czwartek, grudnia 14, 2017

Lektury Małej Mi: Najulubieńsze, czyli inspiracji przedświątecznych cz. II i ostatnia

Książki książkami, a życie po swojemu realizuje plany na codzienność i tak, między ostatnim a dzisiejszym postem rozwinęła się nam mała domowa wojna na wirusy, w której największymi przegranymi są, tradycyjnie, rodzice. Pokonani zupełnie niespektakularnie przez niewyspanie oraz zarazki bliżej niezidentyfikowane przywleczone z przedszkola (teza własna) i przekazane przez kochające dzieci do dalszego pomnażania.
Tak sobię mnożę i dzielę, a przy okazji przemycam ciąg dalszy aktualnych bestsellerów wydawniczych wg. Bobka i Małej Mi.



6. Mały żółty i mały niebieski Leo Lionni


Można zastanawiać się nad ewenementem sukcesu tej skromnej książki. Skromnej, bo cechuje ją pod każdym względem dość nietypowy dla literatury dziecięcej minimalizm, przede wszystkim ilustracji. Można nadal tego ewenementu nie rozumieć, jednak dzieci fascynuje taka forma abstrakcji. Uniwersalizm samej historii sprawia, że nie ma też wskazania wiekowego  potencjalnego odbiorcy, albo raczej, nie ma jakiegokolwiek przeciwwskazania - każdy wyniesie z tej opowiastki coś dla siebie. Mała Mi wyjaśnia mi z przekonaniem, że ten kleks to mama a tamten to tata, a to tutaj.... I znów ludzka wyobraźnia okazuje się być najważniejszym atrybutem czytelnika...


7. Kicia Kocia czyli dziecięce alter ego




Anita Głowińska rozwiązała problem (rodziców) dwuletnich moli książkowych, czyli znalazła idealną receptę na stosunek ilości tekstu do ilustracji i stworzyła książeczki dla dzieci, którym zaczyna się czytać, zamiast pokazywać obrazki. Do tego łatwo identyfikować się z kotką (na szczęcie wizualnie znośniejszą od Hello Kitty...), która albo idzie do przedszkola, albo mówi nie, albo jest chora, a czasem nawet jedzie nad morze... czyli przeżywa to samo, co dzieci. Wiadomo: wiwisekcja własnych emocji i doświadczeń fascynuje każdego.  Przy okazji tekst jest prosty ale nie toporny, choć i tutaj sporo dydaktycznego frazesu.



8. Przenosiny Arthura Geiserta




Póki co, drugi tytuł wydawanej przez Zakamarki serii Historia bez słów. Najwyraźniej połączenie monochromatycznej szaty graficznej z całkiem poważną historią tak absorbuje moje dzieci. Przejmując rolę narratora sami dozujemy stopień grozy opowieści o mieszkańcach wyspy, która zostaje zniszczona w wyniku wybuchu wulkanu. Ja osobiście najbardziej lubię zmianę perspektywy: coś powszechnego i wręcz niepożądanego tutaj jest największym szczęściem... 


9. Wanda Chotomska Bajki z 1001 dobranocy




Tak! Mój prywatny sukces wychowawczy (a jako, że są one raczej nieliczne, każdy jeden na wagę złota!): udało mi się rozkochać potomstwo w klasykach polskiej literatury dzieciecej.  A nie byłoby tego pojęcia bez twórczości niedawno zresztą zmarłej a piszącej do końca Wandy Chotomskiej. Apeluję do wszystkich czytających rodziców kolejnej generacji: zapoznajcie dzieciaki z Janem Brzechwą, Julianem Tuwimem, Wandą Chotomską, Małgorzatą Musierowicz, Danutą Wawiłow i... z Rusinkiem i Butenko i z Bechlerową... i jeszcze ze dwoma tuzinami innych polskich autorów dziecięcych współpracujących niegdyś ze Świerszczykiem, Płomyczkiem, czy Misiem (rety, jak ja kochałam jako dziecko te magazyny!). Najlepiej odkurzyć książeczki z serii Poczytaj mi, mamo, ewentualnie nabyć reprinty Naszej Księgarni poskładane w tomy, bo wszyscy wspominani autorzy mieli swój wkład w powstawaniu tego zbioru, który już od pokoleń jest nieodłączną częścią polskiego dziedzictwa kulturowego. 





10. (naprawdę) Wielka księga robali Yuval Zommer





Książka jest, jak sam tytuł obiecuje, rzeczywiście spora, tak, że zwłaszcza otwarta przykrywa sobą Bobka prawie całkowicie. Poza tym w całości traktuje o czymś, za czym ani dzieci ani dorośli specjalnie nie przepadają, a co tytuł formułuje dość dosadnie...  A tutaj, proszę: piękne ilustracje uzupełnione ciekawymi informacjami i okazuje się, że robale w gruncie rzeczy aż takie okropne nie są! Już po pierwszej, chociaż dość pobieżnej lekturze, Bobek zaczął głaskać mrówki i pomniejsze pająki...  Jeśli więc nie jako lektura dla początkującego entomologa, to przynajmniej jest to miła alternatywa do książek o niedźwiadkach i innych powszechnie faworyzowanych zwierzętach.


Tak się ma nasza aktualna na potrzeby bq dość okrojona lista ulubionych książek i sama jestem ciekawa, jak będzie wyglądała za rok...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz