierwszej strony Kołysanki. Sama autorka nie chce pozostawiać złudzeń. Dalej nie będziemy już szukać odpowiedzi na to, CO się stało, tylko DLACZEGO? 
Dlaczego dwoje małych dzieci musi zginąć? - to pytanie na płaszczyźnie fabuły literackiej. Dlaczego Leïla Slimani podwójnie złamała tabu (zabójstwo małego dziecka), z którym nie radzą sobie nawet kryminały? Czy to jest cena  dziesięciu euro fundowanych w imieniu braci Goncourt? Ale w takim razie dlaczego właśnie ta książka stała się we Francji bestsellerem, nawet zanim uhonorowano jej autorkę, nota bene matkę dwójki dzieci?

Fabuła jak z serialu: zakochana para, ślub, wspólne ładnie urządzone mieszkanie w dobrej dzielnicy, stabilny status społeczny, który daje dobra praca, kariera. Życie względnie pięknych, względnie młodych i względnie bogatych. Do kolekcji brakuje tylko dzieci, a skoro nic nie stoi na przeszkodzie, to pojawiają się i one, jedno po drugim. Oczywiście jest i dziewczynka i chłopiec, dla dopełnienia impresji szczęścia. I nagle robi się w tym idealnym życiu za ciasno - archetyp odwiecznych wyborów pomiędzy byciem rodzicem a poczuciem niezależności, między domem a pracą, między stabilizacją a wolnością. Te wybory też wydają się dość przyziemne, zredukowane do twardej waluty, czasu pracy i godzin otwarcia przedszkola. A jednak Leïla Slimani uderzyła w nerw współczesnego społeczeństwa, które choruje na rozdwojenie jaźni, z jednej strony stawiając rozwój zawodowy na najwyższym piedestale, z drugiej propagując obraz rodziny jako największego ludzkiego dobra, żeby jednocześnie wpajać ci, że samospełnienie i autorozwój są jedynymi słusznymi racjami bytu jednostki.  Karmimy się tymi sprzecznymi informacjami zupełnie zatracając poczucie rzeczywistości, w której zawsze coś odbywa się kosztem czegoś innego, idealne scenariusze nie sprawdzają się, jak widać, nawet w książkach, a chyba tylko w serialach, których ramy czasowe rzeczywiście nie zmuszają do żadnych kompromisów. 

Adam i Mila wcale nie musieli zginąć. Było dość czasu i wyraźnych sygnałów, aby temu zapobiec. Zabrakło konsekwencji i decyzji. I najgorsze jest to, że tak po ludzku trudno tu kogokolwiek obwiniać. Wszyscy starali się robić swoje jak potrafią najlepiej. A że przy okazji uciekali od odpowiedzialności... Kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamieniem! Styl narracji Leïli Slimani jest zupełnie beznamiętny, jak sprawozdanie z meczu. 0:2 Przegrana. Zresztą to zupełnie zrozumiałe po przeanalizowaniu materiału. 

Podobno najlepiej uczymy się na własnych błędach. Czasem dobrze wyciągnąć wnioski z błędów innych. Mamusiu, cieszę się, że jeszcze żyjesz!..- powiedziała mi zupełnie niespodziewanie moja mała córeczka. Ja też się cieszę, że ty żyjesz... - odpowiadam i przez cały dzień zastanawiam się nad tymi słowami.

 Leïla Slimani z  nagrodzoną Chanson douce


piątek, stycznia 05, 2018

Merry after

Jeśli komuś z Was zdarzyło się kiedyś nawilżyć dłonie klejem uniwersalnym, zamiast kremu, to zrozumie, dlaczego aktualnie pisanie bynajmniej mi się nie klei. Niestety, obie tubki trzymam w tej samej szufladzie, kuchennej, oczywiście, co w ciemności prowadzi do dość niefortunnych pomyłek. Dlatego nie ryzykuję trwałego związku z klawiaturą i zamiast pisać, pochwalę się moim świątecznym prezentem, całkiem w stylu bq.





Tak! To lampa do złudzenia przypominająca książkę. Jakby zmaterializowana wizja Słowackiego o kaganku oświaty. Nie rozumiem, jak mogłam się bez niej do tej pory obyć... Moja własna świeci tak:







niedziela, grudnia 24, 2017

Lektury Małej Mi: Książka inna niż wszystkie oraz świąteczny prezent dla najmłodszych czytelników bq



Jedna z pięknych ilustracji
autorstwa mojej Siostry

Jest wiele pięknych i mądrych książek, które można podarować własnym dzieciom. Ale gdyby tak specjalnie dla nich książkę napisać? Równo dwa lata temu zmobilizowałam najbliższą rodzinę Małej Mi i Bobka do napisania własnych bajeczek, w miarę możliwości i ochoty także do ich zilustrowania i poskładałam wszystko, co udało mi się zebrać w jeden album. Początkowo rodzinie pisanie szło dość opornie (co jako pomysłodawczynię i wydawcę nieco mnie frustrowało, tym bardziej że odpadała motywacja zarobkowa...) ale z czasem chyba każdy potraktował to zadanie jako dobrą zabawę. Efekt prezentował się bardzo dobrze, tym bardziej, że także ilustracje są w przeważającej większości efektem własnej inwencji twórczej. Te najpiękniejsze wykonała nota bene moja Siostra, której talent pozostaje niestety nieodkryty i niespożytkowany. 
To także akwarela Siostry


Nasz rodzinny zbiór bajek ukazał się dumnym nakładem 10-ciu egzemplarzy, jest trójjęzyczny i tematycznie absolutnie różnorodny. Jak wydać taki unikat? Wystarczy zaopatrzyć się w program do składania albumów zdjęciowych jakiejkolwiek drogerii. Przyznaję, że dość mozolna jest obróbka i łamanie tekstu w takich warunkach, ale ostetecznie niewielkim nakładem finansowym udało się stworzyć wspaniałą pamiątkę.
Jeśli frapuje Was pytanie, dlaczego piszę o tym na bq dwa lata po fakcie, już tłumaczę. Wtedy nasza rodzinna książeczka cieszyła się sporym zainteresowaniem... wśród jej autorek i autorów, którzy dumnie oglądali efekt końcowy tego swoistego eksperymentu wydawniczego. Dzieci nie poświęciły jej większej uwagi. Za to dziś... często życzą sobie, aby poczytać im ich własne bajki przed snem i książka ma swoje specjalne miejsce wśród pozostałych tytułów. Myślę, że z każdym rokiem jej wartość, choć nie przekładalna na wymiar finansowy, będzie rosła. Tak się ma rzecz z pamiątkami.


Nasze rodzinne bajki dla Bobka i Małej Mi



A teraz, żeby nie być gołosłowną: bajeczka w prezencie dla najmłodszych czytelników bq
z tekstem i ilustracjami własnymi.



O małym guziku, który był bardzo ważny 







Właśnie wczoraj na dywanie w pokoju mamy znalazł się malutki czerwony guzik. Właściwie znalazła go Halinka, która miała już trzy latka i była bardzo dużą dziewczynką. Za to guzik był bardzo mały i czerwony.
-Zabiorę cię ze sobą!- powiedziała Halinka i włożyła guzik do kieszeni - bo taki jesteś malutki, że zaraz znowu się zgubisz.
Guzik leżał grzecznie w kieszeni sukienki Halinki, aż pewnego dnia Halinka jadła jogurt, sukienka poplamiła się i mama musiała ją wyprać. Potem sukienka była cała mokra, więc mama powiesiła ją w ogrodzie, a wtedy mały czerwony guzik wypadł z kieszeni prosto na trawę.




Tam znalazły go dwa małe króliczki (jeden czarny, drugi biały).
- Kto ty jesteś?- spytał czarny króliczek.
- Jestem czerwony guziczek. -  odpowiedział guzik.
- A jak się tutaj znalazłeś?- zapytał biały króliczek.
- Sam nie wiem, pewno znów się zgubiłem!- powiedział smutno czerwony guzik.
- Nic się nie martw, zabierzemy cię do naszej klatki, tam na pewno ktoś cię znajdzie.





Króliczki miały rację. Jeszcze tego samego dnia czerwony guzik znalazła w klatce sroka. Chwyciła go w dziób i poleciała wysoko do swojego gniazda na drzewie. W gnieździe mieszkały trzy małe sroczki.
- Kto ty jesteś?- zapytały trzy sroczki.
- Jestem guzik.
- A co potrafisz?
- Niewiele. Już dwa razy się zgubiłem...- odpowiedział niepewnie guziczek.
- Eeee, to łatwe. My też zgubiłyśmy się wiele razy. Zapytaj mamy, ona sama ci powie.
Guzik nie był już dla nich interesujący. Położył się pomiędzy papierek po cukierku i drewniany koralik.



Leżał tak całymi dniami i tygodniami. Tymczasem zrobiło się zimno, zaczął padać śnieg. Pewnego wieczoru, kiedy mały czerwony guzik czuł się bardzo samotny, nad drzewem prosto z nieba przeleciały sanie, a w nich Święty Mikołaj. I kiedy Mikołaj pochylił się nad gniazdem, żeby dla trzech sroczek zostawić prezenty, zobaczył czerwony guziczek.
- Tutaj jesteś! Cały rok cię szukałem... Wreszcie będę mógł zapiąć płaszcz! Bardzo mi było bez ciebie zimno, guziczku!- powiedział Mikołaj i zabrał go ze sobą do domu.
Od tego czasu mały czerwony guzik siedział sobie wygodnie na płaszczu Mikołaja, tuż pod jego długą białą brodą i razem z nim przez cały rok przygotowywał prezenty dla wszystkich grzecznych dzieci, a potem, kiedy w domach stały już pięknie przystrojone choinki, cichutko dzwoniąc dzwoneczkiem Mikołaj i guzik saniami rozwozili domki, piłki, klocki, misie, lalki i inne zabawki.


I tylko nikt nigdy się nie dowiedział, skąd wziął się w pokoju mamy guzik świętego Mikołaja...













piątek, grudnia 22, 2017

Wiedźmą być! Pochwała Masłowskiej Doroty złego o sobie mniemania

Czasem sama mam ten problem: nie radzę sobie z klasyfikacją własnych książek i potem zajmują miejsca, które dla mnie samej są kompletnym zaskoczeniem, np. przy okazji przeprowadzki, kiedy to zaklinam się, że od tej pory już tylko e-booki! W sumie to nawet nie wiem, dlaczego Oriana Fallaci przebywa w towarzystwie Gościnnego, Erich Fromm wcisnął się między książki kucharskie (okay, tutaj w grę może wchodzić tylko Bobek!), a Hemingway dzieli półkę z Puszkinem (to już chyba naprawdę czysta przekora) W zasdzie system jest jasny: książki dzielimy według języka, w którym zostały napisane, albo raczej zakupione, potem tematycznie, a dalej geopolitycznie, co kazałoby przenieść Puszkina na półkę Dostojewskiego i Czechowa. Ale co zrobić z węgierskim tłumaczeniem Chłopów Reymonta (którego to węgierska część rodziny zaczęła nazywać pieszczotliwie Remontem, ale to już zupełnie inna historia...), niemieckojęzyczną literaturą skandynawską, albo polskim opracowaniem naukowym o historii Niemiec? I tak, od pewnego czasu,  nasza biblioteka rządzi się bliżej niesprecyzowaną logiką. Jeśli dodać do tego aspekt chronicznego braku miejsca i odrębnego poczucia estetyki dwójki naszych dzieci, nie ma się już czemu dziwić.
Pociesza mnie fakt, że w księgarniach nie jest inaczej - grupka pracowników próbuje okiełznać aspiracje klientelii do zaprowadzenia ładu według własnego uznania, bądź chwilowego odruchu. Do tego, nie można wymagać, aby pracownik księgarni interesował się książkami, które przyszło mu wykładać, inwentaryzować i zamawiać, czy, przy odrobinie szczęścia, ostatecznie sprzedawać. W końcu: praca - nie hobby. Zupełnie inaczej, niż w antykwariacie. Tam, po pierwsze, swoje życie odsiadują prawdziwi bibliofile, po drugie, wbrew pozorom, te stosy książek i potrójne rzędy woluminów na półkach są wysokoprecyzyjnym porządkiem, w którym sprzedawca, czyli człowiek czytający, bez pomocy komputera orientuje się bezbłędnie i często nawet bez zastanowienia odnajdzie każdy jeden tytuł, dorzucając mimochodem informację o jego wydaniu, wyrecytuje z pamięci wielkość nakładu, opuszkami palców zarejstruje grubość papieru... Antykwariat to ład w najczystszej formie. Jeśli lubicie dreszczyk emocji  poszukiwania, polecam sklepy, w których oprócz papeterii, drogerii i zabawkowego jest jeszcze nawet miejsce na książki. Dlatego traktuję księgarnie, zwłaszcza polskie, jak labirynt; wejdziesz w jakiś zakamarek zupełnie nie wiedząc, co cię tam czeka. Grunt, że bestsellery na widoku i że nowości wydawnicze z fajnymi okładkami też pod ręką. Cała reszta jest już wielką przygodą.
I tak właśnie znalazłam Masłowską, a raczej kolejną jej książkę Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci. Obok wersji Czerwonego Kapturka, w której wilk p o ł y k a babunię i wnuczkę, zaś myśliwy wydostaje obie panie nieinwazyjne (więc być może i przez odbyt, kto wie...). W dziale literatury dla najmłodszych. Taka perełka. Oczywistym jest, co skłoniło pracownika księgarni, aby znalazł Masłowskiej tak szczytne miejsce: C z a r o w n i c a! - choć z wąsem, bo co to komu zresztą przeszkadza, skoro co druga babcia też go ma, a skoro czarno na białym napisane, że dla dzieci, to dla dzieci! I jeszcze szata graficzna z wyraźną nutą koloru różowego. Może dodatkowym powodem jest nadal stosunkowo młody wiek autorki, bo Masłowska jeszcze jakiś czas małolatą polskiej literatury pobędzie, a niech ją licho!


Jedna z jeśli nie bajkowych, to bajecznych ilustracji Marianny Sztymy
do książki Doroty Masłowskiej Jak zostałam wiedźmą.
Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci.


Tak mnie niemożliwie korciło, by własne dzieci skonfrontować z tą bajeczką... i sprawdzić na Amazonie, czy aby na pewno nie ma Bachorołapu® w seryjnej produkcji. Ale hamuję się, bo bajka, choć wspaniała,  z całkiem sensownym morałem, nadaje się raczej dla rodziców. Za to idealnie, totalne odprężenie! Walnęłam w kąt żelazko i nawet po wino poszłam. Och, jaki cudowny paszkwil! Mam nawet pewne podejrzenia i od wczoraj baczniej przyglądam się  w lusterku meszkowi nad górną wargą.




piątek, grudnia 15, 2017

Czytać aż do bólu

Czytanie, zwłaszcza regularne, jest chyba przejawem hedonizmu, pomijając może czytanie nocne połączone z wczesnym wstawaniem, tutaj ocieramy się o masochizm... Ale generalnie chodzi o to, żeby wyrwać się z tu i teraz i przenieść w inny wymiar, taki, w którym dzieje się coś, czego brakuje nam w realnym życiu. I jeśli prawdą jest, że wnętrze torebki rzutuje na stan psychiki jej właściciela płci dowolnej (niestety według Internetu podobnie ma się rzecz z autem, stanem obuwia, uzębienia, paznokci i kto czego się tam jeszcze dopatrzy), to co dopiero pozwolić zlustrować komuś zawartość domowych regałów?! Teoretycznie lepiej wpuścić obcego do sypialni. U nas pod względem książek to chyba rzeczywiście najmniej intymne pomieszczenie w całym mieszkaniu...
Nie jest w takim razie odkrywczym stwierdzenie, że czytamy dla przyjemności, prawda? A jednak istnieją wokół nas książki, których czytanie uwiera, boli. Fundują mentalny nokaut i niełatwo się po nim podnieść. Najgorsze są te, które nawet nie próbują chronić odbiorcy fikcją literacką. Tych drugich jest zresztą najwięcej. Nie smuć się, to się nazywa beletrystyką, twórczym wymysłem, a że najpierw wymyśliło akcję życie, to trudno, nic na to nie poradzimy, skoro źródło i tak istnieje, to coś tam sobie z niego zaczerpniemy. To jak rozgrzeszenie, choć trochę na wyrost.
Pierwszą moją taką lekturą, czytanką daleko jeszcze niepełnoletniej dziewczynki (Poczytam sobie, mamo - klątwa domu pełnego książek na wyciągnięcie ręki) był Malowany ptak Jerzego Kosińskiego. Niestety, pamiętam ją do dzisiaj i chyba wtedy zupełnie straciłam serce do szkolnych rozważań z lekcji polskiego, czy cierpienie uszlachetnia czy może jednak upadla? Jednostka kontra totalitaryzm, dzieciństwo kontra świat odarty za złudzeń, życie kontra śmierć. Walka nierówna, bez szans właściwie ale najgorsze jest, że ona trwa, choć z góry skazana na klęskę. Tak naprawdę ta jedna książka Kosińskiego starczyłaby za wszystkie szkolne lektury obowiązkowe tematyzujące wydarzenia wieku XX i jeszcze kilka innych.
Albo taki Bidul Mariusza Maślanki... Nawet jeśli do świadomości najpóźniej po przeczytaniu blurba przedziera się fakt, że to niestety powieść na wskroś autobiograficzna, to jednak zawsze można pocieszyć się, bo przecież tamte czasy były, tamten system i tamte społeczeństwo a teraz jest już zupełnie inaczej. Tak. Zupełnie. Na pewno. Amen.
No więc poza takimi dość już ciężkostrawnymi tytułami są jeszcze inne, zupełnie odbierające czytelnikowi strefę komfortu pod tytułem: to jest fikcja. Książki, które szafują datami, nazwiskami i nazwami geograficznymi. Wszystko ma swoje realne umiejscowienie w czasie i przestrzeni. Niestety. Można sobie wygooglować, w Wikipedii sprawdzić, ewentualnie na Youtube pooglądać.
Pamiętacie Jedwabne? Miejscowość jak sto tysięcy innych, a jednak piętno i choćby nie wiadomo jak chciałoby się zapomnieć, przemilczeć i zakrzyczeć, to już na zawsze pozostanie w naszej świadomości jak Kainowe zmamię. Paradoksalnie zaczęło się wcale nie od początku, ale od książki Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi: Historia zagłady żydowskiego miasteczka, pracy historyka, który opierając się na świadecwie ocalałego z pogromu w Jedwabnem Wasersztejna oraz na dokumentacji procesu sądowego z 1949 roku w całkiem jeszcze świeżym, ledwo co rozpoczętym XXI wieku skonfrontował polskie społeczeństwo z jego przeszłością w roli oprawcy, nie ofiary. Lawina ruszyła, batalia na żródła, pamięć i autorytety została rozpoczęta, ekshumowliśmy najbardziej skrywane trupy polskiej historii, choć trupów widziała nasza historia niemało. Grossowi można zarzucić pewne braki w warsztacie historycznym, jakieś niesprawdzone liczby ale swoją niewielką książeczką sprawił, że zaczęliśmy mówić tym, co, przez dziesięciolecia było zupełnie przemilczane. Powiedzmy sobie szczerze, że przeciętnie wykształcony i socjalizowany Polak zarzucony zostaje w wieku szkolnym literaturą wojny i zagłady od Aleksandra Kamińskiego, przez Tadeusza Borowskiego, Zofię Nałkowską po Andrzeja Szczypiorskiego. Skutek? To, co miało na celu uwrażliwiać z biegiem czasu paradoksalnie doprowadziło do uodpornienia. W zasadzie nic ne jest w stanie już szokować, nic bardziej poruszyć. Muzeum  obozu zagłady Auschwitz zaliczone. Tak mi się przynajmniej zdawało. Do czasu. A konkretniej mówiąc, do czasu przeczytania książki Anny Bikont (tak, tej samej, która jest współautorką świetnej biografii Wisławy Szymborskiej Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny). My z Jedwabnego. Kupiłam wydanie z 2012 roku, zaktualizowane, poprawione, a więc ukończone ponad dekadę po publikacji Sąsiadów Grossa i, przysięgam: jeszcze nigdy nie było mi tak ciężko przeczytać książki. 581 stron katorgi, czasem naprawdę trzeba się zmusić, żeby odwrócić kartkę, czasem ból staje się wręcz fizyczny. I niedowierzanie. To naprawdę dzieje się w środku Europy? W roku 2012? W szkołach, urzędach i kościołach? Anna Bikont musiała jeszcze bardziej cierpieć pisząc tę monografię. Cierpienie jest wszechobecne, paraliżuje. I nie chodzi już o to, co stało się wtedy, o relacje śwadków, w końcu Auschwitz zaliczony, ale o wrażliwość naszego społeczeństwa dzisiaj, o stan świadomości i gotowość do empatii. Tę książkę powinien przeczytać każdy Polak, każdy katolik, każdy człowiek a potem stanąć przed lustrem i spróbować spojrzeć sobie w oczy. Może się uda. Może...
Ale co tam Holocaust! Nie żyją już nawet ci, którzy przeżyli, tak samo jak ich oprawcy. Nie ma dziadka z Wehrmachtu, Anny Frank, ani większości sprawiedliwych wśród narodów, rabbiego i szmalcownika, nie ma Willego Brandta, który ukląkł, ani milionów innych, którzy byli obok lecz niczego nie widzieli. Z bezpiecznej perspektywy czasu dzielimy nazwiska na dobre i złe, takie, które zabijały albo same zostały zabite. Dawno temu w każdym razie.
A ja się pytam, jak wam mijały lata 90-te? I w szczególności, czy pamiętacie ciepły lipiec 1995 roku? Może znajdą się jakieś zdjęcia z wakcji...? Dokopuję się do najważniejszych wydarzeń tamtych lat i już na pierwszy rzut oka, widać, że ludzkość stawiała krok do przodu, by zaraz znów się cofnąć... Podczas kiedy traktaty podpisane w Maastricht ureanialniają wizję Unii Europejskiej, na terenie byłych Niemiec wschodnich płonie pierwszy dom azylanta... Kiedy w RPA Nelson Mandela zostaje pierwszym czarnoskórym prezydentem i kończy się era Apartheidu, na tym samym kontynencie w ciągu niespełna czterech miesięcy bezczynnści ONZ plemię Hutu zabija z nieopisaną brutalnością okołą miliona plemieńców Tutsi (co zresztą ma swój początek w rasistowskiej polityce belgiskich kolonizatorów). I właśnie równo 50 lat później, kiedy świat wzrusza się Listą Schindlera Stevena Spielberga, nakręconą punktualnie na Międzynarodowy Rok Pamięci Ofiar II Wojny Światowej, wydarzenia na Bałkanach osiągają masę krytyczną. W Europie. Na oczach całego świata. W obecności mediów. Dosłownie pod nosem holenderskiej jednostki sił ochronnych ONZ. Srebrenica - kiedyś wydobywało się tam srebro, aktualnie nadal zwłoki, setki, tysiące zwłok. Czasem dziwię się, jak możemy jako Europejczycy funkcjonować z tą świadomością, dlaczego pozwoliliśmy na to, co się stało? Mimo tylu lektur obowiązkowych zadanych przez historię. Dzisiaj każdego polityka, inteligenta, społecznika pytam: Pamiętacie lato 1995? Gdzie wtedy byliście? Skąd bierze się siła, by czuć się autorytetem, a skąd brak poczucia odpowiedzialności? Jaki dystans, ile granic i stref czasowych jest w stanie rozgrzeszyć? Jak można spać spokojnie, wiedząc? Także literatura po prostu nie mając wyjścia, próbuje zmierzyć się z tą nieodległą przeszłością, tak samo jak Thomas Mann po powrocie z emigracji m u s i a ł napisać Doktora Faustusa jako świadectwo upadku minionej epoki. Z bośniacką traumą ocalonego, więc kogoś, kto ostatecznie uratował siebie tracąc jednocześnie wszystkich znanych, bliskich i kochanych, tracąc dom i swoje miejsce na świecie, tożsamość i poczucie własnej wartości, zmierzył się Emir Suljagić w Pocztówkach z grobu. Chyba podaruję sobie stwierdzenie, że jest to świadectwo dość dosadne. Z innej perspektywy doświadczenia i czasu pisze o wydarzeniach w byłej Jugosławii Wojciech Tochman (Jakbyś kamień jadła), pisze, a właściwie rejstruje sprawozdania bośniackich Trümmerfrauen: antropolożki składającej układankę kości w całość szkieletu, córek, matek i żon nie istniejących, bo ani nie żywych, ani oficjalnie jeszcze nie zmarłych ojców, synów i mężów. Siła tego krótkiego przekazu kobiet znad grobów, mogił zbiorowych lub plasikowych body bags (w zależności od etapu żałoby) jest niesamowita, porażająca aż do bólu.

Niech boli. Powinno. 



Zdjęcie przedstawia ocaloną ze Srebrenicy muzułmańską Bośniaczkę
Sehidę Abdurahmanovic na cmentarzu centrum pamięci ofiar czystki etnicznej
w Srebrenicy, 31.03.2010. Autor zdjęcia: Elvis Barukcic

czwartek, grudnia 14, 2017

Lektury Małej Mi: Najulubieńsze, czyli inspiracji przedświątecznych cz. II i ostatnia

Książki książkami, a życie po swojemu realizuje plany na codzienność i tak, między ostatnim a dzisiejszym postem rozwinęła się nam mała domowa wojna na wirusy, w której największymi przegranymi są, tradycyjnie, rodzice. Pokonani zupełnie niespektakularnie przez niewyspanie oraz zarazki bliżej niezidentyfikowane przywleczone z przedszkola (teza własna) i przekazane przez kochające dzieci do dalszego pomnażania.
Tak sobię mnożę i dzielę, a przy okazji przemycam ciąg dalszy aktualnych bestsellerów wydawniczych wg. Bobka i Małej Mi.



6. Mały żółty i mały niebieski Leo Lionni


Można zastanawiać się nad ewenementem sukcesu tej skromnej książki. Skromnej, bo cechuje ją pod każdym względem dość nietypowy dla literatury dziecięcej minimalizm, przede wszystkim ilustracji. Można nadal tego ewenementu nie rozumieć, jednak dzieci fascynuje taka forma abstrakcji. Uniwersalizm samej historii sprawia, że nie ma też wskazania wiekowego  potencjalnego odbiorcy, albo raczej, nie ma jakiegokolwiek przeciwwskazania - każdy wyniesie z tej opowiastki coś dla siebie. Mała Mi wyjaśnia mi z przekonaniem, że ten kleks to mama a tamten to tata, a to tutaj.... I znów ludzka wyobraźnia okazuje się być najważniejszym atrybutem czytelnika...


7. Kicia Kocia czyli dziecięce alter ego




Anita Głowińska rozwiązała problem (rodziców) dwuletnich moli książkowych, czyli znalazła idealną receptę na stosunek ilości tekstu do ilustracji i stworzyła książeczki dla dzieci, którym zaczyna się czytać, zamiast pokazywać obrazki. Do tego łatwo identyfikować się z kotką (na szczęcie wizualnie znośniejszą od Hello Kitty...), która albo idzie do przedszkola, albo mówi nie, albo jest chora, a czasem nawet jedzie nad morze... czyli przeżywa to samo, co dzieci. Wiadomo: wiwisekcja własnych emocji i doświadczeń fascynuje każdego.  Przy okazji tekst jest prosty ale nie toporny, choć i tutaj sporo dydaktycznego frazesu.



8. Przenosiny Arthura Geiserta




Póki co, drugi tytuł wydawanej przez Zakamarki serii Historia bez słów. Najwyraźniej połączenie monochromatycznej szaty graficznej z całkiem poważną historią tak absorbuje moje dzieci. Przejmując rolę narratora sami dozujemy stopień grozy opowieści o mieszkańcach wyspy, która zostaje zniszczona w wyniku wybuchu wulkanu. Ja osobiście najbardziej lubię zmianę perspektywy: coś powszechnego i wręcz niepożądanego tutaj jest największym szczęściem... 


9. Wanda Chotomska Bajki z 1001 dobranocy




Tak! Mój prywatny sukces wychowawczy (a jako, że są one raczej nieliczne, każdy jeden na wagę złota!): udało mi się rozkochać potomstwo w klasykach polskiej literatury dzieciecej.  A nie byłoby tego pojęcia bez twórczości niedawno zresztą zmarłej a piszącej do końca Wandy Chotomskiej. Apeluję do wszystkich czytających rodziców kolejnej generacji: zapoznajcie dzieciaki z Janem Brzechwą, Julianem Tuwimem, Wandą Chotomską, Małgorzatą Musierowicz, Danutą Wawiłow i... z Rusinkiem i Butenko i z Bechlerową... i jeszcze ze dwoma tuzinami innych polskich autorów dziecięcych współpracujących niegdyś ze Świerszczykiem, Płomyczkiem, czy Misiem (rety, jak ja kochałam jako dziecko te magazyny!). Najlepiej odkurzyć książeczki z serii Poczytaj mi, mamo, ewentualnie nabyć reprinty Naszej Księgarni poskładane w tomy, bo wszyscy wspominani autorzy mieli swój wkład w powstawaniu tego zbioru, który już od pokoleń jest nieodłączną częścią polskiego dziedzictwa kulturowego. 





10. (naprawdę) Wielka księga robali Yuval Zommer





Książka jest, jak sam tytuł obiecuje, rzeczywiście spora, tak, że zwłaszcza otwarta przykrywa sobą Bobka prawie całkowicie. Poza tym w całości traktuje o czymś, za czym ani dzieci ani dorośli specjalnie nie przepadają, a co tytuł formułuje dość dosadnie...  A tutaj, proszę: piękne ilustracje uzupełnione ciekawymi informacjami i okazuje się, że robale w gruncie rzeczy aż takie okropne nie są! Już po pierwszej, chociaż dość pobieżnej lekturze, Bobek zaczął głaskać mrówki i pomniejsze pająki...  Jeśli więc nie jako lektura dla początkującego entomologa, to przynajmniej jest to miła alternatywa do książek o niedźwiadkach i innych powszechnie faworyzowanych zwierzętach.


Tak się ma nasza aktualna na potrzeby bq dość okrojona lista ulubionych książek i sama jestem ciekawa, jak będzie wyglądała za rok...

wtorek, grudnia 05, 2017

Lektury Małej Mi: Najulubieńsze, czyli inspiracji przedświątecznych cz. I

Stanęłam dziś przed naszą domową biblioteczką literatury dziecięcej - to w aspekcie czysto fizycznym - a jednocześnie przed zadaniem opracowania listy wydawniczych bestsellerów według  Małej Mi i Bobka. Takie nasze umowne aktualne the-best-of bardzo jeszcze nieletnich i niepiśmiennych miłośników książek... A jako, że wspomniana biblioteczka w dniu dzisiejszym wyglada tak:



... nie jest to wcale zadanie łatwe. Niestety równie trudno wyzbyć się projekcji rodzicielskich przekonań (także co do lektur) na własne dzieci, bo póki co, są one w swoim pierwotnym analfabetyźmie zdane na łaskę czytającej po polsku mamy, a ja czasem naginam ten status do własnych książkowych preferencji... Tym razem jednak ograniczam się do minimalnej roli medium i to, co zaraz nastapi, jest absolutnie subiektywną listą lektur aktualnie namiętnie czytanych\wysłuchiwanych\oglądanych  przez dwójkę dzieci w zakresie wiekowym od prawie trzech do czterech i pół lat.

1. Basia, Franek i reszta świata czyli Wielka księga przygód Basi i Franka Zofii Staneckiej  


Naprawdę niekwestionowany numer jeden pośród lektur moich dzieci i to już od kilku dobrych miesięcy. Zaczęło się od Księgi przygód Basi i Franka, która swoimi bardzo krótkimi i przystępnymi w tematyce historyjkami  pasjonuje już półtoraroczne maluchy. Kiedy dzieci wyuczą się całej książki na pamięć, można z czystym sumieniem przejść do kolejnych przygód, nieco już dłuższych i jednocześnie bardziej rozbudowanych w kwestii fabuły i narracji. Na szczęście czytanie o Basi i Franku sprawia przyjemność także osobie czytającej (patrz: medium). Poza tym chwała Mariannie Oklejak za bardzo pomysłową szatę graficzną (fantastyczna gra perspektywą!). A tym, co wyróżnia książki Zofii Staneckiej spośród innych wydawniczych pozycji jest fakt, że nie opowiadają one historii kolejnej pary przyjaciół, których relacje, jako, że zaistniałe z wyboru są zwykle harmonijne. O nieee, nic z tych rzeczy: Basia i Franek są rodzeństwem, więc chcąc nie chcąc muszą się jakoś dogadywać, z czym różnie bywa. Poza tym mają jeszcze starszego brata, który to fakt jednoczy naszych bohaterów, tatę spędzającego zdecydowanie zbyt wiele czasu w szpitalu (gdzie na szczęście tylko pracuje) oraz mamę, która stara się być czasem także bytem niezależnym a wtedy zwykle przykleja się do laptopa. Jest jeszcze żółw Kajetan... ale co Wam będę gadać... Epizody z życia Franka i Basi opowiedziane dowcipnie, miłym dla dorosłego i równocześnie zrozumiałym dla dziecięcego ucha językiem są kopalnią domorosłych mądrości życiowych...

2. Magia zimowych wieczorów czyli Skrzat nie śpi Astrid  Lindgren z ilustracjami Kitty Crowther


Właściwie klasyka literatury dziecięcej, jak wszystko inne, co wyszło spod pióra Astrid Lindgren (patrz także punkt czwarty). Cieszę się, że moje dzieci podzielają zamiłowanie do literatury skandynawskiej. Piękna, wręcz magiczna wersja opowieści o szwedzkim dziedzictwie narodowym w postaci skrzata Tomtena, do tego ładnie zilustrowana. Czytając tę historię zawsze udziela mi się podniosły nastrój. Dzieci też słuchają jak zahipnotyzowane. Lektura jak znalazł na zimowy wieczór rozświetlony lampkami choinkowymi...


3. Ulica Czereśniowa Rotraut Susanne Berner wiecznie żywa 



Tak, Rotraut Susanne Berner, potrafi nie tylko ilustrować, ale i pisać książki dla dzieci. Seria o mieszkańcach ulicy Czereśniowej jest klasycznym niemieckim Wimmelbuch (nieco więcej informacji na ten temat znajdziesz klikając tutaj), zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że te książki czynią ich autorkę najgodniejszą następczynią Ali'ego Mitgutscha, ale sama w sobie pełna jest nawiązań do innych postaci stworzonych przez R.S. Berner. Bez wielkiego wysiłku (ba, nawet bez okularów!) znaleźć można przykładowo uszatego Karolka (czyli jeszcze nie przetłumaczonego na język polski Karlchen). W ogóle dopiero z czasem doszło do mnie, jak dynamiczne są rysunki Berner; na ulicy Czereśniowej naprawdę ciągle coś się dzieje i wydarzenia łączą ze sobą nie tylko kolejne strony ale i tomy. Dzieciom takie odkrywanie nowych wątków sprawia dużą satysfakcję. Na prawdziwych insider'ów czekają dodatkowo tematyczna książka kucharska (którą z czystym sumieniem mogę polecić), śpiewnik, słownik itd. Aha, aktualnie jest też do kupienia kalendarz adwentowy (zdobiący zresztą naszą kuchnię).



4. Hałasowo czyli osada Bullerbyn Astrid Lindgren




Lotta z ulicy Awanturników, Pipi Pończoszanka a nawet Emil ze Smalandii nie są moim dzieciakom obcy, żeby nie powiedzieć, że są jak najbardziej znani, ale dzieci z Bullerbyn Mała Mi uwielbia najbardziej i już w wieku niespełna trzech lat wszystkim chcącym słuchać zaczynała wyliczać na paluszkach: Lasse, Bosse, Lisa....skrupulatnie wymieniając każdego z siedmiu małych mieszkańców Zagród Północnej, Środkowej i Południowej, no, może czasem zapominając tylko o małej siostrzyczce Olle'go. Ze względu na Bobka sięgnęliśmy po bogato ilustrowaną (Ilon Wikland) serię wydawnictwa Zakamarki. Sława przygód dzieci z Bullerbyn wiecznie żywa! Ciekawie tym razem odkryć je na nowo z perspektywy rodzica... I pewnie podczas czytania i innym dorosłym, podobnie jak mnie, z twarzy nie schodzi uśmiech. Teraz rozumiem, skąd uAstrid Lindgren te fantastyczne zmarszczki mimiczne... 




5. Jeden dzień czyli słownik języka polskiego dla najmłodszych wg Aleksandry i Daniela Mizielińskich




Książki tej pary są fenomenem na skalę światową  i z dumą stwierdzam, że nie może zabraknąć ich w żadnej cieszącej się estymą księgarni niezliczonych państw  Europy i świata. To w ostatnich latach bodajże nasz największy międzynarodowy sukces wydawniczy. Zaczęło się od Map, które zresztą zapoczątkowały modę na wszelkie bogate graficznie atlasy dla dzieci. Od dłuższego czasu kibicuję wydawnictwu Dwie Siostry, jak i samym autorom, bo myślę, że to właśnie im w dużej mierze zawdzięczamy powiew świeżości na polskim rynku wydawniczym literatury dziecięcej. Mała Mi i jeszcze mniejszy Bobek uwielbiają ilustracje Mizielińskich i każda kolejna książka staje się na jakiś czas tą ulubioną. Jeden dzień to tytuł dla tych najmłodszych czytelników, co objawia się także w tym, że ciężko tę książkę podrzeć czy pogryźć... Jeśli chodzi o treść, jest to niekwestionowane kompendium wszystkiego, co najmłodszym jest drogie i niezbędne do życia... Moje dzieciaki często przychodzą z życzeniem, abym odpytywała je z obrazków. Stanęło na tym, że bawimy się w opisywanie tego, co składa się na Jeden dzień w trzech językach i chyba wszyscy mamy przy tym, z niemiecka rzecz ujmując, frajdę.


cdn.