czwartek, lutego 08, 2018

Lektury Małej Mi: Niezła sztuka!

Pierwsze oznaki niespiesznie nadchodzącej wiosny (przebiśniegi, krokusy, nieśmiałe zawilce) cieszą oczy... Jest zatem nadzieja na trochę słońca i kolorytu, jednak póki co, trzeba rekompensować sobie wszechobecną szarzyznę choćby i jakąś fantazyjną lekturą. W wypadku tej dziecięcej zdecydowanie chętniej sięgamy teraz rodzinnie po książki z niebanalną szatą graficzną, dlatego w dzisiejszym poście proponuję Wam trzy całkiem różnorodne w swej formie przykłady na to, że dobra książka dla dzieci może być sama w sobie prawdziwym papierowym dziełem sztuki...


I.

Kanon baśni (Andresen, bracia Grimm, Puszkin) to niewyczerpane źródło inspiracji, chociaż z drugiej strony dla niektórych wydawców to po prostu sposób na łatwy zarobek (brak praw autorskich): płytki tekst i infantylne ilustracje - takich wersji klasyki dziecięcej jest na pęczki. Na szczęście zdarzają się też  bardziej ambitne próby pokazania uniwersalnych historii na nowo.
Giada Francia jest autorką adaptacji Czerwonego Kapturka, Pinokia, Królowej Śniegu i wielu innych dobrze wszystkim znanych opowieści, których język i kompozycja oddają walory swoich pierwowzorów, a ich lektura nie doprowadza  mnie do pasji. Istnieje sporo polskich tłumaczeń baśniowych adaptacji Giady Francii i zawsze to jakaś alternatywa dla setek niemożliwie płytkich i kiczowatych wydań z tekstami ocierającymi się o analfabetyzm autora czy tłumacza, często pewnie obydwojga.
Naprawdę ciekawie zaczyna się robić jednak wtedy, gdy do tekstów Francii dochodzi szata graficzna Agnese Baruzzi, a przede wszystkim jej wycinanki, dzięki którym ozdabiane przez nią książki wzbogaciły formę tzw. cut-paper books. Niestety właśnie tych książek Agnese Baruzzi póki co brak na polskim rynku wydawniczym.  Fantastyczne wycinanki jej autorstwa to jednak prawdziwa sztuka, dla której warto zakupić książki w oryginalnym (lub jakimkolwiek innym dostępnym) języku np. przy okazji następnej wycieczki do Rzymu albo Berlina i samemu opowiedzieć dzieciom historię Alicji w Krainie Czarów czy Piotrusia Pana. Wielowarstwowe wycinanki Baruzzi sprawiają wrażenie trójwymiarowości i naprawdę się nie nudzą. Pewnie dlatego, że do całości dochodzi jeszcze czwarty wymiar - ten magiczny...
Dodatkowo każda jej ksiażka jest inna. Ilustratorka, grafik, designerka Baruzzi bawi się technikami, eksperymentuje z wymiarami, światłocieniem i kolorem. Może przez to nie jest jeszcze zupełnie rozpoznawalna, z drugiej strony proponuje wciąż to nowe formy, nawet dla zupełnie starych i wszystkim dobrze znanych tekstów. Klasyka odkryta na nowo!













II.


Gérard Lo Monaco to kolejny przykład na to, że sztuka może bez zażenowania iść w parze z literaturą dziecięcą. Argentyński ilustrator, paryżanin z wyboru, doceniany i wielokrotnie nagradzany za plakaty, tworzący na potrzeby sceny teatralnej i branży muzycznej, zaczyna kreować i ilustrować książki dla dzieci, przy czym jest to celowym rozwojem kariery Lo Monaco, nie zaś degradacją artysty i próbą rozpaczliwego utrzymania się na rynku sztuki w stylu pop. Nie pop, za to... w stylu pop-up, a to znaczy, że wracamy do gatunku, który jest mi bardzo bliski (patrz tutaj) i nie obiecuję, że to już po raz ostatni. Gérard Lo Monaco wnosi do formy pop-up graficznie wiele ze swych wcześniejszych prac: bardzo przejrzystą kolorystykę, czystość formy, taki artystyczny minimalizm, który najwyraźniej doskonale odnajduje się w nieprzebranym gąszczu książek dla najmłodszych na międzynarodowym rynku wydawniczym.









III.



Mysi domek wymyśliła, stworzyła i napisała w swoim holenderskim atelier Karina Schaapman. Dobra wiadomość: istnieje polskie tłumaczenie książki Schaapman (nawet pozostałych dwóch opowieści o myszkach Julii i Samie). O ile dobrze dedukuję z opisu naszego domowego czeskiego egzemplarza tej książki Dům myšek (kolejna długa historia...), to sama książka jest zwieńczeniem trójwymiarowego projektu. Dom myszek stworzony z kartonowych pudełek, przedmiotów z lat 50-tych, 60-tych oraz 70-tych oraz ze skrawków materiałów obejmuje ponad sto pokoi. Historia myszek, częściowo jako dodatek do wspaniałej szaty graficznej rozwijała się własnym tokiem podczas dopracowywania instalacji, która robi niesamowite wrażenie i ilekroć przeglądam książkę Schaapman fascynuje mnie wciąż na nowo dbałością o najmniejszy nawet szczegół.

Oglądać Mysi domek jest zdecydowanie łatwiej, nie wiedząc niczego o jego autorce. Wtedy refleksja czytelnicza może bez oporu skoncentrować się na podziwie dla pracy Schaapman, dla tego niesamowicie nasyconego detalem bajkowego mikrokosmosu. 

Kiedy przeczytałam w faz artykuł Jörga Thomanna (Eine Welt, wie sie ihr gefällt, dostępny na faz.net), to, co zdawało się być misternie stworzoną bajkową idyllą zyskało znamiona koszmarnego wspomnienia, próby odczarowania smutnego dzieciństwa. Sama Karina Schaapman broni się przed nazwaniem Domu myszek terapią. Woli myśleć o efekcie trzyletniej pracy, jako o spełnieniu swojego marzenia, stworzenia bezpiecznego świata, którego jej samej tak bardzo brakowało.

Nie wdając się w dobitniejsze szczegóły biografii Schapman, szybko staje się jasne, że w Mysim domku nic nie jest bez znaczenia. Niewyobrażalna wręcz była bieda imigranckiego dziecka wychowywanego przez samotną matkę, która oprócz miłości własnemu dziecku nie mogła dać wiele więcej. Pieniędzy nie starczało nawet na jedzenie. Kiedyś matka ugotowała dla chorej Kariny zranionego gołebia, którego udało jej się złapać. Dziewczynka żyła w zupełnym osamotnieniu, nieakceptowana przez holenderskie społeczeństwo i symbolem tego wyobcowania stało się okno w wynajmowanym przez matkę i córkę mieszkaniu, zabite deskami, po tym, jak jego szyba wybita została nie pierwszy raz celowo rzuconym kamieniem. Jedyną lekturą małej Kariny a zarazem namiastką normalnego dzieciństwa była wtedy książka o rodzinie myszek...
Kiedy los zdaje się do niej wreszcie uśmiechać, w mamie Kariny zakochuje się dyrektor pewnego cyrku wędrownego i dziewczynka objeżdżając z nim okoliczne miejscowości czuje się naprawdę szczęśliwa (trzeci tom przygód myszek: Sam i Julia w cyrku), cyrk bankrutuje, matka zaczyna cieżko chorować i ostatecznie umiera zostawiając trzynastolatkę samą w mieszkaniu i w życiu, co w autobiografii Schaapman wspomina jako najokropniejsze doświadczenie w całej swojej przeszłóści.
Wreszcie trafia do ojca, którego nawet ne zna, a który nie chcąc popsuć sobie opinii, zabrania jej wspominania o matce i przedstawia wszystkim, jako kuzynkę pozostałych własnych dzieci. Do tego dochodzi brutalne bicie i poniżanie i w wieku 15 lat Karina ucieka od ojca, trafiając ostatecznie do rodziny zastępczej. Potem jest już tylko gorzej: kontakt z narkotykami, drobne przestępstwa, praca w amsterdamskim seksklubie.
Pewnego dnia, kiedy wstręt staje się nie do zniesienia, Schaapman zaczyna wszystko od nowa i udaje jej się podnieść. Prowadzi tak zwane normalne życie, zakłada rodzinę, zostaje politykiem, a wtedy przeszłość wraca do niej po raz kolejny. Aby uprzedzić głodne sensacji dociekania holenderskiej opinii publicznej, Schaapman wydaje szczerą do granic możliwości autobiografię i tym samym stygmatyzuje siebie oraz rodzinę na długie lata.
I kiedy rozwód, wypalenie zawodowe i niesłabnące zainteresowanie opinii publicznej jej osobą zaczynają  znów ściągać ją w dół, sięga po pierwszą skrzynkę po pomarańczach i zaczyna w nim urządzać dom dla uszytych przez siebie myszek... 

Dzisiaj w Holandii każde dziecko rozpoczynające szkołę dostaje egzemplarz książki Kariny Schaapman, dostało ją także każde dziecko znajdujące się w holenderskich obozach uchodźców. Calkiem prawdopodobne, że Dom myszek będzie jedyną książką ich dzieciństwa. 

Cieszę się, że dla moich dzieci to po prostu piękna i barwna książka o zaczarowanym, maleńkim świecie.



Wszystkie trzy zdjęcia pochodzą ze wspomnianego artykułu w faz,
tutaj Karina Schaapman z gotowym projektem Domu Myszek.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz