Mała Mi zakomunikowała mi dzisiaj: Mamoooo, idziemy do biblioteki!
Ostatecznie nie poszłyśmy bo pogoda paskudna, a jeszcze trzeba by Bobka jakoś dotaszczyć na sucho. Ale prawie pękłam z dumy, że moje dwuletnie dziecko z własnej woli chce iść do pozornie najnudniejszego z wyobrażalnych dla dziecka miejsc. Piszę "pozornie", bo w naszej bibliotece jest wydzielona i do tego bardzo przestronna część dla dzieci, wypełniona książkami, które maluchy do woli mogą zdejmować z półek, a do tego nikt nie wymaga od nich cichej kontemplacji lektury, więc, co tu dużo gadać, jest głośno. I tylko dzięki poczuciu przyzwoitości karnych rodziców daje się ten czytający żywioł jakoś ogarnąć.
Z założenia nie oszczędzamy na książkach i mamy to szczęście, że nie zmusza nas do tego sytuacja materialna. Fakt, że z czasm znowu brakuje miejsca na regale i potem miejsca na regał, ale póki co zawsze jakoś udawało się problem rozwiązać (czytaj: przeprowadzić się, kiedy to szczerze przeklinam te ciężkie kartony bez końca).
A jednak jest jakaś magiczna siła w bibliotekach, która przyciąga, jak widać, już od małego. Trywializując można po prostu stwierdzić, że jest książek w bibliotece po prostu więcej. Łatwiej znaleźć więc coś dla siebie. Dzieciom, podobnie jak dorosłym zresztą, ten wielki wybór wcale nie pomaga zdecydować się na coś konkretnego. Ale pozwala opatrzyć się z tematem, bez wyrzutów sumienia (które mam mimo wszystko w księgarni) rozczytać się na próbę, a wielu dzieciakom z domów innych niż tych wytapetowanych książkowymi regałami po prostu oswoić się z czytaniem.
W kwestii literatury dziecięcej za nieocenioną zaletę biblioteki uważam możliwość zweryfikowania, którą książkę nasze dziecko naprawdę lubi, bo jednak zawsze wybieramy trochę "pod siebie". I kiedy okaże się, że po trzech tygodniach to nadal miłość od deski do deski, można bez obiekcji zakupić sobie własny egzemplarz. Zachodzimy więc z Małą Mi do biblioteki po wspólne pomysły na codzienne czytanie.
Tak na przykład odkryłyśmy dla siebie serię Małej biblioteki dziecięcej Meyera (Meyer. Die kleine Kinderbibliothek) a w niej kapitalne książeczki z latarką, a dokładnie z kawałkiem białego papieru w kształcie latarki, który pomaga dzieciom zajrzeć np. do wnętrza ludzkiego ciała albo do norek zwierząt, lepiej przyjżeć się gwieździstemu niebu lub ciemnym wnętrzom grobowców faraonów... A wszystko to na kartach i foliach tych sprytnych książeczek.
Poza tym Mała Mi doświadcza w bibliotece misterium wypożyczania i oddawania... Dumnie podaje pani zza biurka swoją pierwszą kartę biblioteczną, o której sama mówi, że to jest jej bilecik i za zupełnie naturalne uznaje, że w zamian dostaje do domu kilka książek. A po miesiącu, kiedy dziwi się, że trzeba je jednak oddać, przekonuje ją do tego argument, że w zamian zabierze ze sobą coś nowego do poczytania. Kolejny etap na drodze socjalizacji małego mola książkowego...
| Cudowny świat naszego ciała. Przykłądowy tytuł z serii Meyer. Die kleine Kinderbibliothek. Książeczka z latarką. |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz