Nareszcie! Długo wyczekiwana (zwłaszcza po nie trafionych proroctwach mikołajkowych) kontynuacja Jeżycjady zawitała do księgarń, a stamtąd za sprawą moich najdroższych Rodzicieli listem poleconym przybyła prościutko pod mój dach. Ach... ach..- kolejne unisono młodzieńczych serc w wersji Małgorzaty Musierowicz. Czy to może się kiedykolwiek znudzić? (pytanie retoryczne) Chwała niech będzie szczęśliwej prokreacji, dzięki której nie tylko zostałam właśnie ponownie ciotką (zgryzotką?), ale także dzięki której po Borejkach posypały się kolejne pokolenia Górskich, Strybów, Pałysów i innych Robrojków i wszystko zapowiada, że ten afirmacyjny stosunek do życia nie zostanie w najbliższym czasie przerwany! (straszne farmazony tu wypisuję...)
Dzisiaj w metrze wypatrzyłam pewnego mężczyznę, którego mądre oblicze okraszone jasnym zarostem i okularami, gęsta, aczkolwiek starannie przycięta czupryna oraz wysportowana sylwetka, a także nienaganny ubiór kazały mi zaopniować, że mam oto przed sobą bardzo przystojnego osobnika płci męskiej, egzemplarz wręcz wyjątkowo udany, a niech mnie nawet o seksizm posadzą! I nagle to uosobienie męskości otwiera torbę, wyciąga z niej smakowicie opasłe tomidło i zagłębia się w lekturze!! Gdyby nie to, że nadal jestem szaleńczo-obłąkańczo zakochana, oczywiście we własnym mężu (który bynajmniej nie stroni od książek), chyba zaryzykowałabym hamowanie awaryjne, żeby bez zbędnych ceregieli paść męskiemu czytającemu w ramiona...
To ta wiosna! I ta książka!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz