Czasem sama mam ten problem: nie radzę sobie z klasyfikacją własnych książek i potem zajmują miejsca, które dla mnie samej są kompletnym zaskoczeniem, np. przy okazji przeprowadzki, kiedy to zaklinam się, że od tej pory już tylko e-booki! W sumie to nawet nie wiem, dlaczego Oriana Fallaci przebywa w towarzystwie Gościnnego, Erich Fromm wcisnął się między książki kucharskie (okay, tutaj w grę może wchodzić tylko Bobek!), a Hemingway dzieli półkę z Puszkinem (to już chyba naprawdę czysta przekora) W zasdzie system jest jasny: książki dzielimy według języka, w którym zostały napisane, albo raczej zakupione, potem tematycznie, a dalej geopolitycznie, co kazałoby przenieść Puszkina na półkę Dostojewskiego i Czechowa. Ale co zrobić z węgierskim tłumaczeniem Chłopów Reymonta (którego to węgierska część rodziny zaczęła nazywać pieszczotliwie Remontem, ale to już zupełnie inna historia...), niemieckojęzyczną literaturą skandynawską, albo polskim opracowaniem naukowym o historii Niemiec? I tak, od pewnego czasu, nasza biblioteka rządzi się bliżej niesprecyzowaną logiką. Jeśli dodać do tego aspekt chronicznego braku miejsca i odrębnego poczucia estetyki dwójki naszych dzieci, nie ma się już czemu dziwić.
Pociesza mnie fakt, że w księgarniach nie jest inaczej - grupka pracowników próbuje okiełznać aspiracje klientelii do zaprowadzenia ładu według własnego uznania, bądź chwilowego odruchu. Do tego, nie można wymagać, aby pracownik księgarni interesował się książkami, które przyszło mu wykładać, inwentaryzować i zamawiać, czy, przy odrobinie szczęścia, ostatecznie sprzedawać. W końcu: praca - nie hobby. Zupełnie inaczej, niż w antykwariacie. Tam, po pierwsze, swoje życie odsiadują prawdziwi bibliofile, po drugie, wbrew pozorom, te stosy książek i potrójne rzędy woluminów na półkach są wysokoprecyzyjnym porządkiem, w którym sprzedawca, czyli człowiek czytający, bez pomocy komputera orientuje się bezbłędnie i często nawet bez zastanowienia odnajdzie każdy jeden tytuł, dorzucając mimochodem informację o jego wydaniu, wyrecytuje z pamięci wielkość nakładu, opuszkami palców zarejstruje grubość papieru... Antykwariat to ład w najczystszej formie. Jeśli lubicie dreszczyk emocji poszukiwania, polecam sklepy, w których oprócz papeterii, drogerii i zabawkowego jest jeszcze nawet miejsce na książki. Dlatego traktuję księgarnie, zwłaszcza polskie, jak labirynt; wejdziesz w jakiś zakamarek zupełnie nie wiedząc, co cię tam czeka. Grunt, że bestsellery na widoku i że nowości wydawnicze z fajnymi okładkami też pod ręką. Cała reszta jest już wielką przygodą.
I tak właśnie znalazłam Masłowską, a raczej kolejną jej książkę Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci. Obok wersji Czerwonego Kapturka, w której wilk p o ł y k a babunię i wnuczkę, zaś myśliwy wydostaje obie panie nieinwazyjne (więc być może i przez odbyt, kto wie...). W dziale literatury dla najmłodszych. Taka perełka. Oczywistym jest, co skłoniło pracownika księgarni, aby znalazł Masłowskiej tak szczytne miejsce: C z a r o w n i c a! - choć z wąsem, bo co to komu zresztą przeszkadza, skoro co druga babcia też go ma, a skoro czarno na białym napisane, że dla dzieci, to dla dzieci! I jeszcze szata graficzna z wyraźną nutą koloru różowego. Może dodatkowym powodem jest nadal stosunkowo młody wiek autorki, bo Masłowska jeszcze jakiś czas małolatą polskiej literatury pobędzie, a niech ją licho!
Tak mnie niemożliwie korciło, by własne dzieci skonfrontować z tą bajeczką... i sprawdzić na Amazonie, czy aby na pewno nie ma Bachorołapu® w seryjnej produkcji. Ale hamuję się, bo bajka, choć wspaniała, z całkiem sensownym morałem, nadaje się raczej dla rodziców. Za to idealnie, totalne odprężenie! Walnęłam w kąt żelazko i nawet po wino poszłam. Och, jaki cudowny paszkwil! Mam nawet pewne podejrzenia i od wczoraj baczniej przyglądam się w lusterku meszkowi nad górną wargą.
![]() |
| Jedna z jeśli nie bajkowych, to bajecznych ilustracji Marianny Sztymy do książki Doroty Masłowskiej Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci. |
Tak mnie niemożliwie korciło, by własne dzieci skonfrontować z tą bajeczką... i sprawdzić na Amazonie, czy aby na pewno nie ma Bachorołapu® w seryjnej produkcji. Ale hamuję się, bo bajka, choć wspaniała, z całkiem sensownym morałem, nadaje się raczej dla rodziców. Za to idealnie, totalne odprężenie! Walnęłam w kąt żelazko i nawet po wino poszłam. Och, jaki cudowny paszkwil! Mam nawet pewne podejrzenia i od wczoraj baczniej przyglądam się w lusterku meszkowi nad górną wargą.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz