Wszystko zaczęło się od nonanszalanckiego stosunku Bobka do kolorów. Nasze dziecko konsekwentnie zbywało wszelkie pytania w stylu Jaki kolor ma ten samochód? albo Czy ta kredka jest zielona czy czerwona? i tylko podstępem upewniliśmy się, że owszem, jest w stanie je rozpoznać, jednak istnienie barw jest mu zupełnie obojętne. Nie wyrośnie z Bobka drugi Newton ani Goethe, a przynajmniej obecnie nic tego nie zapowiada...
Dlatego z niewyczerpanego źródła pomysłów zwanego Internetem wyszperałam hiszpańską książkę Meneny Cottin i Rosany Faríi. Okazało się, że istnieje nawet jej polskie wydanie.
Wygląda ono mniej więcej tak:
Piszę mniej więcej, bo w rzeczywistości ilustracje książki, także ta widoczna na okładce, są zupełnie czarne, różniąc się od tła jedynie fakturą nadruku. Na pierwszy rzut oka jest to może najbardziej nieatrakcyjna książka dla dzieci, jaką można sobie wyobrazić. Do tego stopnia, że Austriacy pryzynali jej autorkom dziewięć lat temu nagrodę Ropuchy Miesiąca (wyróżnienia dla najbardziej niedocenionych książek dla dzieci i młodzieży). Napisać o Czarnej książce kolorów, że jest monochromatyczna, to użyć eufemizmu. Ona jest po prostu czarna i tyle! I teraz wyobraźcie sobie dojrzałą soczystą truskawkę w kolorze grafitu, czarną trawę i deszcz, czarne liście jesienią... Albo jeszcze lepiej... zróbmy tak, jak proponują autorki, zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie kolor żółty... który smakuje jak musztarda i jest miękki jak puch kurczęcia.... albo kolor czerwony, soczysty jak arbuz i piekący niczym otarte kolano...
Podsunęłam Bobkowi Czarną książkę kolorów i obserwowałam uważnie, kiedy jakby zupełnie naturalnym odruchem rekompensował sobie zmysłem czucia, wodząc rączką po kolejnych stronach, wrażenia, których oko nie było w stanie oddać. A potem połknął bakcyla i długo wymyślaliśmy, jak pachną i wyglądają kolory. Dość nieudolnie, ale jednak bezbłędnie nasz synek opowiedział o czerwonym wozie strażackim, białym mleku dla kota, żółtym słońcu i dodał, że truskawka jest czerwona, a nie czarna... Voilà!
Miłym dodatkiem do całości jest tłumaczenie dla niewidomych oraz alfabet Braille’a na końcu książki. Ten aspekt zafascynował Małą Mi, która najwyraźniej zainspirowana lekturą Czarnej książki kolorów aktualnie regularnie życzy sobie, aby poczytać jej o życiu niewidomej baleriny Alicii Alonso, ale to już zupełnie inna historia i temat na kolejny post bq...
![]() |
| Teooria kolorów, Johann Wolfgang Goethe |
Ps. A skoro była już mowa o J.W. Goethe'm to chciałam jeszcze krótko napomknąć o jego, może i najbardziej wszechstronnej, choć obiektywnie rzecz biorąc raczej nietrafionej teorii kolorów, o której oczywiście nie omieszkał napisać książki. Jak powszechnie wiadomo, Goethe znał się na wszystkim, od budowy dróg (... mała ironia za Heinrichem Heine. Och, czy ja już Wam o nim pisałam? A jeśli nie, to dlaczego?!), przez medycynę po dramat antyczny, więc wcale nie dziwi, że interesowal go także fenomen istnienia barw i, co ostatecznie okazało się istotniejsze dla zwolenników tez Goethe'go: oddziaływania kolorów.
Fizyka stanęła po stronie Newtona ale psychologia do dziś czerpie z Goethego, który słowa wprowadzał w czyn z wprost nieporównywalną konsekwencją i tak jego weimarski dom fascynuje (to chyba najbardziej zostało mi w pamięci z wizyty na literackim Olimpie Niemiec...) przemyślaną kolorystyką wnętrz, w której, jak w całym życiu Goethe niechętnie zdawał się na przypadek.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz