sobota, czerwca 23, 2018

(Non) fiction

W 1937 roku Margaret Mitchell przyznano Nagrodę Pulitzera za Przeminęło z wiatrem. 70 lat później nagroda ta stała się udziałem Colsona Whiteheada a jego Kolej podziemna, choć nagrodzona w kategorii fiction jest być może zadośćuczynieniem za wiele poprzedniach amerykańskich książek, w tym romantycznych kulisów życia Scarlett O´Hary w Tarze. Po tej lekturze przeżywam swoiste rozdwojenie jaźni między karmieniem się pięknymi złudzeniami, jak bajeczne życie na plantacji bawełny z chwytającym za serce murzyńskim śpiewem gospel w tle, a świadomością mniej urzekającej wersji historii, za to bliższej prawdzie i człowieczej naturze. Możemy upierać się przy prawie do twóczej fikcji, ale dorastając na disneyowskiej Pocahontas i Mayowskim Winnetou trzeba by się nieco otrzeć o faktyczną historię, tak dla zachowania równowagi psychicznei i kontaktu z rzeczywistością.

Colson Whitehead (o ironio, amerykański pisarz o skórze koloru hebanu!- ok, porównanie nieco na wyrost) pisząc Kolej podziemną zabawił się tym dysonansem faktu i romantycznej wizji amerykańskiej historii, zaś efekt całości jest w moich oczach bardzo smutny. Pisarz wkomponował jak najbardziej prawdziwe i udokumentowane praktyki stosowane wobec niewolników na północnoamerykańskim kontynencie XIX. wieku w fantastyczną wizję sieci podziemnych tuneli oraz zawiadujących nią białych ludzi ratujących swoich ciemnoskórych współobywateli. W tle Deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych (We hold these truths to be self-evident, that all men are created equal, that they are endowed by their Creator with certain unalienable Rights, that among these are Life, Liberty and the pursuit of Happiness...) powtarzana bezmyślnie przez skatowanego Murzyna, zanim dopełnił się jego niewolniczy żywot. Na pierwszym planie losy niewolnicy Cory,  jednostki o charakterze jak najbardziej uniwersalnym, ofiary przemocy, gwałtu, zwykłej, codziennej podłości ludzkiej oraz przede wszystkim ofiary praworządnego systemu najbardziej postępowego społeczeństwa na świecie. Smutne jest, że to, co w książce Whiteheada jest pozytywne i napędza całą akcję, więc szansę Cory na dalsze losy, przede wszystkim zaś na życie, jest w rzeczy samej literacką fikcją, romantycznycznym konkwistadorem o dobrym sercu, cnotliwym i dzielnym Old Shatterhandem. Cała reszta nosi znamiona najprawdziwszej prawdy, która do dzisiaj tworzy amerykańską świadomość i afrykańską traumę. I zanim pocieszymy się faktem bycia cywilizowanymi Europejczykami, przypomnijmy sobie piękne czasy kolonializmu: bajeczne Indie, południową Afrykę i rasizm wraz z nacjonalizmem - nasz rodzimy kruszec eksportowany w najczystszej postaci na długo przed ideą hegemonii aryjskiej rasy. Tutaj znów piękne rojenia nijak mają się do realiów historycznych. 

Przypomina mi się stosunkowo świeży tekst kolumnistki Spiegla, Margarete Stokowski pt. Mieszkać w stylu "kolonialny szyk", czyli glamour niewoli (do przeczytania w oryginale tutaj), w którym autorka zastanawia się nad fenomenem zachwytu nad stylem kolonialnym i przedstawiania go w kontekście romantycznej egzotyki. Oto fragment rzeczonego felietonu (w wolnym tłumaczeniu własnym):

W porządku! Historia ma do zaoferowania tyle upstrzonych kart (cóż za cudowna aluzja do dzielnego wojaka Szwejka i portretu cesarza!... - bq), nie sposób być ich wszystkich świadomym, ale być może właśnie dlatego wskazane byłoby wziąć sobie do serca radę, żeby, zanim rozpłyniemy się w orgazmie apoteozy ewidentnie skrzywionej przeszłości, choć pobieżnie sprawdzić, o czym w ogóle mówimy.


Colson Whitehead sprawdził temat i to dość dogłębnie, zanim napisał swoją fantastyczną wersję losów czarnoskórych niewolników w czasach rajskich plantacji na południe od Edenu.


Autor Whitehead
 (zdjęcie ze strony www.colsonwhitehead.com)

piątek, czerwca 22, 2018

Lektury Małej Mi: Abstrakcja kontrolowana

Pewnego popołudnia Bobek i Mała Mi w ramach zabawy postanowili komunikować się za pomocą wymyślonego języka.  Dość, że używali nieznanej im samym przecież  mowy na tyle biegle, że wczesnym wieczorem nawet się w niej pokłócili. Miało to zresztą swoje zalety - nikt nie wymagał mojej ingerencji w ten konflikt, w końcu nie miałam najmniejszego pojęcia, o co poszło...

Krótko po tym znalazłam w dziale dziecięcym nowo otwartej księgarni książkę o frapującym tytule Wazn Teez? (w oryginale Du Iz Tak?) i podobnie jak Wam, teraz czytającym, mnie wtedy żaden z obojga tytułów kompletnie nic nie mówił. Przez chwilkę zastanawiałam się, czy to może północny Plattdüütsch rodem z najdalszych zakamarków Fryzji, tam, gdzie bez ustanku wieje mocny wiatr  i pija się na zmianę mocną herbatę ze śmietaną i piwo Jever (tak przynajmniej to sobie wyobrażam). Jednak nie. Podobnie jak język oryginału, tak i samo tłumaczenie są wytworem abstrakcyjnym. Strasznie się zapaliłam na myśl o reakcji moich dzieci i zabrałam Wazn Teez? do domu. Bobek i Mała Mi z ciekawością wysłuchali i obejrzeli książkę Carson Ellis (tego, że wizualnie im się spodoba, byłam pewna, bo bardzo lubią przeglądać Domy tej ilustratorki). Co ciekawe, ani razu nie padło pytanie ani o język, ani o znaczenie poszczególnych słów. Najwyraźniej ten abstrakcyjny wytwór stał się dla nich zrozumiały do tego stopnia, że nauczyli się nawet pewnych słów i cytują z Wazn Teez? na wyrywki. Książka, która na pierwszy rzut oka wydaje się sympatycznym i nieszkodliwym dziwactwem, w rzeczywistości wiele mówi o tym, jak dzieci uczą się nowych języków. Przede wszystkim z podziwu godną otwartością, niczego nie odrzucając. Poza tym posiłkują się szeroko pojętym kontekstem: wizualnym - w postaci ilustracji, dźwiękowym - w tym wypadku moją artykulacją czytanego tekstu (stąd niezbędne było tłumaczenie tekstu dopasowane do systemu fonetycznego znanego odbiorcy) i sytuacyjnym. Najmłodsze nawet dzieci intuicyjnie wyczuwają różnice w częściach mowy i zdania, często, robiąc błędy językowe, posługują się jak najbardziej prawidłowymi schematami regularnej koniugacji czy deklinacji. To, co w książce Carson Ellis zdaje się być totalną abstrakcją, w rzeczywistości jest dobrze funkcjonującym systemem. Przewagą dziecka  nad przeciętnym dorosłym jest to, że nie tylko nie odrzuci Wazn Teez?, ale bez problemu przyswoi sobie nowe reguły gry.
Dlatego jeśli kiedyś przyjdzie komuś z Was zastanawiać się nad zasadnością nauki języków obcych w wieku przedszkolnym, przypomnijcie sobie o książce Carson Ellis. 
Jip.





czwartek, maja 24, 2018

Powrót do przyszłości

Wypieła się na mnie cała nasza domowa technika swoimi kablami i procesorami. W takich chwilach czuję się utwierdzona w przeświadczeniu, które z biegiem czasu stało się moją intymną idée fixe: trzeba ocalić papier, bo tylko papier może ocalić nas, ludzkość. Wszystko zaczęło się od obejrzenia ekranizacji Fahrenheita 451. Moja osobista antyutopia: egzystencja bez książek; książka jako wróg systemu, którego należy wyeliminować, a konkretnie: spalić w temperaturze: (patrz tytuł filmu). Od tamtego czasu poznałam jeszcze kilka wizji świata, w którym nie chciałabym żyć. Większość w klimacie Pamiętnika z przetrwania Doris Lessing. Oczywiście regularnie męczy mnie czkawka po Orwellu. Gdyby on wiedział... że kiedyś rozrywką mas stanie się oglądanie reallity show o cynicznym wręcz tytule Big brother...  Gdyby dzielił swoją egzystencję pomiędzy google i facebooka... być może napisałby książkę zamiast D. Eggersa, gdyby do tego był kobietą, być może byłby konkurencją dla Margaret Atwood, a gdyby jeszcze miał przystępniejszy i przede wszystkim dluższy życiorys, kto wie, może zgarnąłby już wsześniej Nobla Kazuo Ishiguro...
Ostatecznie jednak Orwellowi nie dane  było doświadczyć ery cyfrowego przepływu informacji, rozważyć doświadczenia totalitaryzmu z perspektywy kobiety ani otrzymać nagrody, która pomijając stare jak świat zarzuty upolitycznienia utytłała się ostatnio w błocie debaty me too.

I tak Margaret Atwood napisała (jaka szkoda tylko, że w rok po orwellowskim 1984 roku!) Opowieść podręcznej, Dave Eggers Krąg a Kazuo Ishiguro Nie opuszczaj mnie, zaś nam dane jest wszystko to przeczytać - ku przestrodze, na pożywkę dla umysłu albo po prostu dla radości czytania. Wszystkie te książki, jakkolwiek zupełnie odmienne od siebie walorami literackimi i stylem narracji łączy wspólna idea: projekcji tego, co mogłoby wyniknąć, gdyby pewne całkiem realne procesy społeczne i zmiany technologiczne doprowadzić do perfekcji, nadać temu kierunkowi rozwoju nie podlegający dyskusji bieg. Jak wtedy wyglądałaby nasza przyszłość? Daleko temu wszystkiemu do świata sci-fi rodem  z Modyfikowanego węgla (swoją drogą mój absolutny faworyt ostatnich czasów, co do bajecznego imienia i nazwiska protagonisty. Co mże się równać z hybrydą Takeshi Kovacs urodzonym na New Pest w świecie Harlana?... I trzeba niestety przełknąć przewijającą się co jakiś czas w książce Richarda K. Morgana gafę pisarza uparcie nazywającego węgierskich kolonizatorów nowej galaktyki Słowianami), ale może dlatego wizje Atwood, Ishiguro i Eggersa są tak wstrząsające, ich realizm tak namacalny, jakby dzieliło nas od nich zaledwie kilka kroków. Kolejnym wspólnym mianownikiem jest to, jak płynna jest granica między umownym dobrem i jego instrumentalizacją. Ostatecznie tutaj wszystkim przyświecają dobre pobudki: wiedzy (za cenę totalnej transparentności i unicestwienia sfery prywatnej), opieki nad kobietą i oddania czci jej roli w prokreacji (za cenę jej ubezwłasnowolnienia, zredukowania jej wartości do czysto fizycznej), rozwoju medycyny (za cenę pozbawiania życia ludzkich, więc czujących i myślących klonów służączch ludziom jako części zamienne). Protagonistka Atwood jest kobietą pozbawioną indywidualności i imienia posługaczką systemu, który miał ją chronić, stopniowo pozbawiając nie tylko obowiązków (nie musisz juz pracować!) ale i wszelkich praw (od wyboru stroju, przez partnera seksualnego do decydowania o swoim ciele). Czytałam i w niedowierzaniu kręciłam głową, bo to, co w książce nakreślone było jako początki zniewalającego systemu, do złudzenia przypominało pewne aktualne tematy na wokandzie polityczno-społecznej... przykładowo dotyczące prawa kobiet do aborcji. Czyżby czarny protest mógł powstrzymać poddaństwo czerwieni? W świecie beznadziejnego osamotnienia fizycznego i psychicznego podręcznej zabronione jest pisanie i czytanie. Książki zostały zniszczone. Za to jest tam jeszcze miejsce na zakazaną bibliotekę pana domu - mężczyzny z władzą na tyle dużą, żeby ryzykować sprzeniewierzenie się władzy absolutnej. Jest poza tym jeszcze inny, alternatywny świat, do którego można spróbować uciec, jakkolwiek jest to prawie niemożliwe. Gorzej rzecz ma się z systemem Kręgu, który obejmuje wszystkie sfery życia ludzkiego i wszystkie zakątki planety Ziemi. Jedyną formą ucieczki jest dobrowolna śmierć (tego przywileju nie ma przykładowo podręczna Atwood) lub coś, co za czasów Trzeciej Rzeszy nazywano emigracją wewnętrzną. W wersji idealnej byłby to stan śpiączki klinicznej, więc bez jakiejkolwiek możliwości komunikowania się ze światem zewnętrznym, bo przestrzeń ludzkich myśli jest nadal niedostępna algorytmom Kręgu, chociaż to też jest z pewnością kwestią czasu. Ciekawe, że protagonistką Eggersa jest również kobieta, Mae. Tym razem nie jest ona jednak ofiarą, lub raczej nie jest tego świadoma, a siłą sprawczą; młodą aktywną, lojalną twarzą totalitaryzmu lajków i followersów. Ani śladu skromnego wąsika Adolfa i tego nieco bujniejszego Iosifa. Same dobre chęci i wiara w lepszy świat. W świecie Mae też nie ma miejsca na książkę, a przynajmniej nie taką drukowaną, bo jest to świat czysto cyfrowy, roszczący sobie prawo do wszelkiej informacji o wszystkich, zawsze. Książka Eggersa jest ze wszystkich trzech zdecydowanie najsłabsza, jeśli chodzi o walory literackie. Zanim czytelnik zacznie interesować sie samym Kręgiem, czeka go kilka chwil pełnych irytacji, kiedy chciałoby się raczej poczytać coś porządniejszego. Z drugiej strony, to właśnie Eggers stworzył antyutopię na miarę naszych czasów i ta wizja trafia nas, współczesnych ludzi obuchem prosto w cyfrowy łeb. Właściwie nie ma co się rozwodzić nad podobieństwami realnej rzeczywistości a światem Kręgu. Aż strach pomyśleć, czy prawdopodobnym byłoby zapobiec, żeby ten krąg się kiedykolwiek zamknął... Daje to wszystko do myślenia i to właśnie dzięki temu de facto słaba książka Eggersa stała się bestsellerem.
Opowieść Kazuo Ishiguro Never let me go to znów ukojenie dla spragnionej dobrej książki duszy. Piękna, poetycka a jednocześnie nie zobowiązana chronologii narracja połączona z opisami stanu ducha i rozważań głównej bohaterki Kathy (tak jest, znów kobieta!) stanowią szokujący dysonans z antyutopijną historią ludzkich klonów, których jedyną wartością są ich organy przeznaczone do przeszczepu dla prawdziwych ludzi. Kathy to ani siła sprawcza, ani ofiara, a produkt uboczny wizji lepszego, zdrowszego śwata... Taki produkt uboczny, który ma własną świadomość i uczucia i do końca żyje złudzeniem, że jego życie ma glębszy sens. Ta nieuchronność końca u Ishiguro jest wstrząsająca.
Komputer powrócił do cyfrowego życia, kiedy piszę te słowa, Internet objął mnie znów swoimi niewidzialnymi ramionami, czyli jestem w sieci.
Z miłością przyglądam się naszym wypchanym po brzegi półkom. Papier, tysiące zadrukowanych stron. Sama ich obecność działa na mnie uspokajająco, pozwala wierzyć w dobrych nas, a może po prostu ludzkich, czyli takich którzy są świadomi wszystkiego, co bycie człowiekiem ze sobą niesie, nawet jeśli ta refleksja daleka jest od utopijnej. Moją misją jest chronić papier, pozwolić mu przetrwać.




Jeszcze krótko o Modyfikowanym węglu... W sume to też książka dająca do myślenia, jakie konsekwencje miałaby dla ludzkiej świadomości możliwość przezwycieżenia czysto fizycznej śmierci, a więc, używając terminlogii Morgana, ponowne upowłokowienie, jaką wartość ma korelacja umysłu i ciała. Niestety okazuje się, że nawet w wizji ludzkości wybiegającej w XXVI wiek nie obędzie się bez macho a la James Bond i bez jego strzelających (oczywiście plazmą zamiast ołowianych kulek) zabawek... Szkoda, bo Takeshi Kovacs brzmi tak obiecująco...

wtorek, kwietnia 17, 2018

Lektury Małej Mi: Książeczka ze zdjęciami czyli mały wspomagacz wyobraźni

Czytając dziecku rozwijasz jego zasób słów, inteligencję a przy okazji także wyobraźnię. Taki  bardzo istotny produkt uboczny. Dlatego niespełna pięcioletnia Mała Mi ma już teraz jako takie wyobrażenie o florze i faunie innych kontynentów Ziemi, a nawet o Układzie Słonecznym, nigdy nie przebywając poza Europą, a tym bardziej ponad jej stratosferą, Bobek zaś o średniowiecznym życiu (nawet, jeżeli nieźle podkolorowanym) i przebiegu akcji gaszenia pożaru wie jak na swój skromny wiek całkiem sporo, choć szczęśliwie dla niego nie doświadczył ani jednego, ani drugiego. Książka jako okno na świat, ten rzeczywisty i baśniowy, miniony i teraźniejszy, a nawet przyszły, a tymczasem trzeba czasem otworzyć i drzwi, wyjść z własnych czterech ścian i skonfrontować już teraz dziecko z pewnymi faktami. Na przykład uświadomić mu, jakie wielkie miało szczęście rodząc się tu i teraz, w tej  a nie innej rodzinie, (w której czytają nawet bq...). Ta refleksja i próba jej przekazania potomstwu pojawia się zwykle późno, tj. wtedy, kiedy do rodziców, dziadków i innych czujących się odpowiedzialnymi za losy kolejnego pokolenia dociera, że z pięknie wytyczonej dobrobytem i beztroską drogi nagle zeszło się na manowce. Najpóźniej w wieku przedszkolnym w dziecku uruchomiony zostaje instynkt stadny, a on wymaga dopasowania się nie tylko w kategorii być ale i mieć. Najpóźniej wtedy każdy rodzic zaczyna lawirować między własnymi ambicjami dania dziecku tego, co najlepsze, a więc także umocnienia jego pozycji w grupie rówieśników, a własnym rozsądkiem, o wrażliwości estetycznej i zasobności portfela nie wspomnę. 

Wszyscy mają - a ja - nie! 

To argument koronny każdego normalnie rozwiniętego konsumenta w stadium początkowym. Potem zmienia się tylko target: nie liczą się wszyscy, tylko ci, z którymi wszyscy się liczą itd. Zaczynamy się zastanawiać, w czym leży problem. Chyba nie w tym, że urządziliśmy dziecku pięknie pokój, ma wszelkie możliwe zabawki, a jako czterolatek budowało zamki z piasku plaż Majorki...? W końcu robimy to dla jego dobra. I może czasem też, żeby spełnić jakieś własne marzenia z dzieciństwa, te niespełnione właśnie. Czasem trudno uzmysłowić sobie granicę, za którą jest już przyzwyczajenie, dość modna w użyciu, nie tylko językowym, postawa roszczeniowa. A przecież to dziecko, które tupie na nas i gniewne mruży oczy nie jest złe, nawet nie jest rozpieszczone, ale kontrolka alarmowa pali się ostrą czerwienią i czas coś zrobić. Wtedy pojawia się - o zgrozo, kto by pomyślał - zdanie wygrzebane z najdawniejszej przeszłości: 

Kiedy to ja byłam/byłem w twoim wieku.... 

Problem w tym, że sami doskonale pamiętamy, jakie wtedy wywarło ono na nas wrażenie: w większości żadne, u nieco bardziej empatycznych osobników może wywołało krótką chwilę pożałowania, że babcia lalkę ze szmat miała, a mamusi raz w roku w jakimś peweksie coś tam kupili z prawdziwej czekolady. Tylko co to wszystko ma wspólnego z tu i teraz? Bo rzeczywiście raczej niewiele i nawet dziecko rozumie niespójność czasoprzestrzenną naszej argumentacji. Uświadomienie sobie, bądź komuś, że coś jest za drogie też wymaga ugruntowania w młodym rozumie elementarnych podstaw ekonomii: coś jest za coś. Niemieckie Ministerstwo ds. Rodziny, Seniorów, Kobiet i Młodocianych poświęciło tematowi kieszonkowego przy współpracy z kuratoriami nie małą uwagę. Wszystko po to, żeby, jak czytamy na jego stronie, już najmłodsze dzieci nauczyły się świadomego obchodzenia z pieniędzmi i ich wartości, oraz planowania własnych wydatków, nawet jeśli to będą lizaki (to już moja własna interpretacja). Początkowo trochę się z tego podśmiewałam, że urząd niemiecki mówi, ile bewzwolni rodzice mają dawać pieniędzy pięcioletniemu dziecku, ale po głębszym zastanowieniu ma to sens. Jest zawsze jakąś zewnętrzną i obiektywną skalą, do której można się odnieść. Bobek i Mała Mi powoli uczą się, że jeżeli nie będą uważali na swoje rzeczy, to z pieniędzy ze skarbonki kupimy zamiast lodów nowe buty, a w tym wieku perspektywa  wydania  własnych oszczędności na podobne cele nie zachwyca. 

Ale jak to się ma właściwie do książek, o ile nie chcę skłonić nikogo do czytania dzieciom o makro- i mikroekonomii dla najmłodszych? Ano, od książki jak zwykle wszystko się zaczęło i tym razem był to odkryty u lekarza tytuł Where children sleep Jamesa Mollisona. Lekarz jest dziecięcy, więc książka znalazła się tam z myślą o jego małych pacjentach, a może ...  i z myślą o ich rodzicach, kto wie... W naszym wypadku zainteresowała i jedno i drugie. Szczerze mówiąc chyba bardziej zaszokowała. Mnie - jaki niesamowity wpływ ma środowisko na możliwości rozwojowe człowieka już od maleńkiego, moje dzieci - że nie każde dziecko ma swoje łóżeczko do spania, czasem nawet nie ma ścian, na których możnaby dach oprzeć. A zabawki gdzie są...? A z drugiej strony, dlaczego te inne dzieci mają ich tak dużo, a jeszcze inne są bardzo brudne...? No, dlaczego? Od tego czasu Mała Mi i Bobek często wracają pamięcią do albumu Mollisona. Bo jest to album portretujący dzieci z wszelkich stron świata i miejsca, w których śpią, czyli po prostu żyją. Nawet bez czytania dość powściągliwych opisów zdjęć, jest to lektura nie pozwalająca na obojętność. Kto nie może kupić, lub choćby wypożyczyć, na pewno znajdzie kilka zdjęć Mollisona w przestrzeni internetowej... Na moje dzieci zadziałał taki booster wyobraźni, jak żyją i co mają inne dzieci. Teraz, w czasach nutelli i xboxa. Na mnie też i postanowiłam choć minimalnie zmienić pewne rodzinne przyzwyczajenia, także w zakresie czytelnictwa. Niedawno Mała Mi, która otrzymała w prezencie książkę, obruszyła się, że książka TO NIE PREZENT, w końcu cały czas kupujemy nowe... Jest w tym zresztą dużo prawdy, podobnie jak w stwierdzeniu, co za dużo to niezdrowo. Dlatego wyruszyliśmy rodzinnie do naszej najnowocześniejszej biblioteki (która ostatecznie wcale nie jest fajniejsza od tej lokalnej...), w której dzieci znalazły sobie aktualnie najulubieńsze książki. Książki, które ostatecznie trzeba jednak oddać... czyli nie są wcale moje ani nasze, tylko wszystkich. A potem można wytłumaczyć, dlaczego, nawiązując do tych biednych dzieci ze zdjęć... 
Na obopólne pocieszenie jest fakt, że z biblioteki wychodzimy obładowani kolejnym stosikiem lektur, nie wydając przy tym nawet przysłowiowego grosza...




środa, marca 28, 2018

Veni vidi (legi) w Berlinie

Berlin. Lubię to miasto, w którym o literaturę potknąć się można na każdym kroku, nawet nie wstępując do księgarni czy antykwariatu,  miasto które naprawdę żyje niemieckim programem społeczeństwa jednoczącego wszelkie narodowości i kultury. Nie ma chyba drugiej tak heterogenicznej metropolii w Europie, której topografię i charakter ukształtowały najpierw rozłam a potem nie kontrolowane zderzenie Wschodu z Zachodem. Dzisiejsza berlińska schiza schizmy nadal przyciąga i zaskakuje. Na przykład, kiedy w aktualnie modnej kawiarni Śródmieścia prosisz o presso (co dopiero muckefuck w dzielnicy Moabit...) i okazuje się, że obsługa zupełnie nie zna języka niemieckiego, więc powtarzasz zamówienie po angielsku... Berlin to od lat mekka artystów, polityków, alternatywców, hipsterów prawdziwych i zrobionych, socjalnie słabych, designerów, bezdomnych i coraz liczniej przyjeżdżających tu turystów. Wszystkich jest tu po trochu, razem prawdziwy kolaż spełecznej różnorodności. To tutaj bardziej, niż w każdym innym niemieckim mieście obecna jest kampania Caritasu #unerhört (co przetłumaczyłabym w tym kontekście jako #niesłychane).

(Niesłychane! Ci bezdomni.
 #wysłuchaj teraz na unerhoert.de)


Przez jakiś czas zajmowała mnie literacka mapa Berlina, zupełnie jeszcze nie sprecyzowane pojęcia berlińskiej powieści i literatury przełomu, dawno jednakowoż obecne w języku krytyki literackiej i felietonu. Przebrnęłam przez tysiące stron książek od Christy Wolf po Thomasa Brussiga, czując się jak Faust w scenie otwarcia (Urfaust!), czyli wcale mądrzejszą z tą wiedzą niż bez niej. Dziś chętniej czytam Berlin przez pryzmat życia i twórczości Kurta Tucholsky'ego czy Alfreda Döblina, których życiorysy są miniaturą społecznej historii Niemiec pierwszej połowy dwudziestego wieku. Berlin jako metropolia, pochłaniająca i wypluwająca jej mieszkańców, niczym monstrualny gömböc z węgierskiej legendy, która, swoją drogą, opowiadana jest nawet małym dzieciom, a we mnie do tej pory budzi strach).  I daję się prowadzić L. i A. po Berlinie, który jest ich miastem.

W trakcie takich eskapad trafiamy zwykle na jakiś modny sklep z wystrojem wnętrz, albo alternatywną knajpę, czasem nie obejdzie się bez akcentu polskiego i mijamy swojsko wtopiony w berlińskie zaułki Klub Polskich Nieudaczników, których Manifest możecie sobie przeczytać o tutaj. 

Zdjęcie by Dirk Ingo Franke, bo lepsze, niż moje własne.
Źródło; https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=40462444


A jeśli już o polskich klimatach w Berlinie mowa, to znajduje się tutaj także galeria polskiego plakatu o wdzięcznej nazwie Pigasus, w której poza fantastycznymi plakatami (oto link do sklepu internetowego galerii - Kto ma trochę niezagospodarowanych ścian w domu i szuka alternatywy dla obrazków z Ikeii, niech koniecznie zajrzy!), jest jeszcze nieco filmów i muzyki z szerzej niż Polska pojętego Wschodu. Niestety trudno nie zostawić trochę grosza, a raczej trochę więcej euro (z góry wyjaśniam, że nie jest to post sponsorowany).




Jeżeli kto ma ze sobą nieletnie towarzystwo, może ewentualnie nieco się rozpędzić i z przedłużenia Danziger Straße skręcić w Senefelder Str. i dojechać wprost do MACH mit! czyli Muzeum dla dzieci, względnie zabrać pociechy na dziecięcy pchli targ (moje dzieciaki to uwielbiają!).
W końcu berlińskie pchle tragi to swoisty mikroklimat, gdzie słodki zapach salepu miesza się z kwaśnymi oparami piwa, w skrzyniach i kartonach piętrzą się obok antyków najzwyklejsze śmieci i jestem głęboko przekonana, że wszystko to znajdzie gdzieś kiedyś jakiegoś nabywcę. Berlin jest stolicą niemieckiego second handu. Szwendam się po Mauerpark, (rzeczywiście, kiedyś zaraz obok stał tutaj mur berliński. Bernauer Straße to jedno z kultowych miejsc historycznych wiwisekcji w Berlinie.) Książki jako towar najwyraźniej wychodzą z mody, za to znalazłam kafelki z Kafką!  Za straganowymi stołami stoją projektanci, artyści wszelkiego pokroju i twórcy typu self made. Ostatecznie zawsze coś mnie zwiedzie na pokuszenie, tym razem jest to monochromatyczny świat Dirka Verschure. Kupuję album life how it's supposed to be z dedykacją autora dla Bobeczka i Małej Mi, która od trzeciego roku życia jest fanką czarnego humoru Joscha Sauera (nichtlustig), a jego komiksy regularnie wyszukuje sobie na domowych półkach z literaturą niedziecięcą. Myślę, że twórczość Dirka Verschure też przypadnie jej do gustu. 








#
Wszystkie trzy obrazki pochodzą z albumu Dirka Verschure life how it's supposed to be.

W parku przy Bernauer Str. jest też knajpa/ogródek piwny/restauracja/scena muzyczna/klub karaoke - taka przestrzeń jak Pokój Życzeń (The Room of Requirement) z Harrego Pottera. Tutaj nazywa się on Mauersegler (taki bardzo milutki ptaszek o nazwie jerzyk, który w locie potrafi nawet spać, przy czym polska nazwa nie oddaje niemieckiej aluzji do słowa mur).

I tutaj okazuje się, że najkrótsza droga z Berlina do Budapesztu prowadzi przez meandry skojarzeń w mojej głowie. Kiedyś bowiem znalazłam na ulicy malutkiego jerzyka, który pewnie nieszczęśliwie wypadł z gniazda i szczęsliwie nie skręcił sobie przy tym karku. Podobnie, jak każde inne znalezione zwierzę, i jego postanowiłam (ku radości A.) uratować. Teraz, doświadczona życiem, mogę powiedzieć, że utrzymanie jerzyka przy życiu nie jest bynajmniej sprawą łatwą, bo, nie wspominając o zdobyciu odpowiedniego pożywienia (w innym wypadku jerzyki gubią pióra i zdychają) i zahibernowaniu go (tego pożywienia, oczywiście!), co by nie uciekło, trzeba jeszcze wciskać je takiemu nieszczęsnemu ptaszkowi do samego żołądka, czasem nawet kilkakrotnie. Nasz jerzyk pomieszkiwał w łazience (z przyczyn oczywistych) przez jakiś tydzień, zamiast gniazdka mając do dyspozycji z braku lepszego lokum przepiękną ceramiczną misę, zdobytą w jednym z moich ulubionych pracowni artystycznych Pesztu... Wystarczyła zatem jedna chwila przy berlińskim Mauersegler i... znów TAM jestem, z najczystszą w swojej postaci, bo platoniczną miłością mojego życia, z MOIM (a żebyście wiedzieli!) miastem - Budapeszt!


Mauersegler czyli jerzyk, który zamieszkał z nami
na czas nielotności, bo tak to się chyba u ptaków powinno nazywać...


Epilog do historii o jerzyku (dla dociekliwych oraz niespokojnych o jego losy).

Nasz jerzyk nie tylko przeżył, śpiewając pięknie wieczorami ze swej budapeszteńskiej misy, ale też nauczył się przy trzecim podejściu latać (uczyłam go ja, ale to już naprawdę inna historia...) po czym odleciał i wierzę, że latał tak jeszcze długo i szczęśliwie.






sobota, marca 24, 2018

Musierowicz wiosną

Nareszcie! Długo wyczekiwana (zwłaszcza po nie trafionych proroctwach mikołajkowych) kontynuacja Jeżycjady zawitała do księgarń, a stamtąd za sprawą moich najdroższych Rodzicieli listem poleconym przybyła prościutko pod mój dach. Ach... ach..- kolejne unisono młodzieńczych serc w wersji Małgorzaty Musierowicz. Czy to może się kiedykolwiek znudzić?  (pytanie retoryczne) Chwała niech będzie szczęśliwej  prokreacji, dzięki której nie tylko zostałam właśnie ponownie ciotką (zgryzotką?), ale także dzięki której po Borejkach posypały się kolejne pokolenia Górskich, Strybów, Pałysów i innych Robrojków i wszystko zapowiada, że ten afirmacyjny stosunek do życia nie zostanie w najbliższym czasie przerwany! (straszne farmazony tu wypisuję...)
Dzisiaj w metrze wypatrzyłam pewnego mężczyznę, którego mądre oblicze okraszone jasnym zarostem i okularami, gęsta, aczkolwiek starannie przycięta czupryna oraz wysportowana sylwetka, a także nienaganny ubiór kazały mi zaopniować, że mam oto przed sobą bardzo przystojnego osobnika płci męskiej, egzemplarz wręcz wyjątkowo udany, a niech mnie nawet o seksizm posadzą! I nagle to uosobienie męskości otwiera torbę, wyciąga z niej smakowicie opasłe tomidło i zagłębia się w lekturze!! Gdyby nie to, że nadal jestem szaleńczo-obłąkańczo zakochana, oczywiście we własnym mężu (który bynajmniej nie stroni od książek), chyba zaryzykowałabym hamowanie awaryjne, żeby bez zbędnych ceregieli paść męskiemu czytającemu w ramiona...
To ta wiosna! I ta książka!

środa, marca 14, 2018

Mariusz Szczygieł jest kobietą!

... choć może w sensie niedosłownym, a jednak jego niepozorny Kaprysik to brawurowy literacki coming out roku minionego w Polsce. Damskie historie, więc książka o kobietach, czyli tak zwana literatura kobieca?... Czyli, że żaden szanujący się facet po nią nie sięgnie, a szanująca się kobieta to najwyżej w tajemnicy przeczyta? Mam na bakier z tym nazewnictwem, które zamiast dowartościowywać pierwiastek żeński, szufladkuje. A jeśli autor, więc z założenia mężczyzna, para się kobiecymi tematami, może z tego wyniknąć wszystko. U Szczygła wyniknęło jak zwykle coś godnego uwagi i chyba z czystej genderowej przekory ta różowa okładka, w końcu tekst powinien obronić się sam.
Ósmomarcowe kwiatuszki dogorywają w wazonach, codzienność podąża wytartym (głównie przez męską część naszego gatunku) szlakiem i na kolejny rok można zapomnieć o kobietach, tak, jak zapomina się o Dniu Walki z Rasizmem i Dniu Liczby Pi (który obchodzimy właśnie dziś), bo to w końcu takie samo święto, czyli stan wyjątkowy. Podczas kiedy liczbę Pi podobno należy celebrować chodząc w kółko i zjadając okrągłe ciastka, kobiecie tego jednego dnia w roku należy się kwiat cięty  jako wyraz uznania faktu, że żyje, choć nie jest mężczyzną.

Mariusz Szczygieł chyba postanowił oddać to zdziwienie, tą odmienność i zamiast dowcipem, ironią czy ignoranctwem posłużył się inteligencją bacznego obserwatora, ciekawością człowieka zdolnego usłyszeć i zobaczyć. Pisząc tak subtelnie i mądrze o kobietach zupełnie odmiennych, nie popada w banał. Wrażliwość godna kobiety. Czytałam i czułam,  że rozpiera mnie nieuzasadniona duma, wynikająca tylko z faktu bycia jedną z nich, bohaterek własnych żyć.
Zastanawiam się, czy to j e s z c z e  są reportaże, forma, którą autor Szczygieł opanował do perfekcji. Z pewnością jest w tych historiach jakaś głęboka wrażliwość i pochwała intymnej codzienności. Mariusz Szczygieł, tym razem jako redaktor, w ramach pewnego wywiadu próbował się w typologii polskiego reportażu,  podkreślając przy tym jego portretującą wartość: To wielka sztuka napisać taki spokojny, pozytywny tekst, który nie znudzi czytelnika. (culture.pl). Zdaje się, że jeszcze większą sztuką jest napisać po ludzku o kobietach. I to nie od święta.




Mój własny Kaprysik









środa, lutego 21, 2018

Podróż życia drugą klasą

Właściwie wcale nie chciałam pisać na ten temat.
A przynajmniej nie w ten sposób, nie czerpiąc z własnego doświadczenia, nie traktując całości zbyt osobiście. Zgadzam się (także z Tobą, H., choć wątpię, że czytasz moje słowa), że blogowanie to kolejny akt ekshibicjonizmu, do tego beznadziejnie egocentrycznego: Patrzcie i czytajcie z tego wszyscy, to jest bowiem zdanie moje, które wprawdzie niewiele znaczy wśród milionów zdań innych, a jednak nieomylna jest wiara moja w jego wyjątkowość!
I może naprawdę szkoda na to wszystko czasu Waszego i mojego. Bo niby jest na bq o książkach, a skoro mieści się w nich wszystko, jest jakby i o życiu, o mnie i o Tobie. o tym, czego brakuje, a co jest dookoła, o tym co namacalne, albo żyje tylko w głowie. O wszystkim i o niczym, z sensem i bez niego.
Ale skoro nadal czytasz, doczytaj jednak do końca, bo dzisiaj po prostu muszę podzielić się myślami, za którymi stoi ludzkie życie, a może i miliony żyć, o których nikt nigdy nawet słowem nie wspomni, a już na pewno książki im nie poświęci.

Wczoraj obejrzałam króciutki reportaż Spiegel tv, rozpoczynający się słowami (piszę z pamięci, więc chodzi o ogólne przesłanie): Emigranci wnoszą do naszego kraju (RFN) niestety nie tylko bogactwo kulturowe, ale także zacofanie, co pokazuje ten materiał...
Materiał zaś pokazuje wiecznie uśmiechniętego, zadowolonego z siebie Ahmeda (oczywiście, a jakżeby inaczej!), który aktualnie wraz z dwiema żonami i szóstką dzieci, żyje na koszt państwa i gminy w małym miasteczku na północy Niemiec, nie potrafi czytać ani pisać, pracować nie chce, za to chciałby mieć ze dwadzieścioro dzieci i jak Allah da, jeszcze ze dwie żony, a baba Merkel jest najwspanialsza i Ahmed bardzo jej dziękuje. Obejrzałam i przysłowiowy szlag mnie trafił. Używając logiki redaktora mogę skomentować całość jednym zdaniem: Niestety rówież w demokratycznym kraju z wolnością słowa i dostępem do wszelkiej wiedzy, dziennikarze potrafią zmontować propagandowy chłam. Bo jak inaczej rozumieć to coś, czego nie powstydziłby się sam Viktor Orbán, a w sumie wystarczyłoby dodać węgierskie podpisy i spot na bliskie wybory byłby gotowy?! Teraz popatrzcie sobie durni Niemcy, i popatrzcie ku przestrodze wszyscy inni Europejczycy czystej rasy, szlachetnej cywilizacji i jedynego słusznego wyznania, jakich imigrantów nawpuszczaliście! Nie dość, że taki Ahmed zacofany i szowinista, to jeszcze w ogóle socjalizować by go trzeba. Jaki przekaz generuje Spiegel tv, poniekąd poważne medium docierające do szerokich mas odbiorców pokazując jednego spośród 1.444.877 imigrantów ubiegających się od 2015 roku o azyl w Niemczech (to dane Bundesamt für Migration und Flüchtlinge, w skrócie: BAMF-u, niemieckiego Ministerstwa ds. Migracji i Uchodźców)? Jeśli uświadomić sobie fakt, że większość tzw. normalnych obywateli nie ma najmniejszej choćby styczności z ludźmi, którzy dotarli do Europy z krajów arabskich Bliskiego Wschodu na fali migracyjnej w ostatnich trzech latach, rodzi to obraz niemożliwie skrzywiony, a przy okazji - niestety - perfekcyjną pożywkę dla nacjonalistycznych, rasistowskich i wszelkich tym podobnych ultraprawicowych  zapędów.
W końcu trudno się z tym nie zgodzić: nikt nie chce utrzymywać takiego Ahmeda, nie chce mieć takiego sąsiada, generalnie niepojęte jest dzielić z nim nasz drogi europejski Lebensraum. Czyżbym przesadziła? Bynajmniej, wierzcie, że z mediów i ust zwykłych ludzi płynie dawna, lekko odkurzona retoryka, ta sama nomenklatura, te same lęki, ta sama brązowa zupa, do której wszystko można wrzucić w imię mojego prawa i mojej wolności.

Ahmedów (bo kto by tam ich dokłałnie znał) nie chcą przede wszystkim inni, jak należałoby politycznie poprawnie napisać, obywatele z tłem migracyjnym, tzn. ci lepsi migranci, którym należy się partycypowanie w dobrach ich nowego kraju. W końcu oni są w nim już od dawna, biali nawet od urodzenia, są Europejczykami i są chrześcijanami, a przynajmniej mają na to papier. Oni jedzą przy stole jak cywilizowani ludzie, nie zakładają żadnych tam burek i czadorów, nie kucają na śmiesznych dywanikach. Poza tym oni mają pracę, często nie odpowiadającą ich kwalifikacjom i wyobrażeniom, mimo to dzielnie sprzątają, zmywają i pielą tym Szwabom i Angolom, którymi niekiedy wręcz gardzą, ale jednak pracują i robią to szybciej i lepiej niż ktokolwiek inny. A kiedy już zarobią, to jadą do domu, wstępując po drodze do kantoru i sobie odbijają, budując dworek rodem z Soplicowa. Dwie kolumienki podpierają to całe szczęście. Lekko tylko pukniętym bmw, dobrze zresztą wyklepanym, wiadomo, przez swojego fachowca, jadą do plazy na zakupy w markowych sklepach i żyją każdym takim urlopem w Polsce, Rumunii czy Bułgarii, aby potem wrócić do żmudnej codzienności u duńskiego rolnika, niemieckiego staruszka przykutego do łóżka (strach pomyśleć, co on robił siedemdziesiąt lat temu), do irlandzkiego pubu lub holenderskiego ogrodnika. Ale TO jest ten lepszy sort migrantów: Ja ja, Magda macht das schon! Thank you, guys! Pełna (samo)akceptacja. Jest nawet bilateralna nadzieja, że oni kiedyś wrócą do siebie z odłożonym hajsem, aby pięknie i godnie się zestarzeć, a niechby i czcigodnie zemrzeć po złotej jesieni życia na ojczystej ziemi.


Sa jeszcze inni, którzy wyjeżdżając/przyjeżdżając całe swoje siły poświęcili na to, żeby idealnie wtopić się w otoczenie, starają sie być bardziej niemieccy niż przeciętny Niemiec, bardziej angielscy niż najstarsi wyspiarze. Ta motywacja karmi się często nieuświadomionym albo raczej zepchniętym do nieświadomości wstydem ludzi, ktorzy w głębi duszy uważają się z racji swojego pochodzenia za gorszych. Czasem spotykam takich rozpaczliwie próbujących zamienić twarde słowiańskie r na niemiecką głoskę szwa, albo takich, którzy pytanie o pochodzenie uważają za największą obelgę i rumieniąc się odpowiadają z naciskiem, że z Berlina... 

Kiedyś G. sprezentowała mi książkę pod tytułem Wir Strebermigranten (My migranci prymusi). Autorka: Emilia Smechowski. Dedykacja G.: Für uns, "Strebermigranten". Dedykacja autorki (w oryginale) Babci Basi. Aha, więc jednak Polka... chociaż najwyraźniej Niemka... Autorka zastanawia się w swojej książce nad własną tożsamością i nad tym, skąd wzięła się potrzeba, aby ze swoim dzieckiem rozmawiać po polsku. Wtedy, kiedy będąc małą dziewczynką wraz z rodziną uciekła do Berlina (Zachodniego) cele były jasne: nie rzucać się w oczy, (jak najszybciej) nauczyć się mówić po niemiecku, mieć najlepsze oceny w szkole, dostać (dobrą) pracę, zarabiać dużo (marek) i kupić sobie za to dostatnie (zachodnio)niemieckie życie, tożsamość tubylca, która najwyraźniej nie do końca pokrywa się z nowym paszportem. Emilia Smechowski opisuje osobiste doświadczenie emigracji, a jednocześnie kreśli miliony podobnych emigracyjno-imigracyjnych życiorysów, które łączy przede wszystkim jedno: przeświadczenie o prawie do wyboru tej drogi i szansie, którą trzeba było wykorzystać. Czasem taki Harald Schmidt rzucił niewybrednym dowcipem o Polakach, czasem usłyszało się starą jak świat maksymę Heute gestohlen, morgen in Polen (Dzisiaj skradzione, jutro do Polski wywiezione) ale co prawda to prawda: Frau Halina i Herr Jarek to gute Menschen, po prostu niezastąpieni, herzlich willkommen w naszym gastlandzie. Oprócz Polaków kierunek Zachód obrały setki tysięcy obywateli byłych republik radzieckich, niemieckich Turków, zwykle rodzin powojennych gastarbeiterów oraz niegdysiejszych Jugosławian. Teraz to już wszystko nasi i sami swoi - nawet trzecia generacja Familie Lisitzky, Schalewsky, Novak, niemieccy do szpiku kości, dobrze wykształceni, co roku lecą z dziećmi na Majorkę, do Aldiego podjeżdżaja nowym Audi, nawet mieszkanie mają już własnościowe. To właśnie oni nie chcą Ahmedów, ich obecność traktują jako powrót do przeszłości, o której za wszelką cenę próbują zapomnieć, jakby ktoś mógł dopatrzyć się podobieństw... Także w swoich poglądach politycznych są radykalni do bólu, jakby musieli ciągle coś udowadniać i spłacać dług lojalności względem rdzennych współplemieńców. A jednak głęboko w nich nadal istnieje nieznośna ambiwalencja i sami gubią się w rozważaniach, gdzie to jest u nas, a kto to ci nasi i wasi. Czasem w przypływie radości pozwalają sobie zauważyć, że Podolski i Lewandowski, i przecież też nasz papież, a nawet kilku Noblistów... W domowym zaciszu lepią pierogi, świątecznego karpia nie zamieniliby na żadny pudding tego świata i cieszą się widząc na sklepowych półkach echt polską żubówkę. Jednak na co dzień bardzo chcą być tutejsi, lepsi. Emilia Smechowski daje głos tym cichym, niepozornym masom migrantów pierwszej kategorii. Tym lepszym.

Gorsi to rzecz jasna nasz Ahmed i inni napływowi z Syrii, Iraku czy innego jakiegoś Iranu. Muzułmańska ciemnota, która chce nas wykorzystać/wysadzić w powietrze/zislamizować. Podobno, bo szczerze mówiąc w rzeczywistości wcale tych ludzi nie znamy. Tylko tyle, co w mediach pokazują, Ahmeda na przykład. I tutaj rodzi się mój bunt i tutaj będzie osobiście, bo ja także nie toleruję Ahmeda z reportażu Spiegel tv ale tak po ludzku wiem i wierzę, że wśród mas uchodźców są setki tysięcy twarzy, imion, losów. Jeśli Spiegel tv może wybrać jeden z nich, wybiorę i ja i posłużę się bq jako medium, żeby choćby tylko kilku odbiorców dowiedziało się o tej innej twarzy ludzi drugiej kategorii.

Golshirin. Tak ma na imie Afganka, kobieta, której próbuję dać minimalną szansę na normalne życie w jej, pardon, naszej nowej ojczyźnie. Od niedawna Golshirin potrafi napisać swoje imię, nazwisko i widzę, ile ta umiejętność daje jej radości. Całe strony zeszytu zapełnia coraz pewniejszymi literami. Napełnia mnie to dumą, którą odczuwa nauczyciel szczególnie pojętnego ucznia. Golshirin pochodzi z południa Afganistanu, z miejscowości, w której Talibowie mają władzę absolutną, dlatego Golshirin, jak na kobietę przystało, nigdy nie chodziła do szkoły, nie miała szansy nauczyć się pisać ani czytać. Golshirin ma za to piatkę dzieci, samych chłopców, z którymi wraz z mężem udało jej się przeżyć karkołomną przeprawę przez Iran, Turcję, Morze Śródziemne, Grecję, Bałkany, Węgry i Austrię, żeby ostatecznie znaleźć się w południowych Niemczech, a jednak żadne ryzyko nie było dla jej rodziny większe od pozostania w rodzinnych stronach, gdzie brzuch najstarszego z synów rozerwany został przez odłamki bomby (Mówili: chodź, chodź, są pieniądze, a potem.. bum) i chociaż ta historia skończyła się tylko olbrzymią blizną, strach pozostał. Golshirin ma meża, który przynosi nam mocną herbatę, do tego cukier w kostkach jako słodycze i przy każdej sposobności powtarza, że jego żona jest mądra i prawie wszystko rozumie (a więc są i tacy muzułmańscy mężczyźni i nawet jeśli to nie większość, i tak dobrze o tym wspomnieć). Rzeczywiscie, Golshirin jest naprawdę mądra, nie potrafiąc czytać, skrupulatnie powtarza wszystko, czego się wspólnie nauczyłyśmy i jestem wciąż na nowo zdumiona, jak bardzo przygotowuje się do naszych lekcji. Golshirin potrafi policzyć już sama pieniądze, sprawdzić, która godzina, nawet rozeznać się w rozkładzie kursów lokalnego autobusu. Uczymy się, kiedy najmłodszymi dziećmi zajmuje się ich ojciec. Wdzięczność Golshirin jest bezbrzeżna, a przecież nie daję jej pieniędzy, a kiedy spytać, czego sobie życzy, mówi, że kontaktu z innymi ludźmi, żeby nauczyć się języka, móc kogoś poznać. Tymczasem poza naszymi spotkaniami w źyciu Golshirin nie dzieje się nic. Dla najmłodszej trójki nie ma miejsc w przedszkolach naszego wspólnego miasta, więc siedzą w przydzielonym im dwupokojowym lokum, w domu migranta (na wyposażenie którego składają się: szafa, stół, cztery krzesła  oraz kilka materacy). Ostatnio ktoś podarował im stary telewizor. Przy jego podłączaniu do sieci zdarzają się zwarcia, ale telewizor działa i dzieci strasznie się cieszą. Przynajmniej chociaż w ten sposób mają kontakt z tutejszym językiem.) Naprawdę jest czego zazdrościć? Takich niebotycznych korzyści? Mąż Golshirin nie myśli o niczym innym, jak móc zrobić prawo jazdy i pracować jako zawodowy kierowca, jeździć autobusem. Kierowców brakuje dotkliwie, ale minie jeszcze dużo czasu, wypełnionego biurokracyjnym obrządkiem, zanim te dwie potrzeby się spotkają. Golshirin tymczasem wymsknęło się ostatnio dość nieśmiałe marzenie w zalążku: jeśli kiedyś nauczy się pisać i czytać, dzieci podrosną, to też mogłaby znaleźć jakąś pracę... Tymczasem nikt nie zna Golshirin w jej nowym kraju, nie piszą o niej w gazecie, nie przyjechała pod dom imigranta ekipa telewizyjna. Kobieta może w każdej chwili zrobić wszystko, na co ma ochotę i nie może nic. Wokół budynku, w którym mieszka, nie ma muru, ten mur jest jest w głowach, dzieli ludzi na lepszych i gorszych, swoich i innych, bo tak zaprawdę jest łatwiej.

Kiedyś, w przyszłości mierzonej latami, a może dziesięcioleciami, migranci drugiej kategorii zabiorą głos, znajdą swoje miejsce, pokończą szkoły, przestaną być anonimowi dla opinii publicznej i społeczeństwa. Być może wtedy napiszą o sobie książkę, tak, jak napisała ją Emilia Smechowski. Teraz tylko nieliczni próbują w ich imieniu przerwać milczenie, np. taka Belgijka Claude K. Dubois, która pisząc, a właściwie rysując Akim court (Akim biegnie), już w roku 2012 (wtedy napuchnięte zwłoki wyrzucane przez śródziemnomorskie fale na wybrzeża Lampeduzy nie skłaniały Europy do głębszych refleksji)  tematyzowała traumę dzieci doświadczonych wojną i uchodźctwem. Choćby w wersji light, bez rozerwanego brzucha. Literatura dziecięca non fiction dla dorosłych. Przyznano jej nawet zaszczytną nagrodę Deutscher Jugendliteraturpreis 2014, podobno w Hiszpanii była najczęściej kupowaną książką w kategorii literatura dziecięca w roku 2016. Realnie rzecz biorąc to zupełnie nieistotne dla losów podobnych Akimowi dzieci, ale może mimo wszystko to jakaś przeciwwaga dla historii o Ahmedzie. 

Ahmed.
Akim.
Golshirin.
Ja.

Ty?



Ja mam, ty masz.. Szansę na normalne życie? - Golshirin uczy się pisać.




Ilustracja z książki Claude K. Dubois, Akim court












Ps. Jedną z ciekawszych książek o życiu migracyjnym w ogóle napisała Vesna Goldsworthy: Czarnobylskie truskawki. Bardzo spodobał mi się fragment:

W przeciwieństwie do kobiety, która dała początek naszemu rodowi, i do tylu innych moich pobratymców, nigdy nie byłam uciekinierką. Nie jestem też uchodźcą. Ani ekspatriantką - to określenie wydaje mi się zarezerwowane dla tych, którzy pochodzą z bardziej uprzywilejowanych stron świata. Gastarbeiterką? Z pewnością nie. Emigrantką? Zbyt rosyjskie.Każde z tych słów kryje egzystencjalny dramat i bagaż kulturowy.

Być może właśnie w tym krótkim tekście zawarte zostało sedno sprawy: Migracja mimo prób ujęcia w statystyki, jest ostatecznie indywidualnym, niesamowicie osobistym doświadczeniem, do tego diametralnie zmieniającym wyobrażenie o tożsamości, poczuciu przynależności i wyobcowaniu. Imię i nazwisko Vesna Goldsworthy to jakby sam w sobie oksymoron czasu i przestrzeni - Serbka, Czarnogórka po kądzieli, a w zasadzie Jugosłowianka, więc obywatelka nieistniejącego już państwa, dla której wszystko to, co łączyło ją z dawną ojczyzną, przynależy czasowi przeszłemu, jest jednocześnie Angielką, kochającą wybrany przez siebie kraj, opisującą najbardziej osobiste doświadczenia w jego języku. Doświadczenie emigracji zawsze będzie łączyć takie kontrasty, z jednej strony wzbogacając, z drugiej ograbiając każdego na swój sposób.

czwartek, lutego 08, 2018

Lektury Małej Mi: Niezła sztuka!

Pierwsze oznaki niespiesznie nadchodzącej wiosny (przebiśniegi, krokusy, nieśmiałe zawilce) cieszą oczy... Jest zatem nadzieja na trochę słońca i kolorytu, jednak póki co, trzeba rekompensować sobie wszechobecną szarzyznę choćby i jakąś fantazyjną lekturą. W wypadku tej dziecięcej zdecydowanie chętniej sięgamy teraz rodzinnie po książki z niebanalną szatą graficzną, dlatego w dzisiejszym poście proponuję Wam trzy całkiem różnorodne w swej formie przykłady na to, że dobra książka dla dzieci może być sama w sobie prawdziwym papierowym dziełem sztuki...


I.

Kanon baśni (Andresen, bracia Grimm, Puszkin) to niewyczerpane źródło inspiracji, chociaż z drugiej strony dla niektórych wydawców to po prostu sposób na łatwy zarobek (brak praw autorskich): płytki tekst i infantylne ilustracje - takich wersji klasyki dziecięcej jest na pęczki. Na szczęście zdarzają się też  bardziej ambitne próby pokazania uniwersalnych historii na nowo.
Giada Francia jest autorką adaptacji Czerwonego Kapturka, Pinokia, Królowej Śniegu i wielu innych dobrze wszystkim znanych opowieści, których język i kompozycja oddają walory swoich pierwowzorów, a ich lektura nie doprowadza  mnie do pasji. Istnieje sporo polskich tłumaczeń baśniowych adaptacji Giady Francii i zawsze to jakaś alternatywa dla setek niemożliwie płytkich i kiczowatych wydań z tekstami ocierającymi się o analfabetyzm autora czy tłumacza, często pewnie obydwojga.
Naprawdę ciekawie zaczyna się robić jednak wtedy, gdy do tekstów Francii dochodzi szata graficzna Agnese Baruzzi, a przede wszystkim jej wycinanki, dzięki którym ozdabiane przez nią książki wzbogaciły formę tzw. cut-paper books. Niestety właśnie tych książek Agnese Baruzzi póki co brak na polskim rynku wydawniczym.  Fantastyczne wycinanki jej autorstwa to jednak prawdziwa sztuka, dla której warto zakupić książki w oryginalnym (lub jakimkolwiek innym dostępnym) języku np. przy okazji następnej wycieczki do Rzymu albo Berlina i samemu opowiedzieć dzieciom historię Alicji w Krainie Czarów czy Piotrusia Pana. Wielowarstwowe wycinanki Baruzzi sprawiają wrażenie trójwymiarowości i naprawdę się nie nudzą. Pewnie dlatego, że do całości dochodzi jeszcze czwarty wymiar - ten magiczny...
Dodatkowo każda jej ksiażka jest inna. Ilustratorka, grafik, designerka Baruzzi bawi się technikami, eksperymentuje z wymiarami, światłocieniem i kolorem. Może przez to nie jest jeszcze zupełnie rozpoznawalna, z drugiej strony proponuje wciąż to nowe formy, nawet dla zupełnie starych i wszystkim dobrze znanych tekstów. Klasyka odkryta na nowo!













II.


Gérard Lo Monaco to kolejny przykład na to, że sztuka może bez zażenowania iść w parze z literaturą dziecięcą. Argentyński ilustrator, paryżanin z wyboru, doceniany i wielokrotnie nagradzany za plakaty, tworzący na potrzeby sceny teatralnej i branży muzycznej, zaczyna kreować i ilustrować książki dla dzieci, przy czym jest to celowym rozwojem kariery Lo Monaco, nie zaś degradacją artysty i próbą rozpaczliwego utrzymania się na rynku sztuki w stylu pop. Nie pop, za to... w stylu pop-up, a to znaczy, że wracamy do gatunku, który jest mi bardzo bliski (patrz tutaj) i nie obiecuję, że to już po raz ostatni. Gérard Lo Monaco wnosi do formy pop-up graficznie wiele ze swych wcześniejszych prac: bardzo przejrzystą kolorystykę, czystość formy, taki artystyczny minimalizm, który najwyraźniej doskonale odnajduje się w nieprzebranym gąszczu książek dla najmłodszych na międzynarodowym rynku wydawniczym.









III.



Mysi domek wymyśliła, stworzyła i napisała w swoim holenderskim atelier Karina Schaapman. Dobra wiadomość: istnieje polskie tłumaczenie książki Schaapman (nawet pozostałych dwóch opowieści o myszkach Julii i Samie). O ile dobrze dedukuję z opisu naszego domowego czeskiego egzemplarza tej książki Dům myšek (kolejna długa historia...), to sama książka jest zwieńczeniem trójwymiarowego projektu. Dom myszek stworzony z kartonowych pudełek, przedmiotów z lat 50-tych, 60-tych oraz 70-tych oraz ze skrawków materiałów obejmuje ponad sto pokoi. Historia myszek, częściowo jako dodatek do wspaniałej szaty graficznej rozwijała się własnym tokiem podczas dopracowywania instalacji, która robi niesamowite wrażenie i ilekroć przeglądam książkę Schaapman fascynuje mnie wciąż na nowo dbałością o najmniejszy nawet szczegół.

Oglądać Mysi domek jest zdecydowanie łatwiej, nie wiedząc niczego o jego autorce. Wtedy refleksja czytelnicza może bez oporu skoncentrować się na podziwie dla pracy Schaapman, dla tego niesamowicie nasyconego detalem bajkowego mikrokosmosu. 

Kiedy przeczytałam w faz artykuł Jörga Thomanna (Eine Welt, wie sie ihr gefällt, dostępny na faz.net), to, co zdawało się być misternie stworzoną bajkową idyllą zyskało znamiona koszmarnego wspomnienia, próby odczarowania smutnego dzieciństwa. Sama Karina Schaapman broni się przed nazwaniem Domu myszek terapią. Woli myśleć o efekcie trzyletniej pracy, jako o spełnieniu swojego marzenia, stworzenia bezpiecznego świata, którego jej samej tak bardzo brakowało.

Nie wdając się w dobitniejsze szczegóły biografii Schapman, szybko staje się jasne, że w Mysim domku nic nie jest bez znaczenia. Niewyobrażalna wręcz była bieda imigranckiego dziecka wychowywanego przez samotną matkę, która oprócz miłości własnemu dziecku nie mogła dać wiele więcej. Pieniędzy nie starczało nawet na jedzenie. Kiedyś matka ugotowała dla chorej Kariny zranionego gołebia, którego udało jej się złapać. Dziewczynka żyła w zupełnym osamotnieniu, nieakceptowana przez holenderskie społeczeństwo i symbolem tego wyobcowania stało się okno w wynajmowanym przez matkę i córkę mieszkaniu, zabite deskami, po tym, jak jego szyba wybita została nie pierwszy raz celowo rzuconym kamieniem. Jedyną lekturą małej Kariny a zarazem namiastką normalnego dzieciństwa była wtedy książka o rodzinie myszek...
Kiedy los zdaje się do niej wreszcie uśmiechać, w mamie Kariny zakochuje się dyrektor pewnego cyrku wędrownego i dziewczynka objeżdżając z nim okoliczne miejscowości czuje się naprawdę szczęśliwa (trzeci tom przygód myszek: Sam i Julia w cyrku), cyrk bankrutuje, matka zaczyna cieżko chorować i ostatecznie umiera zostawiając trzynastolatkę samą w mieszkaniu i w życiu, co w autobiografii Schaapman wspomina jako najokropniejsze doświadczenie w całej swojej przeszłóści.
Wreszcie trafia do ojca, którego nawet ne zna, a który nie chcąc popsuć sobie opinii, zabrania jej wspominania o matce i przedstawia wszystkim, jako kuzynkę pozostałych własnych dzieci. Do tego dochodzi brutalne bicie i poniżanie i w wieku 15 lat Karina ucieka od ojca, trafiając ostatecznie do rodziny zastępczej. Potem jest już tylko gorzej: kontakt z narkotykami, drobne przestępstwa, praca w amsterdamskim seksklubie.
Pewnego dnia, kiedy wstręt staje się nie do zniesienia, Schaapman zaczyna wszystko od nowa i udaje jej się podnieść. Prowadzi tak zwane normalne życie, zakłada rodzinę, zostaje politykiem, a wtedy przeszłość wraca do niej po raz kolejny. Aby uprzedzić głodne sensacji dociekania holenderskiej opinii publicznej, Schaapman wydaje szczerą do granic możliwości autobiografię i tym samym stygmatyzuje siebie oraz rodzinę na długie lata.
I kiedy rozwód, wypalenie zawodowe i niesłabnące zainteresowanie opinii publicznej jej osobą zaczynają  znów ściągać ją w dół, sięga po pierwszą skrzynkę po pomarańczach i zaczyna w nim urządzać dom dla uszytych przez siebie myszek... 

Dzisiaj w Holandii każde dziecko rozpoczynające szkołę dostaje egzemplarz książki Kariny Schaapman, dostało ją także każde dziecko znajdujące się w holenderskich obozach uchodźców. Calkiem prawdopodobne, że Dom myszek będzie jedyną książką ich dzieciństwa. 

Cieszę się, że dla moich dzieci to po prostu piękna i barwna książka o zaczarowanym, maleńkim świecie.



Wszystkie trzy zdjęcia pochodzą ze wspomnianego artykułu w faz,
tutaj Karina Schaapman z gotowym projektem Domu Myszek.







poniedziałek, stycznia 29, 2018

U mnie w domu, w psychiatryku

Tytuł posta brzmi jak preludium do zwierzeń na temat mojej własnej codzienności, którego to tematu pozwolę sobie jednak nie rozwijać... 

Tak naprawdę chodzi o wspomnienia z dzieciństwa i młodości Joachima Meyerhoffa, którego kariera aktorska właśnie osiągnęła bodajże apogeum (niemieckojęzyczny aktor roku 2017). Fakt ten najwyraźniej przysłużył się drugiej artystycznej pasji Meyerhoffa: pisarstwu i aktualnie jego książki ponownie znajdują się na niemieckich listach bestsellerów. Ciekawe, że podczas gdy jako aktor Meyerhoff sprawdza się w najróżniejszych wcieleniach, w swoich książkach opisuje wręcz bezwstydnie tylko i wyłącznie doświadczenia z własnego życia i przeszłości własnej rodziny (gwoli ścisłości należy dodać, że Meyerhoff parając się reżyserskim rzemiosłem skrupulatnie wykorzystał to, co wcześniej napisał).

Nie jest to może niesamowicie wysublimowana literatura, ale wartko się ją czyta. 
Kluczem do sukcesu literackiego Meyerhoffa (póki co nie przetłumaczonego na język polski) jest dość nietypowe miejsce, w którym przyszło mu spędzić dzieciństwo oraz liryczny ale jednak bezbrzeżnie szczery styl, w którym snuje wspomnienia o nim. Wystarczy przeczytać tytuł Wann wird es endlich wieder so, wie es nie war (Kiedy będzie wreszcie tak, jak nie było nigdy), żeby zrozumieć... 


Ilustracja do książki Joachima Meyerhoffa Wann wird es endlich wieder so, wie es nie war,
Wydawnictwo KiWi, próba odtworzenie rysunku jednego z pacjentów szpitala psychiatrycznego
Hesterberg w opowieści autora.



Joachim Meyerhoff jest jednym z trojga synów niegdysiejszego dyrektora zakładu psychiatrycznego dla dzieci i młodzieży Hesterberg w północnoniemieckim mieście Schleswig. I może nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dom dyrektora zakładu, a zatem dom rodzinny małego Joachima znajdował się na samym środku terenu szpitala psychiatrycznego... Obecność bardziej lub mniej upośledzonych pacjentów towarzyszyła naszemu autorowi a zarazem protagoniście każdego dnia, o każdej jego porze. Obok zakładowej gwiazdki, na którą zabierał Joachima tata (szopka betlejemska zawsze kończaca się katastrofą, w najlepszym razie omdleniem lub atakiem epileptycznym jednego z pacjentów-aktorów, bo zdarzało się czasem, że przykładowo jeden z trzech króli nagle zaczynał onanizować się przed publicznością i tym podobne nieprzewidywalne zwroty akcji...), był też zakładowy festyn letni albo doroczne odwiedziny gości-pacjentów na obiedzie urodzinowym ojca. Była wreszcie przeważająca codzienność pod znakiem zniekształconych, niedorozwiniętych i upośledzonych mieszkańców Hesterberga. Poza pojedynczymi wyjątkami cała opisana specyficzna atmosfera składała się na to, co z powodzeniem możnaby nazwać szczęśliwym dzieciństwem, które kiedyś zresztą zawsze się kończy i może z perspektywy upływu czasu nie wydaje się już znów aż takie szczęśliwe.
Na przekór tym filtrom dorosłej retrospekcji istnieje wiele wspomnień, a wśród nich te Joachima Meyerhoffa, które uczą nas, że dziecko potrafi zaaranżowac się niemal w każdej sytuacji, trochę jak w filmie Roberta Benigniego.  I nawet w wariatkowie Życie jest piękne, albo wreszcie takie, jakie nie było nigdy...



autor - aktor Joachim Meyerhoff (źródło: http://hamburgertheaterfestival.de)





piątek, stycznia 26, 2018

Lektury Małej Mi: Eksperyment książka

Wszystko zaczęło się od nonanszalanckiego stosunku Bobka do kolorów. Nasze dziecko konsekwentnie zbywało wszelkie pytania w stylu Jaki kolor ma ten samochód? albo Czy ta kredka jest zielona czy czerwona? i tylko podstępem upewniliśmy się, że owszem, jest w stanie je rozpoznać, jednak istnienie barw jest mu zupełnie obojętne. Nie wyrośnie z Bobka drugi Newton ani Goethe, a przynajmniej obecnie nic tego nie zapowiada...
Dlatego z niewyczerpanego źródła pomysłów zwanego Internetem wyszperałam hiszpańską książkę Meneny Cottin i Rosany Faríi. Okazało się, że istnieje nawet jej polskie wydanie. 
Wygląda ono mniej więcej tak:




Piszę mniej więcej, bo w rzeczywistości ilustracje książki, także ta widoczna na okładce, są zupełnie czarne, różniąc się od tła jedynie fakturą nadruku. Na pierwszy rzut oka jest to może najbardziej nieatrakcyjna książka dla dzieci, jaką można sobie wyobrazić. Do tego stopnia, że Austriacy pryzynali jej autorkom dziewięć lat temu nagrodę Ropuchy Miesiąca (wyróżnienia dla najbardziej niedocenionych książek dla dzieci i młodzieży). Napisać o Czarnej  książce kolorów, że jest monochromatyczna, to użyć eufemizmu. Ona jest po prostu czarna i tyle! I teraz wyobraźcie sobie dojrzałą soczystą truskawkę w kolorze grafitu, czarną trawę i deszcz, czarne liście jesienią... Albo jeszcze lepiej... zróbmy tak, jak proponują autorki, zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie kolor żółty... który smakuje jak musztarda i jest miękki jak puch kurczęcia.... albo kolor czerwony, soczysty jak arbuz i piekący niczym otarte kolano... 
Podsunęłam Bobkowi Czarną książkę kolorów i obserwowałam uważnie, kiedy jakby zupełnie naturalnym odruchem rekompensował sobie zmysłem czucia, wodząc rączką po kolejnych stronach, wrażenia, których oko nie było w stanie oddać. A potem połknął bakcyla i długo wymyślaliśmy, jak pachną i wyglądają kolory. Dość nieudolnie, ale jednak bezbłędnie nasz synek opowiedział o czerwonym wozie strażackim, białym mleku dla kota, żółtym słońcu i dodał, że truskawka jest czerwona, a nie czarna... Voilà!




Miłym dodatkiem do całości jest tłumaczenie dla niewidomych oraz alfabet Braille’a na końcu książki. Ten aspekt zafascynował Małą Mi, która najwyraźniej zainspirowana lekturą Czarnej książki kolorów aktualnie regularnie życzy sobie, aby poczytać jej o życiu niewidomej baleriny Alicii Alonso, ale to już zupełnie inna historia i temat na kolejny post bq...


Teooria kolorów, Johann Wolfgang Goethe 


Ps. A skoro była już mowa o J.W. Goethe'm to chciałam jeszcze krótko napomknąć o jego, może i najbardziej wszechstronnej, choć obiektywnie rzecz biorąc raczej nietrafionej teorii kolorów, o której oczywiście nie omieszkał napisać książki. Jak powszechnie wiadomo, Goethe znał się na wszystkim, od budowy dróg (... mała ironia za Heinrichem Heine. Och, czy ja już Wam o nim pisałam? A jeśli nie, to dlaczego?!), przez medycynę po dramat antyczny, więc wcale nie dziwi, że interesowal go także fenomen istnienia barw i, co ostatecznie okazało się istotniejsze dla zwolenników tez Goethe'go: oddziaływania kolorów.
Fizyka stanęła po stronie Newtona ale psychologia do dziś czerpie z Goethego, który słowa wprowadzał w czyn z wprost nieporównywalną konsekwencją i tak jego weimarski dom fascynuje (to chyba najbardziej zostało mi w pamięci z wizyty na literackim Olimpie Niemiec...) przemyślaną kolorystyką wnętrz, w której, jak w całym życiu Goethe niechętnie zdawał się na przypadek. 

środa, stycznia 10, 2018

O rodzinie bez podtekstów: thriller psychologiczny zwany potomstwem

10 Euro. Tyle gratyfikacji finansowej przyznawanej jest rokrocznie laureatowi najbardziej prestiżowej francuskiej nagrody literackiej Prix Goncourt. (Miłym dodatkiem do nagrody są: międzynarodowa sława, wstęp na salony literackie, a przede wszystkim najlepsze miejsca na księgarnianych półkach.) Za niespełna połowę tej kwoty kupić można dziś polskie tłumaczenie książki Chanson douce, za którą Leïla Slimani nagrodzona została rzeczonymi dziesięcioma euro w roku 2016. Z przeceny, bo w Polsce Kołysanka nie zdobyła szturmen list bestsellerów i być może jest to kwestią czasu, niefortunnego marketingu albo przejawem naturalnego mechanizmu obronnego polskiego czytelnika.

Niemowlę nie żyje. 
To zdanie otwiera książkę Slimani. I, aby nie było wątpliwości - umiera, choć nie bez walki, jeszcze jedno dziecko. Trywialnie można by powiedzieć, że od początku jest już posprzątane, gdyby nie ten straszny bałagan, woda rozchlapana w łazience i wszędzie pełno krwi (aż dziwne, że w małym dziecku tyle się jej mieści!) To nie spoiler, to fakt z pierwszej strony Kołysanki. Sama autorka nie chce pozostawiać złudzeń. Dalej nie będziemy już szukać odpowiedzi na to, CO się stało, tylko DLACZEGO? 
Dlaczego dwoje małych dzieci musi zginąć? - to pytanie na płaszczyźnie fabuły literackiej. Dlaczego Leïla Slimani podwójnie złamała tabu (zabójstwo małego dziecka), z którym nie radzą sobie nawet kryminały? Czy to jest cena  dziesięciu euro fundowanych w imieniu braci Goncourt? Ale w takim razie dlaczego właśnie ta książka stała się we Francji bestsellerem, nawet zanim uhonorowano jej autorkę, nota bene matkę dwójki dzieci?

Fabuła jak z serialu: zakochana para, ślub, wspólne ładnie urządzone mieszkanie w dobrej dzielnicy, stabilny status społeczny, który daje dobra praca, kariera. Życie względnie pięknych, względnie młodych i względnie bogatych. Do kolekcji brakuje tylko dzieci, a skoro nic nie stoi na przeszkodzie, to pojawiają się i one, jedno po drugim. Oczywiście jest i dziewczynka i chłopiec, dla dopełnienia impresji szczęścia. I nagle robi się w tym idealnym życiu za ciasno - archetyp odwiecznych wyborów pomiędzy byciem rodzicem a poczuciem niezależności, między domem a pracą, między stabilizacją a wolnością. Te wybory też wydają się dość przyziemne, zredukowane do twardej waluty, czasu pracy i godzin otwarcia przedszkola. A jednak Leïla Slimani uderzyła w nerw współczesnego społeczeństwa, które choruje na rozdwojenie jaźni, z jednej strony stawiając rozwój zawodowy na najwyższym piedestale, z drugiej propagując obraz rodziny jako największego ludzkiego dobra, żeby jednocześnie wpajać ci, że samospełnienie i autorozwój są jedynymi słusznymi racjami bytu jednostki.  Karmimy się tymi sprzecznymi informacjami zupełnie zatracając poczucie rzeczywistości, w której zawsze coś odbywa się kosztem czegoś innego, idealne scenariusze nie sprawdzają się, jak widać, nawet w książkach, a chyba tylko w serialach, których ramy czasowe rzeczywiście nie zmuszają do żadnych kompromisów. 

Adam i Mila wcale nie musieli zginąć. Było dość czasu i wyraźnych sygnałów, aby temu zapobiec. Zabrakło konsekwencji i decyzji. I najgorsze jest to, że tak po ludzku trudno tu kogokolwiek obwiniać. Wszyscy starali się robić swoje jak potrafią najlepiej. A że przy okazji uciekali od odpowiedzialności... Kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamieniem! Styl narracji Leïli Slimani jest zupełnie beznamiętny, jak sprawozdanie z meczu. 0:2 Przegrana. Zresztą to zupełnie zrozumiałe po przeanalizowaniu materiału. 

Podobno najlepiej uczymy się na własnych błędach. Czasem dobrze wyciągnąć wnioski z błędów innych. Mamusiu, cieszę się, że jeszcze żyjesz!..- powiedziała mi zupełnie niespodziewanie moja mała córeczka. Ja też się cieszę, że ty żyjesz... - odpowiadam i przez cały dzień zastanawiam się nad tymi słowami.

 Leïla Slimani z  nagrodzoną Chanson douce


piątek, stycznia 05, 2018

Merry after

Jeśli komuś z Was zdarzyło się kiedyś nawilżyć dłonie klejem uniwersalnym, zamiast kremu, to zrozumie, dlaczego aktualnie pisanie bynajmniej mi się nie klei. Niestety, obie tubki trzymam w tej samej szufladzie, kuchennej, oczywiście, co w ciemności prowadzi do dość niefortunnych pomyłek. Dlatego nie ryzykuję trwałego związku z klawiaturą i zamiast pisać, pochwalę się moim świątecznym prezentem, całkiem w stylu bq.





Tak! To lampa do złudzenia przypominająca książkę. Jakby zmaterializowana wizja Słowackiego o kaganku oświaty. Nie rozumiem, jak mogłam się bez niej do tej pory obyć... Moja własna świeci tak: