Stanęłam dziś przed naszą domową biblioteczką literatury dziecięcej - to w aspekcie czysto fizycznym - a jednocześnie przed zadaniem opracowania listy wydawniczych bestsellerów według Małej Mi i Bobka. Takie nasze umowne aktualne the-best-of bardzo jeszcze nieletnich i niepiśmiennych miłośników książek... A jako, że wspomniana biblioteczka w dniu dzisiejszym wyglada tak:
... nie jest to wcale zadanie łatwe. Niestety równie trudno wyzbyć się projekcji rodzicielskich przekonań (także co do lektur) na własne dzieci, bo póki co, są one w swoim pierwotnym analfabetyźmie zdane na łaskę czytającej po polsku mamy, a ja czasem naginam ten status do własnych książkowych preferencji... Tym razem jednak ograniczam się do minimalnej roli medium i to, co zaraz nastapi, jest absolutnie subiektywną listą lektur aktualnie namiętnie czytanych\wysłuchiwanych\oglądanych przez dwójkę dzieci w zakresie wiekowym od prawie trzech do czterech i pół lat.
1. Basia, Franek i reszta świata czyli Wielka księga przygód Basi i Franka Zofii Staneckiej
Naprawdę niekwestionowany numer jeden pośród lektur moich dzieci i to już od kilku dobrych miesięcy. Zaczęło się od Księgi przygód Basi i Franka, która swoimi bardzo krótkimi i przystępnymi w tematyce historyjkami pasjonuje już półtoraroczne maluchy. Kiedy dzieci wyuczą się całej książki na pamięć, można z czystym sumieniem przejść do kolejnych przygód, nieco już dłuższych i jednocześnie bardziej rozbudowanych w kwestii fabuły i narracji. Na szczęście czytanie o Basi i Franku sprawia przyjemność także osobie czytającej (patrz: medium). Poza tym chwała Mariannie Oklejak za bardzo pomysłową szatę graficzną (fantastyczna gra perspektywą!). A tym, co wyróżnia książki Zofii Staneckiej spośród innych wydawniczych pozycji jest fakt, że nie opowiadają one historii kolejnej pary przyjaciół, których relacje, jako, że zaistniałe z wyboru są zwykle harmonijne. O nieee, nic z tych rzeczy: Basia i Franek są rodzeństwem, więc chcąc nie chcąc muszą się jakoś dogadywać, z czym różnie bywa. Poza tym mają jeszcze starszego brata, który to fakt jednoczy naszych bohaterów, tatę spędzającego zdecydowanie zbyt wiele czasu w szpitalu (gdzie na szczęście tylko pracuje) oraz mamę, która stara się być czasem także bytem niezależnym a wtedy zwykle przykleja się do laptopa. Jest jeszcze żółw Kajetan... ale co Wam będę gadać... Epizody z życia Franka i Basi opowiedziane dowcipnie, miłym dla dorosłego i równocześnie zrozumiałym dla dziecięcego ucha językiem są kopalnią domorosłych mądrości życiowych...
2. Magia zimowych wieczorów czyli Skrzat nie śpi Astrid Lindgren z ilustracjami Kitty Crowther
Właściwie klasyka literatury dziecięcej, jak wszystko inne, co wyszło spod pióra Astrid Lindgren (patrz także punkt czwarty). Cieszę się, że moje dzieci podzielają zamiłowanie do literatury skandynawskiej. Piękna, wręcz magiczna wersja opowieści o szwedzkim dziedzictwie narodowym w postaci skrzata Tomtena, do tego ładnie zilustrowana. Czytając tę historię zawsze udziela mi się podniosły nastrój. Dzieci też słuchają jak zahipnotyzowane. Lektura jak znalazł na zimowy wieczór rozświetlony lampkami choinkowymi...
Tak, Rotraut Susanne Berner, potrafi nie tylko ilustrować, ale i pisać książki dla dzieci. Seria o mieszkańcach ulicy Czereśniowej jest klasycznym niemieckim Wimmelbuch (nieco więcej informacji na ten temat znajdziesz klikając tutaj), zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że te książki czynią ich autorkę najgodniejszą następczynią Ali'ego Mitgutscha, ale sama w sobie pełna jest nawiązań do innych postaci stworzonych przez R.S. Berner. Bez wielkiego wysiłku (ba, nawet bez okularów!) znaleźć można przykładowo uszatego Karolka (czyli jeszcze nie przetłumaczonego na język polski Karlchen). W ogóle dopiero z czasem doszło do mnie, jak dynamiczne są rysunki Berner; na ulicy Czereśniowej naprawdę ciągle coś się dzieje i wydarzenia łączą ze sobą nie tylko kolejne strony ale i tomy. Dzieciom takie odkrywanie nowych wątków sprawia dużą satysfakcję. Na prawdziwych insider'ów czekają dodatkowo tematyczna książka kucharska (którą z czystym sumieniem mogę polecić), śpiewnik, słownik itd. Aha, aktualnie jest też do kupienia kalendarz adwentowy (zdobiący zresztą naszą kuchnię).
4. Hałasowo czyli osada Bullerbyn Astrid Lindgren
Lotta z ulicy Awanturników, Pipi Pończoszanka a nawet Emil ze Smalandii nie są moim dzieciakom obcy, żeby nie powiedzieć, że są jak najbardziej znani, ale dzieci z Bullerbyn Mała Mi uwielbia najbardziej i już w wieku niespełna trzech lat wszystkim chcącym słuchać zaczynała wyliczać na paluszkach: Lasse, Bosse, Lisa....skrupulatnie wymieniając każdego z siedmiu małych mieszkańców Zagród Północnej, Środkowej i Południowej, no, może czasem zapominając tylko o małej siostrzyczce Olle'go. Ze względu na Bobka sięgnęliśmy po bogato ilustrowaną (Ilon Wikland) serię wydawnictwa Zakamarki. Sława przygód dzieci z Bullerbyn wiecznie żywa! Ciekawie tym razem odkryć je na nowo z perspektywy rodzica... I pewnie podczas czytania i innym dorosłym, podobnie jak mnie, z twarzy nie schodzi uśmiech. Teraz rozumiem, skąd uAstrid Lindgren te fantastyczne zmarszczki mimiczne...
5. Jeden dzień czyli słownik języka polskiego dla najmłodszych wg Aleksandry i Daniela Mizielińskich
Książki tej pary są fenomenem na skalę światową i z dumą stwierdzam, że nie może zabraknąć ich w żadnej cieszącej się estymą księgarni niezliczonych państw Europy i świata. To w ostatnich latach bodajże nasz największy międzynarodowy sukces wydawniczy. Zaczęło się od Map, które zresztą zapoczątkowały modę na wszelkie bogate graficznie atlasy dla dzieci. Od dłuższego czasu kibicuję wydawnictwu Dwie Siostry, jak i samym autorom, bo myślę, że to właśnie im w dużej mierze zawdzięczamy powiew świeżości na polskim rynku wydawniczym literatury dziecięcej. Mała Mi i jeszcze mniejszy Bobek uwielbiają ilustracje Mizielińskich i każda kolejna książka staje się na jakiś czas tą ulubioną. Jeden dzień to tytuł dla tych najmłodszych czytelników, co objawia się także w tym, że ciężko tę książkę podrzeć czy pogryźć... Jeśli chodzi o treść, jest to niekwestionowane kompendium wszystkiego, co najmłodszym jest drogie i niezbędne do życia... Moje dzieciaki często przychodzą z życzeniem, abym odpytywała je z obrazków. Stanęło na tym, że bawimy się w opisywanie tego, co składa się na Jeden dzień w trzech językach i chyba wszyscy mamy przy tym, z niemiecka rzecz ujmując, frajdę.
cdn.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz