piątek, grudnia 15, 2017

Czytać aż do bólu

Czytanie, zwłaszcza regularne, jest chyba przejawem hedonizmu, pomijając może czytanie nocne połączone z wczesnym wstawaniem, tutaj ocieramy się o masochizm... Ale generalnie chodzi o to, żeby wyrwać się z tu i teraz i przenieść w inny wymiar, taki, w którym dzieje się coś, czego brakuje nam w realnym życiu. I jeśli prawdą jest, że wnętrze torebki rzutuje na stan psychiki jej właściciela płci dowolnej (niestety według Internetu podobnie ma się rzecz z autem, stanem obuwia, uzębienia, paznokci i kto czego się tam jeszcze dopatrzy), to co dopiero pozwolić zlustrować komuś zawartość domowych regałów?! Teoretycznie lepiej wpuścić obcego do sypialni. U nas pod względem książek to chyba rzeczywiście najmniej intymne pomieszczenie w całym mieszkaniu...
Nie jest w takim razie odkrywczym stwierdzenie, że czytamy dla przyjemności, prawda? A jednak istnieją wokół nas książki, których czytanie uwiera, boli. Fundują mentalny nokaut i niełatwo się po nim podnieść. Najgorsze są te, które nawet nie próbują chronić odbiorcy fikcją literacką. Tych drugich jest zresztą najwięcej. Nie smuć się, to się nazywa beletrystyką, twórczym wymysłem, a że najpierw wymyśliło akcję życie, to trudno, nic na to nie poradzimy, skoro źródło i tak istnieje, to coś tam sobie z niego zaczerpniemy. To jak rozgrzeszenie, choć trochę na wyrost.
Pierwszą moją taką lekturą, czytanką daleko jeszcze niepełnoletniej dziewczynki (Poczytam sobie, mamo - klątwa domu pełnego książek na wyciągnięcie ręki) był Malowany ptak Jerzego Kosińskiego. Niestety, pamiętam ją do dzisiaj i chyba wtedy zupełnie straciłam serce do szkolnych rozważań z lekcji polskiego, czy cierpienie uszlachetnia czy może jednak upadla? Jednostka kontra totalitaryzm, dzieciństwo kontra świat odarty za złudzeń, życie kontra śmierć. Walka nierówna, bez szans właściwie ale najgorsze jest, że ona trwa, choć z góry skazana na klęskę. Tak naprawdę ta jedna książka Kosińskiego starczyłaby za wszystkie szkolne lektury obowiązkowe tematyzujące wydarzenia wieku XX i jeszcze kilka innych.
Albo taki Bidul Mariusza Maślanki... Nawet jeśli do świadomości najpóźniej po przeczytaniu blurba przedziera się fakt, że to niestety powieść na wskroś autobiograficzna, to jednak zawsze można pocieszyć się, bo przecież tamte czasy były, tamten system i tamte społeczeństwo a teraz jest już zupełnie inaczej. Tak. Zupełnie. Na pewno. Amen.
No więc poza takimi dość już ciężkostrawnymi tytułami są jeszcze inne, zupełnie odbierające czytelnikowi strefę komfortu pod tytułem: to jest fikcja. Książki, które szafują datami, nazwiskami i nazwami geograficznymi. Wszystko ma swoje realne umiejscowienie w czasie i przestrzeni. Niestety. Można sobie wygooglować, w Wikipedii sprawdzić, ewentualnie na Youtube pooglądać.
Pamiętacie Jedwabne? Miejscowość jak sto tysięcy innych, a jednak piętno i choćby nie wiadomo jak chciałoby się zapomnieć, przemilczeć i zakrzyczeć, to już na zawsze pozostanie w naszej świadomości jak Kainowe zmamię. Paradoksalnie zaczęło się wcale nie od początku, ale od książki Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi: Historia zagłady żydowskiego miasteczka, pracy historyka, który opierając się na świadecwie ocalałego z pogromu w Jedwabnem Wasersztejna oraz na dokumentacji procesu sądowego z 1949 roku w całkiem jeszcze świeżym, ledwo co rozpoczętym XXI wieku skonfrontował polskie społeczeństwo z jego przeszłością w roli oprawcy, nie ofiary. Lawina ruszyła, batalia na żródła, pamięć i autorytety została rozpoczęta, ekshumowliśmy najbardziej skrywane trupy polskiej historii, choć trupów widziała nasza historia niemało. Grossowi można zarzucić pewne braki w warsztacie historycznym, jakieś niesprawdzone liczby ale swoją niewielką książeczką sprawił, że zaczęliśmy mówić tym, co, przez dziesięciolecia było zupełnie przemilczane. Powiedzmy sobie szczerze, że przeciętnie wykształcony i socjalizowany Polak zarzucony zostaje w wieku szkolnym literaturą wojny i zagłady od Aleksandra Kamińskiego, przez Tadeusza Borowskiego, Zofię Nałkowską po Andrzeja Szczypiorskiego. Skutek? To, co miało na celu uwrażliwiać z biegiem czasu paradoksalnie doprowadziło do uodpornienia. W zasadzie nic ne jest w stanie już szokować, nic bardziej poruszyć. Muzeum  obozu zagłady Auschwitz zaliczone. Tak mi się przynajmniej zdawało. Do czasu. A konkretniej mówiąc, do czasu przeczytania książki Anny Bikont (tak, tej samej, która jest współautorką świetnej biografii Wisławy Szymborskiej Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny). My z Jedwabnego. Kupiłam wydanie z 2012 roku, zaktualizowane, poprawione, a więc ukończone ponad dekadę po publikacji Sąsiadów Grossa i, przysięgam: jeszcze nigdy nie było mi tak ciężko przeczytać książki. 581 stron katorgi, czasem naprawdę trzeba się zmusić, żeby odwrócić kartkę, czasem ból staje się wręcz fizyczny. I niedowierzanie. To naprawdę dzieje się w środku Europy? W roku 2012? W szkołach, urzędach i kościołach? Anna Bikont musiała jeszcze bardziej cierpieć pisząc tę monografię. Cierpienie jest wszechobecne, paraliżuje. I nie chodzi już o to, co stało się wtedy, o relacje śwadków, w końcu Auschwitz zaliczony, ale o wrażliwość naszego społeczeństwa dzisiaj, o stan świadomości i gotowość do empatii. Tę książkę powinien przeczytać każdy Polak, każdy katolik, każdy człowiek a potem stanąć przed lustrem i spróbować spojrzeć sobie w oczy. Może się uda. Może...
Ale co tam Holocaust! Nie żyją już nawet ci, którzy przeżyli, tak samo jak ich oprawcy. Nie ma dziadka z Wehrmachtu, Anny Frank, ani większości sprawiedliwych wśród narodów, rabbiego i szmalcownika, nie ma Willego Brandta, który ukląkł, ani milionów innych, którzy byli obok lecz niczego nie widzieli. Z bezpiecznej perspektywy czasu dzielimy nazwiska na dobre i złe, takie, które zabijały albo same zostały zabite. Dawno temu w każdym razie.
A ja się pytam, jak wam mijały lata 90-te? I w szczególności, czy pamiętacie ciepły lipiec 1995 roku? Może znajdą się jakieś zdjęcia z wakcji...? Dokopuję się do najważniejszych wydarzeń tamtych lat i już na pierwszy rzut oka, widać, że ludzkość stawiała krok do przodu, by zaraz znów się cofnąć... Podczas kiedy traktaty podpisane w Maastricht ureanialniają wizję Unii Europejskiej, na terenie byłych Niemiec wschodnich płonie pierwszy dom azylanta... Kiedy w RPA Nelson Mandela zostaje pierwszym czarnoskórym prezydentem i kończy się era Apartheidu, na tym samym kontynencie w ciągu niespełna czterech miesięcy bezczynnści ONZ plemię Hutu zabija z nieopisaną brutalnością okołą miliona plemieńców Tutsi (co zresztą ma swój początek w rasistowskiej polityce belgiskich kolonizatorów). I właśnie równo 50 lat później, kiedy świat wzrusza się Listą Schindlera Stevena Spielberga, nakręconą punktualnie na Międzynarodowy Rok Pamięci Ofiar II Wojny Światowej, wydarzenia na Bałkanach osiągają masę krytyczną. W Europie. Na oczach całego świata. W obecności mediów. Dosłownie pod nosem holenderskiej jednostki sił ochronnych ONZ. Srebrenica - kiedyś wydobywało się tam srebro, aktualnie nadal zwłoki, setki, tysiące zwłok. Czasem dziwię się, jak możemy jako Europejczycy funkcjonować z tą świadomością, dlaczego pozwoliliśmy na to, co się stało? Mimo tylu lektur obowiązkowych zadanych przez historię. Dzisiaj każdego polityka, inteligenta, społecznika pytam: Pamiętacie lato 1995? Gdzie wtedy byliście? Skąd bierze się siła, by czuć się autorytetem, a skąd brak poczucia odpowiedzialności? Jaki dystans, ile granic i stref czasowych jest w stanie rozgrzeszyć? Jak można spać spokojnie, wiedząc? Także literatura po prostu nie mając wyjścia, próbuje zmierzyć się z tą nieodległą przeszłością, tak samo jak Thomas Mann po powrocie z emigracji m u s i a ł napisać Doktora Faustusa jako świadectwo upadku minionej epoki. Z bośniacką traumą ocalonego, więc kogoś, kto ostatecznie uratował siebie tracąc jednocześnie wszystkich znanych, bliskich i kochanych, tracąc dom i swoje miejsce na świecie, tożsamość i poczucie własnej wartości, zmierzył się Emir Suljagić w Pocztówkach z grobu. Chyba podaruję sobie stwierdzenie, że jest to świadectwo dość dosadne. Z innej perspektywy doświadczenia i czasu pisze o wydarzeniach w byłej Jugosławii Wojciech Tochman (Jakbyś kamień jadła), pisze, a właściwie rejstruje sprawozdania bośniackich Trümmerfrauen: antropolożki składającej układankę kości w całość szkieletu, córek, matek i żon nie istniejących, bo ani nie żywych, ani oficjalnie jeszcze nie zmarłych ojców, synów i mężów. Siła tego krótkiego przekazu kobiet znad grobów, mogił zbiorowych lub plasikowych body bags (w zależności od etapu żałoby) jest niesamowita, porażająca aż do bólu.

Niech boli. Powinno. 



Zdjęcie przedstawia ocaloną ze Srebrenicy muzułmańską Bośniaczkę
Sehidę Abdurahmanovic na cmentarzu centrum pamięci ofiar czystki etnicznej
w Srebrenicy, 31.03.2010. Autor zdjęcia: Elvis Barukcic

czwartek, grudnia 14, 2017

Lektury Małej Mi: Najulubieńsze, czyli inspiracji przedświątecznych cz. II i ostatnia

Książki książkami, a życie po swojemu realizuje plany na codzienność i tak, między ostatnim a dzisiejszym postem rozwinęła się nam mała domowa wojna na wirusy, w której największymi przegranymi są, tradycyjnie, rodzice. Pokonani zupełnie niespektakularnie przez niewyspanie oraz zarazki bliżej niezidentyfikowane przywleczone z przedszkola (teza własna) i przekazane przez kochające dzieci do dalszego pomnażania.
Tak sobię mnożę i dzielę, a przy okazji przemycam ciąg dalszy aktualnych bestsellerów wydawniczych wg. Bobka i Małej Mi.



6. Mały żółty i mały niebieski Leo Lionni


Można zastanawiać się nad ewenementem sukcesu tej skromnej książki. Skromnej, bo cechuje ją pod każdym względem dość nietypowy dla literatury dziecięcej minimalizm, przede wszystkim ilustracji. Można nadal tego ewenementu nie rozumieć, jednak dzieci fascynuje taka forma abstrakcji. Uniwersalizm samej historii sprawia, że nie ma też wskazania wiekowego  potencjalnego odbiorcy, albo raczej, nie ma jakiegokolwiek przeciwwskazania - każdy wyniesie z tej opowiastki coś dla siebie. Mała Mi wyjaśnia mi z przekonaniem, że ten kleks to mama a tamten to tata, a to tutaj.... I znów ludzka wyobraźnia okazuje się być najważniejszym atrybutem czytelnika...


7. Kicia Kocia czyli dziecięce alter ego




Anita Głowińska rozwiązała problem (rodziców) dwuletnich moli książkowych, czyli znalazła idealną receptę na stosunek ilości tekstu do ilustracji i stworzyła książeczki dla dzieci, którym zaczyna się czytać, zamiast pokazywać obrazki. Do tego łatwo identyfikować się z kotką (na szczęcie wizualnie znośniejszą od Hello Kitty...), która albo idzie do przedszkola, albo mówi nie, albo jest chora, a czasem nawet jedzie nad morze... czyli przeżywa to samo, co dzieci. Wiadomo: wiwisekcja własnych emocji i doświadczeń fascynuje każdego.  Przy okazji tekst jest prosty ale nie toporny, choć i tutaj sporo dydaktycznego frazesu.



8. Przenosiny Arthura Geiserta




Póki co, drugi tytuł wydawanej przez Zakamarki serii Historia bez słów. Najwyraźniej połączenie monochromatycznej szaty graficznej z całkiem poważną historią tak absorbuje moje dzieci. Przejmując rolę narratora sami dozujemy stopień grozy opowieści o mieszkańcach wyspy, która zostaje zniszczona w wyniku wybuchu wulkanu. Ja osobiście najbardziej lubię zmianę perspektywy: coś powszechnego i wręcz niepożądanego tutaj jest największym szczęściem... 


9. Wanda Chotomska Bajki z 1001 dobranocy




Tak! Mój prywatny sukces wychowawczy (a jako, że są one raczej nieliczne, każdy jeden na wagę złota!): udało mi się rozkochać potomstwo w klasykach polskiej literatury dzieciecej.  A nie byłoby tego pojęcia bez twórczości niedawno zresztą zmarłej a piszącej do końca Wandy Chotomskiej. Apeluję do wszystkich czytających rodziców kolejnej generacji: zapoznajcie dzieciaki z Janem Brzechwą, Julianem Tuwimem, Wandą Chotomską, Małgorzatą Musierowicz, Danutą Wawiłow i... z Rusinkiem i Butenko i z Bechlerową... i jeszcze ze dwoma tuzinami innych polskich autorów dziecięcych współpracujących niegdyś ze Świerszczykiem, Płomyczkiem, czy Misiem (rety, jak ja kochałam jako dziecko te magazyny!). Najlepiej odkurzyć książeczki z serii Poczytaj mi, mamo, ewentualnie nabyć reprinty Naszej Księgarni poskładane w tomy, bo wszyscy wspominani autorzy mieli swój wkład w powstawaniu tego zbioru, który już od pokoleń jest nieodłączną częścią polskiego dziedzictwa kulturowego. 





10. (naprawdę) Wielka księga robali Yuval Zommer





Książka jest, jak sam tytuł obiecuje, rzeczywiście spora, tak, że zwłaszcza otwarta przykrywa sobą Bobka prawie całkowicie. Poza tym w całości traktuje o czymś, za czym ani dzieci ani dorośli specjalnie nie przepadają, a co tytuł formułuje dość dosadnie...  A tutaj, proszę: piękne ilustracje uzupełnione ciekawymi informacjami i okazuje się, że robale w gruncie rzeczy aż takie okropne nie są! Już po pierwszej, chociaż dość pobieżnej lekturze, Bobek zaczął głaskać mrówki i pomniejsze pająki...  Jeśli więc nie jako lektura dla początkującego entomologa, to przynajmniej jest to miła alternatywa do książek o niedźwiadkach i innych powszechnie faworyzowanych zwierzętach.


Tak się ma nasza aktualna na potrzeby bq dość okrojona lista ulubionych książek i sama jestem ciekawa, jak będzie wyglądała za rok...

wtorek, grudnia 05, 2017

Lektury Małej Mi: Najulubieńsze, czyli inspiracji przedświątecznych cz. I

Stanęłam dziś przed naszą domową biblioteczką literatury dziecięcej - to w aspekcie czysto fizycznym - a jednocześnie przed zadaniem opracowania listy wydawniczych bestsellerów według  Małej Mi i Bobka. Takie nasze umowne aktualne the-best-of bardzo jeszcze nieletnich i niepiśmiennych miłośników książek... A jako, że wspomniana biblioteczka w dniu dzisiejszym wyglada tak:



... nie jest to wcale zadanie łatwe. Niestety równie trudno wyzbyć się projekcji rodzicielskich przekonań (także co do lektur) na własne dzieci, bo póki co, są one w swoim pierwotnym analfabetyźmie zdane na łaskę czytającej po polsku mamy, a ja czasem naginam ten status do własnych książkowych preferencji... Tym razem jednak ograniczam się do minimalnej roli medium i to, co zaraz nastapi, jest absolutnie subiektywną listą lektur aktualnie namiętnie czytanych\wysłuchiwanych\oglądanych  przez dwójkę dzieci w zakresie wiekowym od prawie trzech do czterech i pół lat.

1. Basia, Franek i reszta świata czyli Wielka księga przygód Basi i Franka Zofii Staneckiej  


Naprawdę niekwestionowany numer jeden pośród lektur moich dzieci i to już od kilku dobrych miesięcy. Zaczęło się od Księgi przygód Basi i Franka, która swoimi bardzo krótkimi i przystępnymi w tematyce historyjkami  pasjonuje już półtoraroczne maluchy. Kiedy dzieci wyuczą się całej książki na pamięć, można z czystym sumieniem przejść do kolejnych przygód, nieco już dłuższych i jednocześnie bardziej rozbudowanych w kwestii fabuły i narracji. Na szczęście czytanie o Basi i Franku sprawia przyjemność także osobie czytającej (patrz: medium). Poza tym chwała Mariannie Oklejak za bardzo pomysłową szatę graficzną (fantastyczna gra perspektywą!). A tym, co wyróżnia książki Zofii Staneckiej spośród innych wydawniczych pozycji jest fakt, że nie opowiadają one historii kolejnej pary przyjaciół, których relacje, jako, że zaistniałe z wyboru są zwykle harmonijne. O nieee, nic z tych rzeczy: Basia i Franek są rodzeństwem, więc chcąc nie chcąc muszą się jakoś dogadywać, z czym różnie bywa. Poza tym mają jeszcze starszego brata, który to fakt jednoczy naszych bohaterów, tatę spędzającego zdecydowanie zbyt wiele czasu w szpitalu (gdzie na szczęście tylko pracuje) oraz mamę, która stara się być czasem także bytem niezależnym a wtedy zwykle przykleja się do laptopa. Jest jeszcze żółw Kajetan... ale co Wam będę gadać... Epizody z życia Franka i Basi opowiedziane dowcipnie, miłym dla dorosłego i równocześnie zrozumiałym dla dziecięcego ucha językiem są kopalnią domorosłych mądrości życiowych...

2. Magia zimowych wieczorów czyli Skrzat nie śpi Astrid  Lindgren z ilustracjami Kitty Crowther


Właściwie klasyka literatury dziecięcej, jak wszystko inne, co wyszło spod pióra Astrid Lindgren (patrz także punkt czwarty). Cieszę się, że moje dzieci podzielają zamiłowanie do literatury skandynawskiej. Piękna, wręcz magiczna wersja opowieści o szwedzkim dziedzictwie narodowym w postaci skrzata Tomtena, do tego ładnie zilustrowana. Czytając tę historię zawsze udziela mi się podniosły nastrój. Dzieci też słuchają jak zahipnotyzowane. Lektura jak znalazł na zimowy wieczór rozświetlony lampkami choinkowymi...


3. Ulica Czereśniowa Rotraut Susanne Berner wiecznie żywa 



Tak, Rotraut Susanne Berner, potrafi nie tylko ilustrować, ale i pisać książki dla dzieci. Seria o mieszkańcach ulicy Czereśniowej jest klasycznym niemieckim Wimmelbuch (nieco więcej informacji na ten temat znajdziesz klikając tutaj), zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że te książki czynią ich autorkę najgodniejszą następczynią Ali'ego Mitgutscha, ale sama w sobie pełna jest nawiązań do innych postaci stworzonych przez R.S. Berner. Bez wielkiego wysiłku (ba, nawet bez okularów!) znaleźć można przykładowo uszatego Karolka (czyli jeszcze nie przetłumaczonego na język polski Karlchen). W ogóle dopiero z czasem doszło do mnie, jak dynamiczne są rysunki Berner; na ulicy Czereśniowej naprawdę ciągle coś się dzieje i wydarzenia łączą ze sobą nie tylko kolejne strony ale i tomy. Dzieciom takie odkrywanie nowych wątków sprawia dużą satysfakcję. Na prawdziwych insider'ów czekają dodatkowo tematyczna książka kucharska (którą z czystym sumieniem mogę polecić), śpiewnik, słownik itd. Aha, aktualnie jest też do kupienia kalendarz adwentowy (zdobiący zresztą naszą kuchnię).



4. Hałasowo czyli osada Bullerbyn Astrid Lindgren




Lotta z ulicy Awanturników, Pipi Pończoszanka a nawet Emil ze Smalandii nie są moim dzieciakom obcy, żeby nie powiedzieć, że są jak najbardziej znani, ale dzieci z Bullerbyn Mała Mi uwielbia najbardziej i już w wieku niespełna trzech lat wszystkim chcącym słuchać zaczynała wyliczać na paluszkach: Lasse, Bosse, Lisa....skrupulatnie wymieniając każdego z siedmiu małych mieszkańców Zagród Północnej, Środkowej i Południowej, no, może czasem zapominając tylko o małej siostrzyczce Olle'go. Ze względu na Bobka sięgnęliśmy po bogato ilustrowaną (Ilon Wikland) serię wydawnictwa Zakamarki. Sława przygód dzieci z Bullerbyn wiecznie żywa! Ciekawie tym razem odkryć je na nowo z perspektywy rodzica... I pewnie podczas czytania i innym dorosłym, podobnie jak mnie, z twarzy nie schodzi uśmiech. Teraz rozumiem, skąd uAstrid Lindgren te fantastyczne zmarszczki mimiczne... 




5. Jeden dzień czyli słownik języka polskiego dla najmłodszych wg Aleksandry i Daniela Mizielińskich




Książki tej pary są fenomenem na skalę światową  i z dumą stwierdzam, że nie może zabraknąć ich w żadnej cieszącej się estymą księgarni niezliczonych państw  Europy i świata. To w ostatnich latach bodajże nasz największy międzynarodowy sukces wydawniczy. Zaczęło się od Map, które zresztą zapoczątkowały modę na wszelkie bogate graficznie atlasy dla dzieci. Od dłuższego czasu kibicuję wydawnictwu Dwie Siostry, jak i samym autorom, bo myślę, że to właśnie im w dużej mierze zawdzięczamy powiew świeżości na polskim rynku wydawniczym literatury dziecięcej. Mała Mi i jeszcze mniejszy Bobek uwielbiają ilustracje Mizielińskich i każda kolejna książka staje się na jakiś czas tą ulubioną. Jeden dzień to tytuł dla tych najmłodszych czytelników, co objawia się także w tym, że ciężko tę książkę podrzeć czy pogryźć... Jeśli chodzi o treść, jest to niekwestionowane kompendium wszystkiego, co najmłodszym jest drogie i niezbędne do życia... Moje dzieciaki często przychodzą z życzeniem, abym odpytywała je z obrazków. Stanęło na tym, że bawimy się w opisywanie tego, co składa się na Jeden dzień w trzech językach i chyba wszyscy mamy przy tym, z niemiecka rzecz ujmując, frajdę.


cdn.


poniedziałek, grudnia 04, 2017

Ości zostały rzucone

Może co mniej uważnemu czytelnikowi prawie by nie podpadło... Znowu grudzień, niemal dokładnie dwa lata później... Próba reaktywacji bq, czas pokaże, na ile udana. Tak się jakoś złożyło, że... zupełnie przypadkowo... przeczytałam książkę (niezupełnie pierwszą od dwóch lat, ale od czegoś trzeba zacząć...) i znów jestem tutaj. Aż dziwnie... klimat jak u Zafóna... istne cmentarzysko zapomnianych książek. Kilka postów czekających na edycję. O dziwo ktoś tu od czasu do czasu zagląda, pewnie gubiąc się w html-owym labiryncie, bo moi wcześniejsi nieliczni choć wierni czytelnicy (w tym ci bliżej niezidentyfikowani zza oceanu) dawno poszukali sobie jakiejś aktualniejszej czytelniczej rozrywki, czego bynajmniej nie mam im za złe.
Grunt, że czytają.
Ciekawe, czy czytają też książki Ignacego Karpowicza?.. A jeśli tak, to Cud, czy Sońkę, czy może Ości, które je właśnie czytać skończyłam? Książki Karpowicza za każdym razem czyta się inaczej, jakby były zrodzone ze schizofrenicznego pisarskiego umysłu, nie przystając do siebie nawzajem. Może zresztą jest to ich największą zaletą. Te Ości strasznie są zresztą irytujące, tak w sensie dosłownym, ani ich przełknąć, ani wypluć do końca nie można. Strasznie uwiera recepta na szczęście poza uświęconym związkiem małżeńskim, co gorsza, przy obopólnej akceptacji, albo, za przeproszeniem, gej katolicki  (a niech to! Może to zresztą jakiś w ogóle niedopuszczalny w języku polskim związek frazeologiczny.) Albo jeszcze gorzej; intlektualna feministka w łóżku z facetem (niestety..., okazuje się, że naprawdę nikt nie jest idealny...) łysym, choć nie z wyboru, muskularnym, to już tak, macho. I kto, do jasnej cholery, może pozwolić sobie na opisywanie rozmów (sic!) dojrzałęj kobiety w pełni sił witalnych i nieco nadszarpniętych ale jednak stabilnych umysłowych z tchórzofretką?!? Ignacy Karpowicz, jak widać, może. Bez szwanku dla pisarskiej reputacji. I co ciekawsze, nie został, o ile mi wiadomo, ani ekstradowany, ani ekskomunikowany. Skandal. I bardzo dobra książka.

środa, grudnia 16, 2015

Adwentowe słabostki

Na przekór tej całej końcoworocznej bieganinie w grudniu moja codzienność nieco zwalnia: jakoś mniej mi się chce... i dni coraz krótsze... Podczas adwentu wieczorami zapalamy wszelkie możliwe światełka i świeczki i to nastraja bardziej romantycznie, co zwykle przekłada się na moje lektury, ba, nawet na filmy. Co roku zamiast Kevina samego gdziekolwiek oglądamy z A. Love actually, jedną z niewielu komedii romantycznych, do których warto, moim zdaniem, powrócić. Potem przychodzi czas na słuchanie Joni Mitchell i wreszcie na jakąś dobrą książkę, która chwyci za serce i albo je pokrzepi albo roztrzaska na kawałki. Takie moje adwentowe słabości to w tym roku Villette Charlotte Brontë, powieść, o której mówi się, że jest prekursorem strumienia świadomości na długo przed literaturą Wirginii Wolf (o której koniecznie musimy tutaj jeszcze porozprawiać, choć już nie w tym roku) i jest rzeczywiście chyba najbardziej dojrzała z wszystkiego, co do tej pory autorstwa Ch. Brontë czytałam. A poza tym... Pamiętacie jeszcze zeszłoroczną książkę pod choinkę?... Tak!! Nowy tomik Jeżycjady już w księgarniach i co o wiele ważniejsze, już w mojej domowej biblioteczce. Nie mam nic przeciwko, jeśli Małgorzata Musierowicz zechce zrobić z tego wydawniczego interwału tradycję: kolejna porcja borejkowych perypetii na coroczne Mikołajki. I niech sobie krytykują, że staromodna i zachowawcza, a ja cieszę się jak dziecko na tę wspaniałą rodzinę, na ich kulturalne życie, na wszechobecność mądrych książek no i na te szczere porywy serc kolejnych generacji sympatycznych rudzielców (uogólniając). Ad rem (Że też na studuach tak bardzo obrzydzili mi łacinę!) - jak powiedziałby senior Borejko - to chyba więcej niż feblik, to takie czytanie, od którego robi się człowiekowi bardzo ciepło nawet wtedy, gdy marzną stopy i wszystko dookoła straszy ponurą szarością.

I jeszcze ilustracja Małgorzaty Musierowicz dla podkolorowania adwentowego nastroju:


Projekt okładki na Noelkę. Źródło: www. musierowicz.com.pl


środa, września 09, 2015

Historia, która wciąż wraca

Zdawałoby się, że o holocauście napisano już wszystko, zwłaszcza w obliczu faktu, że nawet i jego najmłodsze ofiary, którym udało się przeżyć, powoli i nieodwołalnie odchodzą, zabierając ze sobą tamte traumatyczne doświadczenia, a przede wszystkim żywą pamięć o nich. A jednak.
Wracam do tego tematu cyklicznie, bo myślę, że to moje zadanie, niechlubna część mojej europejskiej tożsamości, coś, o czym nie wolno mi milczeć ani zapomnieć.

A przy okazji lubię czytać to, co napisała Lidia Ostałowska, aby zrewidować własny punkt widzenia, czasem zastanowić się nad czymś, o czym pewnie nawet by się nie pomyślało.
Więc Żyd, Cygan i inni tacy podludzie...
Ostałowska przywraca im w swojej książce Farby wodne indywidualną tożsamość, próbuje uratować z masowych grobów zapomnienia zatracony rys osobowości tamtych ludzi, tamtych czasów. Z drugiej strony stara się bez ogródek opisać pewne mechanizmy odrzucenia, wykluczenia, które stosuje społeczeństwo z bezwzględną gorliwością wobec słabszych, czyli tych, którzy nie chcą lub nie potrafią się bronić.
Fascynuje mnie, jak zwykle zresztą, uwikłanie pojedynczego człowieka w historię. O tym sporo będę pisała w kolejnych postach. I to, jakie niesamowite scenariusze pisze życie.
Mocną stroną książki Farby wodne jest mimo skromnej objętości jej szeroki horyzont. Można zaryzykować stwierdzenie, że pozornie nieistotne dygresje czynią ją tak bogatą i nadają kontekst. Bo jak się ma właściwie Disney'owska Królewna Śnieżka do hitlerowskiej zagłady? No, jak? A sztuka do udokumentowania masowej śmierci? Talent do odpowiedzialności? Własność do dziedzictwa wspólnoty? Jak oddzielić intymność od zależności od ogółu w czasach totalitarnych?
Nie ma (jednoznacznych) odpowiedzi, ale są te i inne ważne pytania, które warto sobie przynajmniej zadać patrząc w przeszłość, zanim pewni siebie zaczniemy oceniać wydarzenia dziejące się tu i teraz, do których z zasady brak nam dystansu.

Zastanawiające, jak bardzo rzucają się w oczy pewne analogie społecznościowe sprzed 60-dziesięciu, 70-dziesięciu lat do tematów bieżących: migracja, granice tolerancji. Zatrważające, jak bardzo wtedy i teraz upolityczniony był i jest los zwykłego człowieka chcącego po prostu żyć.
Urodzonego nie tam, gdzie trzeba i do tego w niezbyt dogodnym czasie.
Z metryką jak wyrok.
Śmierci.

czwartek, lipca 30, 2015

Kto potrafi opowiedzieć historię

Lato i urlop w rodzinnych stronach. Sielanka mimo problemów dopadających mailem, gdziekolwiek byś nie był. Wreszcie choć na kilka dni role się odwróciły i teraz to ja stołuję się u Mamy, byczę się, ujmując sytuację nieoględnie i korzystam bezwstydnie z urlopu tacierzyńskiego A. 
W ramach wielkiego planu czytelniczego napadłam na Empik i całe szczęście, że towarzyszył mi Bobek ze swoim wózkiem pojemnym jak torba Mary Poppins, bo sama nie wiem, jak dałabym radę donieść te łupy gdziekolwiek. Dość, że pani przy kasie nie kryła zdziwienia, że tyyyyle książek kupiłam. ("Ale pani zaszalała! I ma pani zamiar to wszystko przeczytać?!"- "Nie- uspokoiłam ją- literaturę dziecięcą (kupioną zresztą dla Małej Mi i Bobka) już przerobiłam.") Miałam ze sobą listę, więc teoretycznie wybierałam książki według planu, przynajmniej do czasu, kiedy zupełnie o tym planie zapomniałam. Ale niech żyje spontaniczność! (napisała mama dwójki maluchów, której dzień zaplanowany jest co do minuty...) 
Jednak do rzeczy... Elżbieta Cherezińska a raczej jej książka była częścią planu. Może tylko w ilości 1 zamiast 2. Bardzo spodobał mi się wywiad z nią w ostatnich Książkach. Taka pozytywna babka, widać, że z pasją robi to co lubi i potrafi, czyli pisze, a to już coś. I pełno jej wszędzie, czuć, że jej książki wpisały się w aktualne trendy czytelnicze. Czyżby nasza polska bardziej historyczna pani Martin? Może sięgając po  Grę w kości oczekiwałam zbyt wiele. Faktem jest, że po całkiem udanym początku z każdą kolejną stroną robiło się coraz nudniej i skończyłam lekturę niczym przysłowiowy mops do tego jeszcze rozczarowany. Szkoda, bo dobrze się zapowiadało i ogólnie rzecz biorąc nie można Cherezińskiej odmówić pewnego daru narracyjnego a do tego całkiem dobrze poradziła sobie ze stylistyką. Bo jak wciągnąć w akcję z czasu pierwszych Piastów, żeby brzmiało to wiarygodnie ale jednocześnie język nie raził sztucznością? Pod tym względem się udało, tylko niestety samej treści czegoś zabrakło, żeby całość była naprawdę dobrą książką. Niemożliwe, żeby było to kwestią samych wydarzeń, które autorka opisuje, więc europejskich sukcesji po władzę w Europie u schyłku pierwszego milenium, w tym naszych polskich Piastów i ich dążeń do stworzenia własnej państwowości. Mama mówi: Przeczytaj Dago!, ale ja się boję stracić sympatię do Nienackiego, takiego jakim od dziecka uwielbiałam go za Pana Samochodzika. Zamiast tego, sama powiem: Poczytajcie Jasienicę, naszego najwspółcześniejszego kronikarza, historyka ale i barda, którego książki czyta się jak wspaniałe gawędy o dawnych czasach. Paweł Jasienica łączył w sobie wiedzę z darem jej przekazywania, lekkość pióra z logicznym myśleniem. Myślę, że tacy jak on przywracają choćby i najdalszej przeszłości jej koloryt i żywotność.



środa, lipca 15, 2015

Lektury Małej Mi: Do biblioteki po (pomysł na) książkę


Mała Mi zakomunikowała mi dzisiaj: Mamoooo, idziemy do biblioteki!
Ostatecznie nie poszłyśmy bo pogoda paskudna, a jeszcze trzeba by Bobka jakoś dotaszczyć na sucho. Ale prawie pękłam z dumy, że moje dwuletnie dziecko z własnej woli chce iść do pozornie najnudniejszego z wyobrażalnych dla dziecka miejsc. Piszę "pozornie", bo w naszej bibliotece jest wydzielona i do tego bardzo przestronna część dla dzieci, wypełniona książkami, które maluchy do woli mogą zdejmować z półek, a do tego nikt nie wymaga od nich cichej kontemplacji lektury, więc, co tu dużo gadać, jest głośno. I tylko dzięki poczuciu przyzwoitości karnych rodziców daje się ten czytający żywioł jakoś ogarnąć.
Z założenia nie oszczędzamy na książkach i mamy to szczęście, że nie zmusza nas do tego sytuacja materialna. Fakt, że z czasm znowu brakuje miejsca na regale i potem miejsca na regał, ale póki co zawsze jakoś udawało się problem rozwiązać (czytaj: przeprowadzić się,  kiedy to szczerze przeklinam te ciężkie kartony bez końca). 
A jednak jest jakaś magiczna siła w bibliotekach, która przyciąga, jak widać, już od małego. Trywializując można po prostu stwierdzić, że jest książek w bibliotece po prostu więcej. Łatwiej znaleźć więc coś dla siebie. Dzieciom, podobnie jak dorosłym zresztą, ten wielki wybór wcale nie pomaga zdecydować się na coś konkretnego. Ale pozwala opatrzyć się z tematem, bez wyrzutów sumienia (które mam mimo wszystko w księgarni) rozczytać się na próbę, a wielu dzieciakom z domów innych niż tych wytapetowanych książkowymi regałami po prostu oswoić się z czytaniem.
W kwestii literatury dziecięcej za nieocenioną zaletę biblioteki uważam możliwość zweryfikowania, którą książkę nasze dziecko naprawdę lubi, bo jednak zawsze wybieramy trochę "pod siebie". I kiedy okaże się, że po trzech tygodniach to nadal miłość od deski do deski, można bez obiekcji zakupić sobie własny egzemplarz. Zachodzimy więc z Małą Mi do biblioteki po wspólne pomysły na codzienne czytanie.
Tak na przykład odkryłyśmy dla siebie serię Małej biblioteki dziecięcej Meyera (Meyer. Die kleine Kinderbibliothek) a w niej kapitalne książeczki z latarką, a dokładnie z kawałkiem białego papieru w kształcie latarki, który pomaga dzieciom zajrzeć np. do wnętrza ludzkiego ciała albo do norek zwierząt, lepiej przyjżeć się gwieździstemu niebu lub ciemnym wnętrzom grobowców faraonów... A wszystko to na kartach i foliach tych sprytnych książeczek.

Poza tym Mała Mi doświadcza w bibliotece misterium wypożyczania i oddawania... Dumnie podaje pani zza biurka swoją pierwszą kartę biblioteczną, o której sama mówi, że to jest jej bilecik i za zupełnie naturalne uznaje, że w zamian dostaje do domu kilka książek. A po miesiącu, kiedy dziwi się, że trzeba je jednak oddać, przekonuje ją do tego argument, że w zamian zabierze ze sobą coś nowego do poczytania. Kolejny etap na drodze socjalizacji małego mola książkowego...


Cudowny świat naszego ciała. Przykłądowy tytuł z serii
Meyer. Die kleine Kinderbibliothek. Książeczka z latarką.









poniedziałek, maja 04, 2015

Co się komu w kiszkach gra...

Bebechy na salonach, w dodatku literackich!
A mówiąc poważnie, jest taka książka, która traktuje o ludzkim układzie trawiennym i czyta się ją lepiej niż niejedną lekturę z zakresu beletrystyki. Giulia Enders lekkim piórem, z pasją i dowcipem opisała w Historii wewnętrznej to, czym zajmuje się w swojej pracy naukowej: układem trawiennym, ludzką florą bakteryjną, wydalaniem, czyli  tym, o czym kiedyś tam uczyło się na lekcji biologii a co najwyżej daje o sobie znać, kiedy czas odwiedzić aptekę. Poza tym, co może być fascynującego w jelitach & Co.? Okazuje się, że wiele i młodziutka Giulia Enders (rocznik 1990! Nagle tak staro się poczułam...) przy wsparciu swojej siostry Jill (autorki ilustracji do Historii wewnętrznej) napisała naprawdę ciekawą popularnonaukową książkę zrozumiałą i co ważniejsze interesującą nawet dla największego laika. Sporo można sobie przypomnieć, wiele się nauczyć i zacząć żyć trochę świadomiej, w zgodzie z tym, co podpowiada nam brzuch, a nie tylko serce.
Ciekawe, jak poradziły sobie przekłady językowe książki Enders z tematyką wydalania, wypróżniania itp., tak, żeby udało się oddać stylistykę oryginału: odbiegającą od zdystansowanego słownictwa nauki ale jednak trzymającą sie z daleka od prostackich sformułowań. Chyba jednak efekt okazał się całkiem niezły i Historia wewnętrzna już stała się międzynarodowym sukcesem wydawniczym. I dobrze. Jak widać, ciekawą książkę napisać można o wszystkim.



Giulia Enders







Informacja dla wszystkich tych, którym brakuje wyobraźni: Istnieje firma zajmująca się sprzedażą oraz wypożyczaniem modeli organów wielkości dorosłego człowieka (link tutaj). Wszystko po to, aby móc przespacerować się np. właśnie przez układ trawienny. Dodatkowe atrakcje: plastycznie unaocznione schorzenia od polipów do ostatniego stadium raka jelita...

wtorek, kwietnia 07, 2015

Lektury Małej Mi: propaganda dla najmłodszych

Kiedy dzieci osiągają poziom rozwoju ruchowego i intelektualnego pozwalający im na praktycznie nieograniczone odkrywanie otaczającego ich świata, a konkretniej ujmując: twojego mieszkania, w rodzicach kiełkuje paniczna myśl, że teraz to naprawdę zacząć trzeba je wychowywać, czyli wpajać do głowy na każdym dosłownie kroku tego, co wolno a czego nie, co dobre a co złe. Ciągłe balansowanie między pozwalaniem dziecku na zbieranie własnych doświadczeń i rozwój indywidualnej osobowości a ograniczaniem w celu uniknięcia sytuacji wręcz kryzysowych jest dość męczące i nierzadko frustrujące dla obu stron... A mimo to każdy, komu przjdzie zmierzyć się z tym zadaniem ze zdziwieniem stwierdzi, że małe dzieci lubują się w nakazach, zakazach, powtarzając je, akceptując lub naginając do swoich potrzeb, ale są one dla nich istotnym punktem odniesienia w codziennym funkcjonowaniu.

Proponuję następujący eksperyment:

Kupcie swoim dzieciom kilka tytułów (według uznania) z serii Obrazki dla maluchów Emilie Beaumont. Gwarantuję, że przez tygodnie, jeżeli nie miesiącami będzie to nolens volens waszą lekturą numer 1. Mała Mi wprost z przerażającą częstotliwością wertowała: To niebezpieczne, Las, Ochronę środowiska i Dobre wychowanie domagając się oczywiście wyjaśnień. I kiedy ja dostawałam już lekkiej depresji stwierdzając, że ostatecznie wszystko jest niebezpieczne a świat to jeden wielki śmietnik, ona z lubością powtarzała, ,że tego i tamtego nie wolno, a przy tym trzeba uważać (Jako ciekawostkę wspomnę tylko, że przy obrazku pokazującym dziecko pomagające młodszemu braciszkowi wejść do pralki powtarzała za każdym razem kategorycznie: ”Na miejsce!” co z koleji niekorzystnie wpływało na moją wyobraźnię...). Na efekty długo nie trzeba było czekać. Moje dziecko:

- podnosi każdy jeden napotkany na swojej drodze śmieć, niedopałek papierosa itd. i triumfalnie biegnie z nim do następnego śmietnika. Od tego czasu zresztą zaopatrzyłam się we wszelkie środki dezynfekujące.

- nie uznaje żadnej dekoracji z muchomorkami skoro dowiedziała się, że są to grzyby trujące, więc mogę zapomnieć, że będzie nosiła swój niegdyś ulubiony śliniak, bluzkę czy papcie. Ok, przyznaję, jakaś logika w tym jest.

- przez dwa tygodnie panicznie bało się schodów, piekarnika, kranu w łazience... Lista byłaby długa. 

- do dzisiaj nawet w samotności powtarza do siebie przy każdej sposobności: Uważaj!

I mogłabym tak wymieniać bez końca. 
Oczywiście są to tylko tak zwane skutki uboczne, bo oprócz tego Mała Mi zrobiła się bardziej posłuszna i łatwiej wytłumaczyć jej, że to czy siamto może być dla niej naprawdę niebezpieczne. Zdaje się, że obrazki dla najmłodszych skutecznie pobudzają dziecięcą wyobraźnię i jeżeli pozwoli to uniknąć choć kilku wypadków, to jest warto.

Trochę to jak z zakładem Pascala...


sobota, marca 28, 2015

Trochę o Márai´u i niezupełnie na temat

Kolejny raz w Budapeszcie, tym razem inaczej, nie tylko dlatego, że pierwszy raz z dwójką dzieci i jednocześnie bez A., powód wyjazdu też niezbyt urlopowy. Co prawda wieczory na lekturę są, za to sama lektura nie do końca dopisała. Miało być klasycznie, więc zabrałam ze sobą entą już powiastkę (opowiadanie?) Márai´a. Siostra nie ukazała się jeszcze w polskim tłumaczeniu. Jeszcze. Trzeba wiedzieć, że Sándor Márai pisał z wręcz obsesyjnym zacięciem, jego literacka spuścizna jest niezmierzona. Z drugiej strony, kto wie, czy Teresa Worowska nie tłumaczy z jeszcze większym zawzięciem, niż pisał sam Márai, tłumaczy zresztą nie tylko jego. Dość, że to prawdziwa furia twórcza i przegadałaby (lub przetłumaczyła) każdego, tak samo po polsku, jak i po węgiersku, o czym miałam możliwość przekonać się osobiście. Oszczędziło mi to zresztą pracy, bo fragment z Siostry, który jako ciekawostkę zamieszczam na bq poniżej, ukazał się w Zeszytach Literackich właśnie w tłumaczeniu Teresy Worowskiej. 

Warszawa padła. Jak bliscy duchowo byli mi Polacy - naród, nad którym ciążyło fatum, uparte i nieubłagane fatum! Polegało ono na tym, że co jakiś czas spadało na nich nieszczęście. Taki był prawdziwy sens ich losu: z jak dziką siłą, z jakim uporem zmartwychwstawali z niedoli! Pewnie już dawno by znikli, gdyby spokojniejszy los dał im możliwość wygodniejszego i bezpieczniejszego bytowania, może wyniszczyliby się sami, poddając temu wszystkiemu, co w ich naturze polskie, swobodne, niedbałe. A tak, zostali spętani przez niewolę i surowy wyrok historii nakazujący im żyć wśród wielkich, rozbójniczych narodów, zawsze przegrywając, zawsze się podnosząc i zawsze na sposób polski, głośno, z przesadą, lecz jednocześnie z wielkim staraniem, w piękny sposób; to naród, który odczuwa muzykę od wewnątrz, bezpośrednio. Tak rozmyślałem, czytając wieczorną gazetę, której wielkie tytuły obwieszczały, że Warszawa padła, a potem pomyślałem o Chopinie. Cóż ja mogę zrobić dla Polaków? Potrafię przemówić tylko językiem muzyki, i teraz, kiedy rzężenie śmiertelnie zranionego narodu rozlega się w całym świecie, nie mogę uczynić nic innego, tylko przywołać w europejskiej sali koncertowej najbardziej szlachetne dźwięki, jakimi ten naród przemawiał do świata: muzykę Chopina. Niech inni mówią o polityce, w tej chwili, w której wojska niemieckie rzuciły się na ciało tego ludu, ja zagram we Florencji Etiudę As dur... Allegro sostenuto. I pozostałych dwanaście etiud z opusu dwudziestego piątego. To wszystko, co mogę zrobić. A po Chopinie niechaj w tej samej sali koncertowej zabrzmi muzyka innego narodu, który także dał światu niezwykłe dźwięki, ApassionataBeethovena, to będzie najlepsza odpowiedź na wszystko w chwili, gdy huczą polskie i niemieckie działa. Bo muszę coś zrobić, artysta nie może pozostać niemy, kiedy dwa narody, polski i niemiecki, splatają się w śmiertelnym uścisku. Niech obie dusze przemówią w jednej europejskiej sali koncertowej - dwa światy, dwa przeciwieństwa! Choć to, o czym mówi ich muzyka, jest czymś straszliwie jednym... Czy zagrać na bis? Może Czajkowskiego, by chwila historyczna stała się pełna? Niech się odezwie także kompozytor rosyjski, kiedy polski i niemiecki przekrzyczą siłą muzyki to, czemu ziemski gniew z tak straszliwą siłą zaprzecza: harmonię. Tego wieczoru, kiedy skapitulowała Warszawa, w pociągu wiozącym mnie do Italii naprawdę tak myślałem. I wiedziałem, że niezależnie od patosu, którym tłumaczę moje przedsięwzięcie, jest ono czymś więcej od trafnego pomysłu. To pewien rodzaj służby, ambasador miał rację. Ożywię muzykę polską, niemiecką i rosyjską w świecie, który teraz i jeszcze długo nie chce słuchać niczego poza własnym śmiertelnym jękiem.

Cytat długi, ale całkiem ciekawy. Zwłaszcza z polskiej perspektywy: nasz rodzimy mesjanizm z węgierskiego punktu widzenia. Cała Siostra też zresztą zapowiadała się nieźle, pełna Márai´owych tematów kluczy: misja artysty, estetyka choroby, destrukcyjna moc uczucia itd. Niestety pod koniec jakoś wszystko się rozmemłało, jakby wraz z upływem czasu sam autor stracił koncept, jak się z całością uporać i dobrnąć do końca. Jestem pewna, że za kilka tygodni zupełnie wywietrzeje mi z pamięci ta moja ostatnia lektura, za to bez problemu przypomnę sobie o dowcipie, który przeczytałam w tym samym czasie na Węgrzech. Brzmiał on tak:

Dwa mole wychodzą z kina i jeden mówi:
-Dobry był ten film ale książka lepsza...

niedziela, lutego 15, 2015

Lektury Mamy Małej Mi, czyli czytać, żeby przeżyć

Może i kto pamięta mój wcześniejszy wpis o książce Tracy Hogg i Melindy Blau (link tutaj) o tym, jak zrozumieć niemowlę. Wydawałoby się, że zrozumieć dziecko starsze, a więc takie, które jest w stanie powiedzieć, pokazać itp., czego mu potrzeba (a czego nie...) jest zdecydowanie łatwiej. 
W pewnym sensie tak. 
Tak przynajmniej wygląda teoria. 
Tylko dlaczego to zwykle spokojne dziecko nagle dostaje jakiegoś niezrozumiałego napadu histerii, dlaczego w pełni świadome konsekwencji wystawia na próbę twoją nadwyrężoną cierpliwość, dlaczego prowokuje niebezpieczne sytauacje???

Trudno... Nie ma rady... Po całodziennej szkole przetrwania (motto: ja i moje dziecko, które wyrosło z wieku niemowlęcego) z klejącymi się powiekami czytam na raty z zaciśniętymi zębami, jak, przepraszam za porównanie, dawno temu moja Siostra szkolne lektury (na szczęście Siostra książki od tego czasu polubiła i czyta już z przyjemnością) ciąg dalszy porad pań Hogg i Blau: Język dwulatka. Na wstępie dowiaduję się m.in., że to bodaj i najtrudniejszy okres w rozwoju małego dziecka, porównywalny do dojrzewania i buntu nastolatka. No, już mi ulżyło, w takim razie byle ten rok przeżyć - pociesza się cierpiętniczo Mama Małej Mi - i będzie kilka lat spokoju, zanim zaczną się pogadanki o dojrzewaniu i dorosłości w wieku lat szesnastu i kiedy co gorsza moje zdanie na te tematy będzie dla mojego dziecka zupełnie nieistotne, wręcz niepożądane. W sumie... to i tak jest fajnie ze zbuntowanym dwulatkiem. Przynajmniej można takiego rebelianta włożyć do łóżeczka ze szczebelkami i nie wylezie, albo siłą zapiąć w wózku, względnie przekupić czymś słodkim (oczywiście żadnej z tych praktyk nie stosuję...). A za kilka miesięcy będzie lepiej.
Tak ci się wydaje...
A potem sms od koleżanki, że zmęczona i aktualnie ma dosyć, ale tak to już jest z tymi trzylatkami...
I mały small talk z listonoszem (A. podśmiewa się za mnie, ale to naprawdę fajny facet), że jego syn to do szkoły nie chce chodzić...
I powoli zaczyna kiełkować w mojej głowie myśl straszna... Że to nie tych kilka miesięcy trzeba jakoś przetwać, ale dobrych parę lat sensownie z własnym dzieckiem przeżyć. Na dobre i na złe. Przy chrzcie to spokojnie przysięgę małżeńską możnaby powtórzyć. A przy okazji egzorcyzmy odprawić. Na pewno nie zaszkodzi. 
W myśl tej samej zasady brnę przez Język dwulatka bo, przyznam szczerze, raczej niewiele sprawia mi ta lektura przyjemności. Pierwszą książkę Hogg i Blau wspominam jakoś milej. Chociaż od tego czasu trochę się obczytałam w temacie i może zmieniły się moje oczekiwania co do ciekawie i mądrze napisanego poradnika. Ok, mądra ta książka jest, tego nie można jej odmówić, tyle, że trochę toporna, do tego stylistyka tekstu (tłumaczenia?) pozostawia wiele do życzenia. Szybko stało się jasne, że potrzebuję jakiegoś czytelniczego intermezzo... Oczywista sprawa, że przeciwwagę do takich tematów może stanowić tylko kryminał, thriller, jak kto woli: kilka trupów i dużo krwi dla poprawienia nastroju i rozładowania emocji, względnie na pobudzenie zamiast kawy (alternatywa dla matek karmiących piersią) Od razu zaopatrzyłam się w dwa tytuły: Chemię śmierci Simona Becketta i Upadek Karin Slaughter. Nie jestem wielką fanką tego gatunku i zawsze po przeczytaniu kolejnego kryminału utwierdzam się na nowo w tym przekonaniu. 
Książki Simona Becketta na pewno czyta się szybko, pewnie dlatego większość z nich stała się światowymi beststellerami. Ale dlaczego ja, która wcale do dociekliwych nie należę, od niemalże początku domyślam się, kto jest mordercą? Strasznie to rozczarowujące. Chyba, że to planowany efekt V*- cztelnik zostaje wciągnięty w akcję jako świadomy obserwator nie mogący jednak z przyczyn oczywistych w nią ingerować. Na plus liczy się pisarzowi postać Davida Huntera, dra Davida Huntera - mężczyzny, którego integralną częścią seksapilu jest jego inteligencja. Poza tym z pewnością jest jeszcze przystojny. Taki facet rzadko bywa (dłużej) wolny a to z kolei obiecuje wątek romantyczny et voilà eros i tanatos, odwieczna para połączona. 
Po książkę Karin Slaughter sięgnęłam z dwóch  powodów: bo to kobieta a w końcu Agatha Christie musi mieć jakąś następczynię, a po drugie: jedną z głównych bohaterek thrillera Upadek jest matka niemowlaka i pomyślałam, że to się świetnie wkomponuje w moje aktualne czytanie... Niestety całość okazała się rozczarowująca. Miało być bardzo feminin bo pierwsze skrzypce grają kobiety a skończyło się banalnie... ekstremalnie ciężkim okresem dojrzewania porzuconego nastolatka. 
Morał: lepiej zawczasu pomęczyć się z poradnikami, niż zakończyć kryminałem...

* Szalenie ciekawa sprawa. Mam na myśli tzw. Verfremdungs-Effekt, w skrócie V-Effekt, zabieg stylistyczny autorstwa Bertolda Brechta, który zrewolucjonizował pojęcie na teatr epicki. Chodziło o to, by skonstruować sztukę tak, by odbiorca miał od czasu do czasu szansę na odzyskanie dystansu do jej akcji i zachowanie dzięki temu krytycznej odrębności obserwatora. Skutkiem było zniszczenie pewnej iluzji, którą tworzył teatr według antycznego schematu. Fascynowało się tym zabiegiem wielu dramaurgów i pisarzy, jednym z moich faworytów był Max Frisch. Obiecuję o nim i o efekcie V napisać więcej w oddzielnym poście.

poniedziałek, lutego 09, 2015

Post postum, czyli dlaczego dobrze jest mieć przyjaciół, którzy dodatkowo sami są molami książkowymi avagy o tym, jak poczta wspaniale poprawić może nastrój.

Kolejne ważne wydarzenie w życiu naszej rodziny: Do Małej Mi dołączył ze skromnym czytelniczym stażem prenatalnym Bobek (pseudonim roboczy, bo Bobek to w oryginale Stinker i pomijając efekty uboczne procesu trawienia nazwa ta mija się zdecydowanie z pachnącym jestejstwem naszego Á.). Wielka radość, najwyraźniej podzielana przez rodzinę, przyjaciół i znajomych. Po styczniowej serii rachunków aż miło otworzyć skrzynkę pocztową - sypią się z niej życzenia, dobre słowa, czasem nawet prezenty. To miłe i bardzo mnie cieszy każdy taki przejaw sympatii. Nie spodziewałam się jednak, że z takiej poczty wyniknąć może kolejny post na bq, tymczasem jest to właśnie post do postu o Perełce Patricka Modiano (tutaj link dla zainteresowanych, którzy jeszcze nie czytali, lub odczuwają potrzebę repety). A było to tak... Apogeum radosnego uniesienia osiągnęłam otwierając paczkę od Ch. i R. (tych od ciekawych kart pocztowych...), na której prawdziwie szlachetną zawartość składała się m.in. kopia z... polskiego tłumaczenia wiersza Attilii Józsefa Mama. Dziękuję! Za czytanie bq, za czas poświęcony mnie i Attilii Józsefowi i wreszcie za samo tłumaczenie, którego ja z przyczyn różnorakich natury przyziemnej nie zadałam sobie trudu znaleźć.

Z radością przepisuję tekst z języka węgierskiego przełożony przez Jerzego Snopka*


Mama


Od tygodnia tylko o mamie
ciągle myślę; serce się łamie...
Ze skrzypiącym koszem w ramionach
szła na strych jak skromność wcielona.


Wtedy jeszcze człek szczery byłem,
więc tupałem, wrzeszczałem, wyłem,
by rzuciła te mokre szmaty
i by mnie prowadziła na strych.


Ona je wciąż rozwiesza w ciszy
i chyba krzyków mych nie słyszy,
i szaty rozbłyskują nagle,
wzlatują jak rozpięte żagle.



Dziś, gdy wszystko pokryła ziemia,
widzę mamę, jak jest olbrzymia,
szare włosy na niebie wiesza,
z wodą niebios bielidło miesza.






Nie byłabym sobą, gdybym nie skomentowała tego tłumaczenia bo zupełnie niedorzecznie wydaje mi się, że czuję język węgierski lepiej niż sami Węgrzy...


Pierwsze dwie zwrotki tłumaczenia J. Snopka podobają mi się bardzo. Szkoda, że nie udało się zakończyć jakimś sensownym rymem jak w oryginale, ale rozumiem, że trudno, bo sama próbowałam własnych sił. Więcej zastrzeżeń budzą dwie ostatnie strofy, gdyż wydaje mi się, że ich przekład nie do końca oddaje intencje samego A. Józsefa. Szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że chylę czoła przed warsztatem Jerzego Snopka. Czytanie jego noty biograficznej Attili Józsefa to prawdziwa uczta dla hungarofila (jak ja), tyle jest w nim dobrze oddanych węgierskich klimatów. Zupełnie się zatraciłam. Myślę, że K. Varga mógłby się wiele nauczyć.



*Olśnienie / Attila József ; przeł. z jęz. węg., wybrał i posł. opatrzył Jerzy Snopek. Sejny : Pogranicze, 2005.

sobota, stycznia 10, 2015

Na początek trochę smutno - John Green

Zupełnie niezamierzenie zaczynam ten rok od deprymujących lektur. Kupując książkę Johna Greena nastawiałam się na nieco ambitniejszy romans, tymczasem same egzystencjalne smutki wyniknęły z tej mojej quasi romantycznej lektury: choroba, wartość życia, śmierć i zapomnienie... Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że książka Greena zaliczana jest do literatury młodzieżowej, adresowana więc do nieco młodszego odbiorcy. Przeczytałam i pomyślałam niepoprawnie, że poza mną czytają ją chyba tylko chorzy na raka. I ich rodziny. I pewnie jeszcze inni bliscy niespokrewnieni. Jest to w oparciu o fakt, że tytuł Gwiazd naszych wina stał się międzynarodowym bestsellerem dość smutnym obrazem rozprzestrzenienia tej choroby. 
Nie ukrywam, że powieść Johna Greena nigdy nie będzie zaliczać się do moich książkowych faworytów, po części dlatego, że daleko jej do walorów dobrej literatury, poza tym jakoś nie bardzo frapują mnie historie miłosne amerykańskich nastolatków, ale - nie doszukując się głębszego sensu tam, gdzie go nie ma - może i to właśnie jest sednem sprawy: Hazel Grace i Augustus, więc głównym bohaterom tej historii nie jest dane dojrzeć, że już nie wspomnę o zestarzeniu się, a nam poznać ich dalszych losów. Szkoda, bo obydwoje mieliby potencjał na stanie się niebanalnymi dorosłymi. Zamiast tego już na zawsze zostaną nieuleczalnie chorymi dziećmi. A ich historia - trochę smutna, trochę przerysowana, gdzieniegdzie nieprawdopodobna. Ale jedno trzeba Greenowi oddać: opisał zupełnie szczerze proces odczłowieczenia przez postępującą chorobę, odbierając tej nieszczęsnej historii miłosnej patosu, pokazał, że życie za wszelką cenę i na każdych warunkach nie jest tym upragnionym happy end'em. I ciekawe, że czytelnik sam z każdą kolejną stroną uczy się zgody, by pozwolić godnie odejść komuś (rzecz jasna, fikcyjnemu), kogo najbardziej chciałby ocalić. 
Brr... czas otrząsnąć się z tych bezdennych myśli. A tak mi się marzy romansidło na miarę Wichrowych wzgórz...

środa, grudnia 31, 2014

Epilog do 2014

To był rok pełen nowych wrażeń, zajęć i obowiązków. Dobry rok, przynajmniej w mojej subiektywnej ocenie. Nawet na czytanie starczyło czasu i to w całkiem przyzwoitym stopniu. Nie o wszystkim udało się napisać na bq, choć to bynajmniej nie szkodzi. Najważniejsze, że jeszcze tu jestem a po drugiej stronie jest kilku aktywnych czytelników moich postów. 
Dziękuję Wam za bycie moją motywacją do tworzenia czegoś, czego robić nie trzeba, za co nie płacą i na co często brak czasu. 

Jeszcze trochę o moim czytelniczym finiszu 2014... 
A było tak, jak sobie wymarzyłam: Lektura Opowieści wigilijnej Charlsa Dickensa krótko przed świętami, żeby w wirze przygotowań nie zapomnieć o prawdziwym przesłaniu Bożego Narodzenia, żeby wraz ze Scrooge´m uświadomić sobie naszą powinność bycia człowiekiem, zresztą, przede wszystkim na co dzień... A potem w świetle lampek choinkowych już sama radość z Wnuczki do orzechów Małgorzaty Musierowicz, którą to książeczkę miałam odłożoną specjalnie na tę okazję. I tak mi przyjemnie minęły dni świąteczne...
W nawiązaniu do tego czasu wybrałam kilka rysunków Tove Jansson, Muminków, a jakże... Wszystkie pochodzą z drugiego tomu Mumins. Die gesammelten Comic-Strips von Tove Jansson.





- Co mam na siebie włożyć? Czerwoną... czy małą czarną?...



- Ani jednego pyłku kurzu w pokoju dziecięcym!
(O jejku, jakie to straszne!)




- A jeżeli to prawda, że nie jestem dobrą gospodynią?



- Nasz dom...
- Piękny dom..
(Jesteście głupi)




- Do diabła z odpowiedzialnością!






środa, grudnia 10, 2014

O rodzinie bez podtekstów: Matka

Paryż; urokliwe zaułki Montmartre, kaskada schodów do Sacré Coeur i zbiory Musée d'Orsay, wieczorami przed zaśnięciem La Petite Bijou (pol. Perełka) Patricka Modiano. To ostatnich kilka moich dni spędzonych zresztą z rodziną, więc i z Mamą. Wszystko jakby się dopełniło: fakt bycia tam, towarzystwa i mojej lektury. Jednak... postaram się bez podtekstów: o matce - w powieści Modiano. Cieszę się, że przytrafiła mi się właśnie Perełka, która odcina się nieco od powszechnego poglądu na tematykę pisarstwa Francuza: Żydzi, holocaust i związane z tym zaułki pamięci XX wieku. Trochę zaszufladkowano tym Modiano, kiedy on tymczasem jest o wiele bardziej wszechstronny w swoich literackich podróżach po człowieczej przeszłości. Bo z tym jednym jestem w stanie się zgodzić: to właśnie czas miniony i to, co po sobie pozostawia są domeną twórczą Patricka Modiano. A wraz z tym nieunikniona melancholia i fatalizm losów jego bohaterów skazanych na przeżywanie minionych wydarzeń wciąż od nowa bez możliwości dokonania w nich jakichkolwiek zmian. 

Każdy z nas ma taką własną przeszłość, od której nie może się uwolnić. Tak samo, jak każdy ma matkę: obecną lub nie, kochającą albo obojętną i jakakolwiek jeszcze by nie była, to zawsze niezastąpiona i newymazywalna z naszego życiorysu, jak blizna po pępowinie. Tu już nie chodzi o oczywisty fakt ludzkiego poczęcia i narodzin, fizyczną zależność nie mającą sobie równych, ale (niezaprzeczalnie wynikającą z tej cielesnej bliskości) skomplikowaną w swej naturze zależność psychiczną. W swojej złożoności relacje matki i dziecka nie mają sobie równych, tak, jak i w swojej problematyce. O tym traktuje powieść Perełka przez pryzmat relacji z matką, a raczej nakreślonych tu z jednej tylko strony uczuć i wspomnień naszej la petite Bijou, która próbuje zamknąć za sobą rozdział uzależnienia od nieobecnej w jej życiu matki, a jednocześnie nie może się od niego uwolnić, nie znając odpowiedzi na zbyt wiele pytań. Modiano i tym razem pokazuje, że od przeszłości nie da się uciec, że trzeba czasem bez końca do niej wracać, zmierzyć się, zanim możliwe stanie się pójście dalej, w kierunku przyszłości. Ale jak zmierzyć się z nieobecnym duchem, kimś, czyjej miłości tak bardzo brakło, że stał się znienawidzoną zmorą snów. Tytułowej Perełce wystarczyła chwila w paryskim metrze, widok kobiety w spłowiałym żółtym płaszczu, by uruchomić na nowo lawinę wspomnień, wprawić w ruch machinę pamięci. 

Pięknym zabiegiem literackim jest u Modiano skonfrontowanie przeszłości głównej bohaterki z jej dziecięcym alter ego w postaci dziewczynki, którą miała się zaopiekować i którą nota bene zawiodła wchodząc ostatecznie w rolę własnej matki. 

Jeszcze bardziej podobało mi się, kiedy do punktu kulminacyjnego doprowadzony został, wydawać by się mogło, mało istotny wątek znajomości Perełki z Moreau-Badmaev’em, więc wieczorna audycja radiowa i pewien wiersz w obco brzmiącym języku. Obcym dla naszej Bijou, bo mnie wystarczyły dwa słowa, żeby wiedzieć, że to nie tylko język węgierski, ale i jeden z najbardziej znanych utworów wielkiego poety Attili Józsefa, który każdy szanujący się Wegier (a już na pewno mój własny domowy) recytuje z pamięci. Wiersz ma tytuł Mama i tu magiczny krąg się zamyka, motyw dopełnia. Attila József całe swoje krótkie życie cierpiał na zaburzenia psychiczne, w dużej mierze na tle rodzinnym. Matka, której bliskości zabrakło mu w dzieciństwie, jest tym wspólnym mianownikiem z bohaterką powieści Modiano. Faktem jest, że o matce małego Attili wiadomo, że oddała go ze względu na skrajną biedę i niemożność utrzymania rodziny, podczas gdy o pobudkach matki Thérèse nie wiemy nic, i nawet jeśli możemy się ich domyślać, traci to na znaczeniu w obliczu faktu nieodwracalności straty najbliższej osoby, rozłąki rzutującej na całe dalsze życie. I pewnie w obu przypadkach na sam życia koniec. Chociaż tak samo, jak nigdy nie dowiemy się, czy śmierć Attili Józsefa pod kołami pociągu była rzeczywiście samobójczą (niespełna rok wcześniej w jednym ze swoich wierszy on sam napisał, że czasem wierzy, że przyjdzie mu umrzeć w pościeli, co znów jest pięknym literackim nawiązaniem, ale to już inna historia...), tak nieodgadnione pozostaną pobudki połykającej tabletki Thérèse i to, czy skończyło się na tej jednej jedynej desperackiej próbie zapomnienia o matce.




József Attila

Mama

Már egy hete csak a mamára
gondolok mindíg, meg-megállva.
Nyikorgó kosárral ölében,
ment a padlásra, ment serényen.

Én még őszinte ember voltam,
ordítottam, toporzékoltam.
Hagyja a dagadt ruhát másra.
Engem vigyen föl a padlásra.

Csak ment és teregetett némán,
nem szidott, nem is nézett énrám
s a ruhák fényesen, suhogva,
keringtek, szálltak a magosba.

Nem nyafognék, de most már késő,
most látom, milyen óriás ő -
szürke haja lebben az égen,

kékítőt old az ég vizében.

niedziela, listopada 30, 2014

Na pograniczu życia i śmierci, medycyny i literatury czyli rzecz o Wagnerze i Karinthym



Co mają ze sobą wspólnego Frigyes Karinthy i David Wagner? Na pierwszy rzut oka - niewiele, na drugi - niewiele więcej... Tematyka bq każe przypuszczać, że łączy ich pisarska profesja i jest w tym już jakiś ułamek prawdy. Dość jednak wspomnieć, że kiedy malutki David rodzi się w 1971 roku, Karinthy nie żyje już od ponad trzech dekad. Inne czasy, inne światy, niewątpliwie inne temperamenty. Podczas kiedy Wagner w tym roku gościnnie objął katedrę literatury powszechnej na uniwersytecie w Brnie, Karinthy, mimo szerokich zainteresowań i mniej lub bardziej zdyscyplinowanego uczęszczania na zajęcia akademickie nigdy nie zdobył dyplomu wyższej uczelni. Myślę, że głęboko w sobie nosił kompleks tego zaniedbania i zasłanianie się ironią czy komizmem było tylko grą pozorów. Niemniej Karinthy stał się na Węgrzech wielki jeszcze za swojego życia (było już na ten temat małe co nieco na bq ), śmiem twierdzić, że do takiej sławy Davidowi Wagnerowi we własnym kraju jeszcze sporo brakuje, choć po ostatnich wyróżnieniach jest niewątpliwie na dobrej drodze, by nazwisko Wagner niekoniecznie kojarzyło się z monumentalnymi operami o postromantycznych ciągotach, czyli krótko rzecz ujmując - z Richardem. Zresztą, z Wagnerami w Niemczech, jak z naszymi rodzimymi Kowalskimi - jest z czego wybierać...

Wracając jednak do pytania: Co mają ze sobą wspólnego Frigyes Karinthy i David Wagner?... Obydwoje doświadczyli choroby śmiertelnie zagrażającej ich życiu i obydwoje opisali swoje przeżycia (sic!) wzbogacając tym w istotny sposób literaturę. Każdy z nich znalazł swój własny sposób literackiego ujęcia tematu i obydwa uważam za równie ciekawe.

Leben Wagnera jest książką dopiero co wydaną, rozreklamowaną przez przyznaną jej na targach w Lipsku nagrodę. Nie pierwsza i oby nie ostatnia książka Davida Wagnera, który z chorobą zmaga się od dziecka. Pisze o niej trochę jak o uciążliwym towarzyszu podróży, do którego zdążyło się już przyzwyczaić. Pisze trochę melacholijnie, trochę ze swadą, tak jak każdy kolejny dzień przynieść może zmianę samopoczucia, oddalenie lub przyspieszenie wyroku, który zapadł już dawno temu. Życie Wagnera to dialektyczny obraz rzeczywistości, ma swoją wartość i miarę poprzez ciągłą konfrontację ze śmiercią albo raczej z jej możliwością.

Karinthy doświadczył własnej śmiertelności inaczej, dlatego też inaczej ją opisał. Podróż wokół mojej czaszki to coś jakby reportaż w konwencji literackiej, nie mający do końca sprecyzowanych ram gatunkowych. O ile u Wagnera motyw zagrożenia życia jest pewną stałą, rozciągniętym w czasie stanem, dla Karinthy'ego to stosunkowo krótki i bardzo intensywny epizod w życiu: od pierwszych objawów choroby przez diagnozę guza mózgu po operację z miejscowym znieczuleniem i pobieżnie tylko wspomniany okres rekonwalescencji. Karinthy jakby do końca nie przestał się dziwić, że to wszystko spotkało właśnie jego i próbuje to zdziwienie przełożyć na emocjonalny dystans do własnego położenia.

Szkoda, że książkowy happy end potrwał tak krótko bo zaledwie dwa lata i nasz dzielny Karinthy ostatecznie umiera na wylew. Szczęśliwie tytuł Wagnera to Życie - dzięki udanej transplantacji, przezwyciężonych myślach samobójczych, własnej sile i motywacji. Dla Davida Wagnera życie to codziennych zmagań z własną ułomną fizycznością ciąg dalszy, dla nas, czytelników nadzieja na kolejne dobre książki jego autorstwa.

niedziela, listopada 09, 2014

Lektury Małej Mi: Pop up, czyli czytać w 3D!

Jako, że koncentracji Małej Mi nie starcza jeszcze na lekturę baśni Andersena (póki co udało mi się przeczytać jej tylko Calineczkę), ani często nawet na krótsze epizody z życia węgierskiej pary Bogyó i Babóca (to cieszące się u "bratanków" ogromną popularnością postaci chłopca-ślimaka i dziewczynki-biedronki stworzone przez Erikę Bartos), czytamy sobie trochę inaczej, bardziej interaktywnie i innowacyjnie. Wybieram Małej Mi książki według własnych preferencji estetycznych, a ona dokonuje ostatecznego wyboru, co naprawdę się jej podoba. Czasami nieco się w tych zapatrywaniach mijamy, ale ostatnio wspólnie odkryłyśmy magię książek trójwymiarowych, z angielskiego nazywane książkami pop up. Taka forma książek cieszy się zresztą największą popularnością właśnie na anglosaskim rynku wydawniczym. Myli się jednak ten, kto sądzi, że pop up booki są z założenia książkami dla dzieci, ponieważ te misternie poskładane dzieła sztuki są często przeznaczone właśnie dla dorosłego odbiorcy. Nie tak znów dawno temu sprezentowano mi pewną zupełnie poważną książkę trójwymiarową 600 Black Spots Davida A. Cartera. Książki trójwymiarowe Małej Mi nie są aż tak abstrakcyjne, jednak nie mniej fascynujące. Myślę że pobudzają dziecięcą fantazję, a że rozwój mowy - to pewne...

Poniżej, dla zachęty, kilka zdjęć pop up booków w dwóch ujęciach - dla dorosłych i maluchów.



David A. Carter, 600 Black Spots



David A. Carter, 600 Black Spots



David A. Carter, 600 Black Spots




Bestseller Erica Carle w wersji 3D, czyli po polsku Bardzo głodna gąsienica jako pop up.



Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica



Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica



Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica


środa, października 29, 2014

Monotonia Munro

Ok, przyznaję, że zasadniczo jestem nieco opóźniona w czytaniu laureatów literackiej nagrody Nobla. Marzy mi się, żeby kiedyś wyróżniono kogoś, kogo jako autora znam już od dawna, wtedy z dumą i niby od niechcenia będę mogła zaraz następnego dnia po ogłoszeniu werdyktu napisać na bq, że i owszem, czytałam już dawno i mam na ten temat dużo do powiedzenia.

Tymczasem zaznajamiam się z całkiem już pokaźnym dorobkiem twórczym Alice Munro - z czystej przyzwoitości, w końcu Noblistka, ale też dlatego, że lubię literacką formę short story. Zawsze miałam do niej słabość i pewnie tak mi już zostanie. Czytam i dziwię się, że w zasadzie nie ma w tym pisaniu nic szalenie odkrywczego, niesamowicie odmiennego a jednak... Czytam jedno opowiadanie za drugim, potem kolejny tom i w ogóle mnie to nie nudzi. Założę się, że za miesiąc nie będę mogła nawet powierzchownie streścić, o czym opowiadały tytuły Księżyce Jowisza, Dziewczęta i kobiety itd., ale czytam... bo jakoś to wciąga. Przez "to" rozumiem styl Munro, jej pisanie o najzwyklejszych ludziach i ich zwykłych losach. Nie ma wielkich uczuć, namiętności, nie ma ani patosu ani szokującego naturalizmu. Tylko dzień za dniem tych, których dziesiątki mijasz na ulicy i nawet nie pomyślisz, by się za nimi obejrzeć, w najlepszym wypadku tylko muśniesz ich wzrokiem. Czy chcesz o nich czytać? Tak, jeśli opisała to Alice Munro, bo jej styl nadaje tej monotonnej codzienności głębszego wymiaru. Zobacz, mówi do czytelnika Munro, to tak mija nam życie. Jeżeli ktoś potrafi zakląć w literaturę piękną monotonię ludzkiej egzystencji, to jest to właśnie ta kanadyjska pisarka. I Nobel niech będzie jej za to!

niedziela, października 19, 2014

Sońka czyli jak pięknie i zaszczytnie przeczytać coś polskiego

Przyjechała rodzina a wraz z nią dostawa książek z Polski. Nie piszę: "polskich książek", bo to niezbyt precyzyjne sformułowanie i szczerze mówiąc, mogłoby sugerować wielki wybór czegoś godnego uwagi polskiego autorstwa. a z tym jest, jak jest, czyli różnie z tendencją na nie bardzo. Ale ale... Moja osobista perełka ostatnich miesięcy odkryta - Ignacy Karpowicz i jego Sońka. Fakt, że książka szeroko reklamowana, ale cóż to ostatecznie znaczy... Skromna objętościowo, książeczka w zasadzie, malutka taka na jeden dłuższy samotny i spokojny wieczór. Akurat takowy mi się trafił i już po Sońce.
Czy ktoś jest w stanie uwierzyć, że można jeszcze raz napisać o II. wojnie światowej, hitlerowskiej okupacji i zwykłych ludziach tamtych czasów i zrobić to na nowo, inaczej, ciekawie? Ja sama nie bardzo wierzyłam i tym bardziej miło dałam się zaskoczyć. Lubię takie małe - wielkie historie. 
I sam język Ignacego Karpowicza urzeka swoją poetycką stylistyką. Polskie serce rośnie w dumę. Jak to dobrze, że ktoś potrafi pisać literacką polszczyzną i nie trąci to ani myszką, ani internetowym chłamem. Cieszę się, że przeczytałam. A teraz trochę mi smutno i skamlę o jeszcze.