Czytanie, zwłaszcza regularne, jest chyba przejawem hedonizmu, pomijając może czytanie nocne połączone z wczesnym wstawaniem, tutaj ocieramy się o masochizm... Ale generalnie chodzi o to, żeby wyrwać się z tu i teraz i przenieść w inny wymiar, taki, w którym dzieje się coś, czego brakuje nam w realnym życiu. I jeśli prawdą jest, że wnętrze torebki rzutuje na stan psychiki jej właściciela płci dowolnej (niestety według Internetu podobnie ma się rzecz z autem, stanem obuwia, uzębienia, paznokci i kto czego się tam jeszcze dopatrzy), to co dopiero pozwolić zlustrować komuś zawartość domowych regałów?! Teoretycznie lepiej wpuścić obcego do sypialni. U nas pod względem książek to chyba rzeczywiście najmniej intymne pomieszczenie w całym mieszkaniu...
Nie jest w takim razie odkrywczym stwierdzenie, że czytamy dla przyjemności, prawda? A jednak istnieją wokół nas książki, których czytanie uwiera, boli. Fundują mentalny nokaut i niełatwo się po nim podnieść. Najgorsze są te, które nawet nie próbują chronić odbiorcy fikcją literacką. Tych drugich jest zresztą najwięcej. Nie smuć się, to się nazywa beletrystyką, twórczym wymysłem, a że najpierw wymyśliło akcję życie, to trudno, nic na to nie poradzimy, skoro źródło i tak istnieje, to coś tam sobie z niego zaczerpniemy. To jak rozgrzeszenie, choć trochę na wyrost.
Pierwszą moją taką lekturą, czytanką daleko jeszcze niepełnoletniej dziewczynki (Poczytam sobie, mamo - klątwa domu pełnego książek na wyciągnięcie ręki) był Malowany ptak Jerzego Kosińskiego. Niestety, pamiętam ją do dzisiaj i chyba wtedy zupełnie straciłam serce do szkolnych rozważań z lekcji polskiego, czy cierpienie uszlachetnia czy może jednak upadla? Jednostka kontra totalitaryzm, dzieciństwo kontra świat odarty za złudzeń, życie kontra śmierć. Walka nierówna, bez szans właściwie ale najgorsze jest, że ona trwa, choć z góry skazana na klęskę. Tak naprawdę ta jedna książka Kosińskiego starczyłaby za wszystkie szkolne lektury obowiązkowe tematyzujące wydarzenia wieku XX i jeszcze kilka innych.
Albo taki Bidul Mariusza Maślanki... Nawet jeśli do świadomości najpóźniej po przeczytaniu blurba przedziera się fakt, że to niestety powieść na wskroś autobiograficzna, to jednak zawsze można pocieszyć się, bo przecież tamte czasy były, tamten system i tamte społeczeństwo a teraz jest już zupełnie inaczej. Tak. Zupełnie. Na pewno. Amen.
No więc poza takimi dość już ciężkostrawnymi tytułami są jeszcze inne, zupełnie odbierające czytelnikowi strefę komfortu pod tytułem: to jest fikcja. Książki, które szafują datami, nazwiskami i nazwami geograficznymi. Wszystko ma swoje realne umiejscowienie w czasie i przestrzeni. Niestety. Można sobie wygooglować, w Wikipedii sprawdzić, ewentualnie na Youtube pooglądać.
Pamiętacie Jedwabne? Miejscowość jak sto tysięcy innych, a jednak piętno i choćby nie wiadomo jak chciałoby się zapomnieć, przemilczeć i zakrzyczeć, to już na zawsze pozostanie w naszej świadomości jak Kainowe zmamię. Paradoksalnie zaczęło się wcale nie od początku, ale od książki Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi: Historia zagłady żydowskiego miasteczka, pracy historyka, który opierając się na świadecwie ocalałego z pogromu w Jedwabnem Wasersztejna oraz na dokumentacji procesu sądowego z 1949 roku w całkiem jeszcze świeżym, ledwo co rozpoczętym XXI wieku skonfrontował polskie społeczeństwo z jego przeszłością w roli oprawcy, nie ofiary. Lawina ruszyła, batalia na żródła, pamięć i autorytety została rozpoczęta, ekshumowliśmy najbardziej skrywane trupy polskiej historii, choć trupów widziała nasza historia niemało. Grossowi można zarzucić pewne braki w warsztacie historycznym, jakieś niesprawdzone liczby ale swoją niewielką książeczką sprawił, że zaczęliśmy mówić tym, co, przez dziesięciolecia było zupełnie przemilczane. Powiedzmy sobie szczerze, że przeciętnie wykształcony i socjalizowany Polak zarzucony zostaje w wieku szkolnym literaturą wojny i zagłady od Aleksandra Kamińskiego, przez Tadeusza Borowskiego, Zofię Nałkowską po Andrzeja Szczypiorskiego. Skutek? To, co miało na celu uwrażliwiać z biegiem czasu paradoksalnie doprowadziło do uodpornienia. W zasadzie nic ne jest w stanie już szokować, nic bardziej poruszyć. Muzeum obozu zagłady Auschwitz zaliczone. Tak mi się przynajmniej zdawało. Do czasu. A konkretniej mówiąc, do czasu przeczytania książki Anny Bikont (tak, tej samej, która jest współautorką świetnej biografii Wisławy Szymborskiej Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny). My z Jedwabnego. Kupiłam wydanie z 2012 roku, zaktualizowane, poprawione, a więc ukończone ponad dekadę po publikacji Sąsiadów Grossa i, przysięgam: jeszcze nigdy nie było mi tak ciężko przeczytać książki. 581 stron katorgi, czasem naprawdę trzeba się zmusić, żeby odwrócić kartkę, czasem ból staje się wręcz fizyczny. I niedowierzanie. To naprawdę dzieje się w środku Europy? W roku 2012? W szkołach, urzędach i kościołach? Anna Bikont musiała jeszcze bardziej cierpieć pisząc tę monografię. Cierpienie jest wszechobecne, paraliżuje. I nie chodzi już o to, co stało się wtedy, o relacje śwadków, w końcu Auschwitz zaliczony, ale o wrażliwość naszego społeczeństwa dzisiaj, o stan świadomości i gotowość do empatii. Tę książkę powinien przeczytać każdy Polak, każdy katolik, każdy człowiek a potem stanąć przed lustrem i spróbować spojrzeć sobie w oczy. Może się uda. Może...
Ale co tam Holocaust! Nie żyją już nawet ci, którzy przeżyli, tak samo jak ich oprawcy. Nie ma dziadka z Wehrmachtu, Anny Frank, ani większości sprawiedliwych wśród narodów, rabbiego i szmalcownika, nie ma Willego Brandta, który ukląkł, ani milionów innych, którzy byli obok lecz niczego nie widzieli. Z bezpiecznej perspektywy czasu dzielimy nazwiska na dobre i złe, takie, które zabijały albo same zostały zabite. Dawno temu w każdym razie.
A ja się pytam, jak wam mijały lata 90-te? I w szczególności, czy pamiętacie ciepły lipiec 1995 roku? Może znajdą się jakieś zdjęcia z wakcji...? Dokopuję się do najważniejszych wydarzeń tamtych lat i już na pierwszy rzut oka, widać, że ludzkość stawiała krok do przodu, by zaraz znów się cofnąć... Podczas kiedy traktaty podpisane w Maastricht ureanialniają wizję Unii Europejskiej, na terenie byłych Niemiec wschodnich płonie pierwszy dom azylanta... Kiedy w RPA Nelson Mandela zostaje pierwszym czarnoskórym prezydentem i kończy się era Apartheidu, na tym samym kontynencie w ciągu niespełna czterech miesięcy bezczynnści ONZ plemię Hutu zabija z nieopisaną brutalnością okołą miliona plemieńców Tutsi (co zresztą ma swój początek w rasistowskiej polityce belgiskich kolonizatorów). I właśnie równo 50 lat później, kiedy świat wzrusza się Listą Schindlera Stevena Spielberga, nakręconą punktualnie na Międzynarodowy Rok Pamięci Ofiar II Wojny Światowej, wydarzenia na Bałkanach osiągają masę krytyczną. W Europie. Na oczach całego świata. W obecności mediów. Dosłownie pod nosem holenderskiej jednostki sił ochronnych ONZ. Srebrenica - kiedyś wydobywało się tam srebro, aktualnie nadal zwłoki, setki, tysiące zwłok. Czasem dziwię się, jak możemy jako Europejczycy funkcjonować z tą świadomością, dlaczego pozwoliliśmy na to, co się stało? Mimo tylu lektur obowiązkowych zadanych przez historię. Dzisiaj każdego polityka, inteligenta, społecznika pytam: Pamiętacie lato 1995? Gdzie wtedy byliście? Skąd bierze się siła, by czuć się autorytetem, a skąd brak poczucia odpowiedzialności? Jaki dystans, ile granic i stref czasowych jest w stanie rozgrzeszyć? Jak można spać spokojnie, wiedząc? Także literatura po prostu nie mając wyjścia, próbuje zmierzyć się z tą nieodległą przeszłością, tak samo jak Thomas Mann po powrocie z emigracji m u s i a ł napisać Doktora Faustusa jako świadectwo upadku minionej epoki. Z bośniacką traumą ocalonego, więc kogoś, kto ostatecznie uratował siebie tracąc jednocześnie wszystkich znanych, bliskich i kochanych, tracąc dom i swoje miejsce na świecie, tożsamość i poczucie własnej wartości, zmierzył się Emir Suljagić w Pocztówkach z grobu. Chyba podaruję sobie stwierdzenie, że jest to świadectwo dość dosadne. Z innej perspektywy doświadczenia i czasu pisze o wydarzeniach w byłej Jugosławii Wojciech Tochman (Jakbyś kamień jadła), pisze, a właściwie rejstruje sprawozdania bośniackich Trümmerfrauen: antropolożki składającej układankę kości w całość szkieletu, córek, matek i żon nie istniejących, bo ani nie żywych, ani oficjalnie jeszcze nie zmarłych ojców, synów i mężów. Siła tego krótkiego przekazu kobiet znad grobów, mogił zbiorowych lub plasikowych body bags (w zależności od etapu żałoby) jest niesamowita, porażająca aż do bólu.
Niech boli. Powinno.
![]() |
| Zdjęcie przedstawia ocaloną ze Srebrenicy muzułmańską Bośniaczkę Sehidę Abdurahmanovic na cmentarzu centrum pamięci ofiar czystki etnicznej w Srebrenicy, 31.03.2010. Autor zdjęcia: Elvis Barukcic |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz