środa, października 29, 2014

Monotonia Munro

Ok, przyznaję, że zasadniczo jestem nieco opóźniona w czytaniu laureatów literackiej nagrody Nobla. Marzy mi się, żeby kiedyś wyróżniono kogoś, kogo jako autora znam już od dawna, wtedy z dumą i niby od niechcenia będę mogła zaraz następnego dnia po ogłoszeniu werdyktu napisać na bq, że i owszem, czytałam już dawno i mam na ten temat dużo do powiedzenia.

Tymczasem zaznajamiam się z całkiem już pokaźnym dorobkiem twórczym Alice Munro - z czystej przyzwoitości, w końcu Noblistka, ale też dlatego, że lubię literacką formę short story. Zawsze miałam do niej słabość i pewnie tak mi już zostanie. Czytam i dziwię się, że w zasadzie nie ma w tym pisaniu nic szalenie odkrywczego, niesamowicie odmiennego a jednak... Czytam jedno opowiadanie za drugim, potem kolejny tom i w ogóle mnie to nie nudzi. Założę się, że za miesiąc nie będę mogła nawet powierzchownie streścić, o czym opowiadały tytuły Księżyce Jowisza, Dziewczęta i kobiety itd., ale czytam... bo jakoś to wciąga. Przez "to" rozumiem styl Munro, jej pisanie o najzwyklejszych ludziach i ich zwykłych losach. Nie ma wielkich uczuć, namiętności, nie ma ani patosu ani szokującego naturalizmu. Tylko dzień za dniem tych, których dziesiątki mijasz na ulicy i nawet nie pomyślisz, by się za nimi obejrzeć, w najlepszym wypadku tylko muśniesz ich wzrokiem. Czy chcesz o nich czytać? Tak, jeśli opisała to Alice Munro, bo jej styl nadaje tej monotonnej codzienności głębszego wymiaru. Zobacz, mówi do czytelnika Munro, to tak mija nam życie. Jeżeli ktoś potrafi zakląć w literaturę piękną monotonię ludzkiej egzystencji, to jest to właśnie ta kanadyjska pisarka. I Nobel niech będzie jej za to!

niedziela, października 19, 2014

Sońka czyli jak pięknie i zaszczytnie przeczytać coś polskiego

Przyjechała rodzina a wraz z nią dostawa książek z Polski. Nie piszę: "polskich książek", bo to niezbyt precyzyjne sformułowanie i szczerze mówiąc, mogłoby sugerować wielki wybór czegoś godnego uwagi polskiego autorstwa. a z tym jest, jak jest, czyli różnie z tendencją na nie bardzo. Ale ale... Moja osobista perełka ostatnich miesięcy odkryta - Ignacy Karpowicz i jego Sońka. Fakt, że książka szeroko reklamowana, ale cóż to ostatecznie znaczy... Skromna objętościowo, książeczka w zasadzie, malutka taka na jeden dłuższy samotny i spokojny wieczór. Akurat takowy mi się trafił i już po Sońce.
Czy ktoś jest w stanie uwierzyć, że można jeszcze raz napisać o II. wojnie światowej, hitlerowskiej okupacji i zwykłych ludziach tamtych czasów i zrobić to na nowo, inaczej, ciekawie? Ja sama nie bardzo wierzyłam i tym bardziej miło dałam się zaskoczyć. Lubię takie małe - wielkie historie. 
I sam język Ignacego Karpowicza urzeka swoją poetycką stylistyką. Polskie serce rośnie w dumę. Jak to dobrze, że ktoś potrafi pisać literacką polszczyzną i nie trąci to ani myszką, ani internetowym chłamem. Cieszę się, że przeczytałam. A teraz trochę mi smutno i skamlę o jeszcze.

poniedziałek, września 15, 2014

Lektury Małej Mi: Radość tkwi w szczególe

Mała Mi jest w dalszym ciągu zafascynowana książkami. Oczywiście ta czytelnicza pasja ograniczona jest pewnymi rozwojowymi etapami. Na przykład tym, że obecnie najfajniej jest kontemplować książki razem kimś – czytaj: z mamą, tatą lub innymi ciociami i dziadkami, którzy się akuratnie napatoczą, generalnie więc razem z dorosłymi, bo inne dzieci postrzegane są póki co raczej jako konkurencja. Poza tym najfajniej według Małej Mi jest upodobać sobie na jakieś dwa do trzech tygodni jedną (z wielu) książek i wertować ją każdego dnia dziesiątki razy (z mamą etc.) Te dwa fakty połączone ze sobą sprawiają, że rodzic dla własnego zdrowia psychicznego oraz w trosce o prawidłowy rozwój umysłowy swojego dziecka szuka jakiejś czytelniczej alternatywy do standartowych książeczek. My znaleźliśmy ją w postaci tzw. Wimmelbuch. W tym szkopół, że ta niemiecka nazwa nie ma swojego polskiego odpowiednika. Znalazłam nawet kilka internetowych dyskusji na ten temat. 
Idea Wimmelbuch nie jest jednak zbyt skomplikowana. Jest to książka obrazkowa zwykle o dużym formacie, na papierze kartonowym, bez żadnego tekstu (to zaleta głównie dla rodzin wielojęzycznych), na której obrazkach wręcz roi się od tysiąca szczegółów. Na pierwszy rzut oka boli od tej mnogości głowa. Wydawałoby się, że dla dziecka też jest tego zbyt dużo i nie będzie mogło skupić ostatecznie na niczym uwagi. Doświadczenie (także własne) pokazuje jednak, że około 18-miesięczne dziecko jest właśnie taką formą literatury zafascynowane. Po pierwsze dlatego, że obrazki można bez końca opowiadać na nowo i jest to oczywiście rola asystującego dorosłego, więc dziecko cieszy się z poświęconej mu uwagi, po drugie, że ze względu na masę szczegółów żadnemu z nich szybko się to nie znudzi, a do tego można nauczyć (się) wielu nowych słów, co dla dziecka w tym wieku jest generalnie bardzo atrakcyjne, że już nie wspomnę o dumie rodziców. Dodatkowo można wybrać coś tematycznego, typu: pora roku, miasto, wieś, zwierzęta, w domu itp., czyli dopasować Wimmelbuch do aktualnych upodobań malucha. Ciekawe jest też Wimmelbuch wkomponowane w topografię konkretnej miejscowości. Mała Mi ma przykładowo taką węgierską böngésző (to właśnie węgierski odpowiednik Wimmelbuch) z kulisami Budapesztu.

Okazuje się, że nie tylko diabeł tkwi w szczególe i że szczegół to nie zawsze szczegół...

Ps. W praktyce typowe obrazki z Wimmelbuch* wyglądają jak poniżej:









* Wśród polskiego nazewnictwa pojawia się m.in. wyszukiwanka, ale jest to w zasadzie już pewna specyfikacja klasycznej formy Wimmelbuch, na której obrazkach dziecko ma wyszukać jakieś konkretne elementy.

czwartek, września 04, 2014

Mann. Klaus Mann

Syn, pierworodny zresztą, Thomasa Manna.

W zasadzie w tym zdaniu zawiera się cała prawda o jego życiu, źródło wszelakich blasków i cieni. Bycie synem Thomasa Manna oznaczało tak samo wymierne korzyści, jak i z założenia stracony przywilej niezależności tworzenia, być może nawet i istnienia w ogóle. Ta ambiwalencja od zawsze przekładała się na stosunki między ojcem i synem. Klaus podziwiał Thomasa, miał przed nim respekt (w prywatnych zapiskach nazywa ojca Czarodziejem) i pragnął mu nie tyle dorównać, co zyskać jego uznanie, przynajmniej jako pisarz. Jednocześnie obwiniał go za uczuciowy dystans, o to, że czuł się niekochany i odizolowany. Thomas w rzeczywistości wcale nie był obojętny wobec swojego syna, w jego pamiętnikach znaleźć można nawet zapiski w stylu tych z lata 1920 roku: Verliebt in Klaus dieser Tage (Aktualnie rozkochany w Klausie) lub: Klaus, zu dem ich mich neuerdings sehr hingezogen fühle (Klaus, do którego ostatnio odczuwam silny pociąg). W porównaniu z młodszymi swoimi dziećmi Thomas Mann faworyzował wręcz Klausa, podobnie jak faworyzował najstarszą wśród rodzeństwa Erikę i nie jest też tajemnicą, że pociąg, o którym wspomina pisarz miał charakter seksualny, albo, jak zwykło się raczej w jego wypadku pisać, erotyczny. W późniejszych latach wszelka krytyka, często jak najbardziej usprawiedliwiona, warsztatu literackiego syna tak bardzo różniącego się od jego własnego bolała go i w gruncie rzeczy Thomas wstydził się za Klausa, który pisał jak żył: pod wpływem chwili, niecierpliwie, bez planu i większych perspektyw.

Komm heim, wenn du elend bist (Wracaj do domu, gdy będzie ci źle) - miał kiedyś powiedzieć ojciec do Klausa i ten syn marnotrawny, do końca życia będący na utrzymaniu rodziców, morfinista (dokładniej rzecz ujmując uzależniony od narkotyków, bo Klaus nie stronił nawet od heroiny) i zadeklarowany homoseksualista (jakby znowu na przekór ojcu, który próbował zdusić własne preferencje seksualne i sprowadzał je do kwestii czysto estetycznej), co w tamtych czasach było nielegalne w świetle prawa, wracał często. Lizał rany a potem znów podążał własnymi drogami. W odróżnieniu od ukochanej siostry Eriki i brata Golo, nie miał zamiaru zostać sekretarzem w służbie sławnego ojca, poświęcić siebie na ołtarzu jego wielkiej przyćmiewającej wszystko inne (i wszystkich innych) kariery. Być może, aby ponownie  udowodnić coś ojcu, Klaus zaciągnął się w 1942 roku do amerykańskiej armii i rzeczywiście, Thomas, może poraz pierwszy w życiu wyraził się o tym kroku syna z niekłamanym respektem. Różniło ich wiele, między innymi zapatrywania polityczne na własny, porzucony już kraj. Klaus od początku widział w Trzeciej Rzeszy reżym, z którym nie można iść na żaden kompromis, podczas  kiedy rozchwiany psychicznie ojciec łudził się jeszcze, że uda mu się przetrwać w nim jako wielki niemiecki pisarz dystansując się zupełnie od życia politycznego. Czas pokazał, że to syn miał rację i ostatecznie sam ojciec podążył jego śladem.

Ale powróćmy jednak do literatury, która zajmowała Klausa w zasadzie od dzieciństwa, co zresztą ze względu na atmosferę rodzinnego domu nikogo nie dziwiło. Marcel Reich-Ranicki, podobnie jak wielu innych krytyków literackich i badaczy twórczości Klausa Manna podkreślają, że nie był on autorem wybitnym, jednak miał spore pojęcie o warsztacie literackim, co uwidacznia się w pisanych przez niego krytykach. Klaus czuł literaturę, potrafił bardzo trafnie ją ocenić, natomiast sam jakby nie zawsze umiał zastosować w praktyce własną wiedzę. Może brakowało mu talentu, co zarzucali mu zjadliwie ówcześni krytycy (przykładowo Kurt Tucholsky), może po prostu brakowało mu cierpliwości i zdyscyplinowania. A jednak jego spuścizna literacka obroniła się przed czasem i patyną zapomnienia, głównie Mephisto, od początku owiany nimbem skandalu, bo trudno tu mówić o powieści z kluczem, tak oczywiste jet przełożenie historii bohatera Hendrika Höfgena na losy aktora i dyrektora teatralnego Gustafa Grüngensa. Klaus Mann uparcie powtarzał, że przyświecała mu myśl napisania powieści typologicznej, napiętnującej amoralność karierowiczów bratających się z nieludzkim totalitaryzmem dla żądzy sławy i pieniędzy, ale od początku przypisywano mu najniższe pobudki zemsty i zawiści - Mephisto jako pamflet na byłego szwagra i kompana. Myślę, że Klaus do końca sam nie był w stanie przekonać własnego sumienia, że nie chce w Grüngensa jak najbardziej osobiście uderzyć swoją publikacją, z drugiej strony wręcz bezprzykładna kariera prowincjonalnego aktora, który stał się ikoną fascynowała Klausa. Czytając Mephisto wyraźna staje się mieszanka podziwu z antypatią. Właściwie w tym ujęciu Mephisto wiernie swojemu protoplaście autorstwa Goethego nie jest bynajmniej postacią sensu stricte negatywną.

Mephisto Klausa Manna i Mephisto Goethego uosabiają bardzo ludzką naturę z przypisanymi jej ułomnościami, stąd wcale nie wydają się być siłą nadprzyrodzoną. Klaus Mann piętnuje ale jednocześnie usprawiedliwia swojego bohatera jego ludzką naturą. Całość jest ostatecznie krytyczna w swojej wymowie, choć nie tylko wobec Höfgena, co względem całego konformistycznego i nierzadko skorumpowanego środowiska, w którym miał on możliwość zaistnieć. Zarzucano Klausowi Mannowi, że pod przykrywką beletrystyki napisał dość przeciętny i nieobiektywny reportaż. Sławny ojciec też nie miał zbyt wysokiego zdania o powieści syna, być może dlatego, że sam w zupełnie innym wymiarze zajął się motywem faustowskim (Doktor Faustus) i uważał, że Klaus podszedł do tematu zbyt lekko i niefrasobliwie, może bolała go urażona duma, że Klaus zamiast jego książki wnikliwie studiował prace jego najintymniejsego konkurenta; brata Heinricha (Poddany Heinricha Manna był dla Klausa podstawowym dziełem, z którego czerpał motyw układania się z władzą). Dziś, z perspektywy czasu Mephisto posiada jednak wartość uniwersalną i choć nie jest wielkim dziełem to jednak ciągle frapuje czytelnika swoją problematyką. Grüngens - Höfgen to już tylko postaci z przeszłości, tło dla powieści Klausa Manna. Ale w chwili, kiedy autor poraz kolejny - tym razem skutecznie -  pozbawiał się życia, Grüngensowi w powojennych Niemczech życie zawodowe znów stawało otworem, on sam zawierał przymierze z kolejnym już systemem politycznym, by ponownie stać sie ulubieńcem publiczności. W tym samym czasie dalsza egzystencja i twórczość Klausa Manna, emigranta, członka armii amerykańskiej, wydawcy literatury na uchodźctwie i głosu politycznego oporu w najlepszym wypadku stała pod znakiem zapytania. Do tego powieść Manna miała za jego życia nigdy nie zostać wydana, jeszcze długo później wyrokiem sądu publikacja Mephista została zabroniona, nomen omen w demokratycznych już Niemczech (zachodnich). Faktem jest, że nie dlatego Klaus odebrał sobie życie. Wiadomo, że już od wczesnej młodości kokietował z myślą o śmierci i samounicestwieniu. Fascynowała go ta możliwość, kilka razy próbował z niej zrobić użytek. Ten aspekt jego osobowości odbiera tragizmu nawet samobójczej śmierci Klausa Manna. I tak w świadomości potomności jego nazwisko pozostanie już tylko wątłym cieniem jasno świecącej gwiazdy ojca, Thomasa Manna.


Klaus Mann. Wszystkie trzy zdjęcia pochodzą z albumu
Thomas Mann. Ein Leben in Bildern pod redakcją Hansa Wyslinga i Yvonne Schmidlin.



Klaus Mann w Nowym Jorku



Erika Mann w scenicznym stroju pierrota, najbliższa wśród rodzeństwa Klausowi.
W młodości łączył ich przede wszystkim teatr.
Można spekulować, czy homoseksualizm Klausa nie przyczynił się do tego,
że darzył on bardzo silnym uczuciem swoją dość męską w wyglądzie siostrę.

piątek, sierpnia 08, 2014

Pretensjonalność orchidei

Zanim zabrałam się za pisanie tego, nie będę ukrywać, niezbyt pochlebnego posta, sprawdziłam, czy polskojęzycznemu czytelnikowi w ogóle grozi lektura Domu orchidei. No i proszę - jest tłumaczenie, więc już spokojnie mogę pisać ku przestrodze zbłąkanych czytelniczych dusz, zbyt niefrasobliwych klientów księgarni i chwilowo zbyt pełnych portfeli. Apeluję zwłaszcza do miękkich serc kobiecych - nie liczcie na lekturę romantyczną i porywającą, jak jedną z tych autorstwa sióstr Brontë. Ja też czytałam z potrzeby serca, żeby się trochę zemdlić jakimś romansem poza codziennością a doczytywałam z czystego niedowierzania, że coś takiego może zostać w ogóle wydane i to w całkiem przyzwoitym nakładzie.
Lucinda Riley - człowiek powinien nabrać już jakichś podejrzeń przy samym nazwisku pisarki, ale w końcu co ona za to może (mogłaby zmienić nazwisko). Niestety cała reszta jest tak samo pretensjonalna - jak z najbardziej dramatycznej fazy wczesnej  twórczości Andzi Shirley. Wszystko to okraszone różnymi takimi zwrotami akcji, że się trochę w głowie kręci i dla równowagi psychicznej trzeba sobie przerwy na normalność robić. Czasem trochę się ubawiłam, np. przy scenie, w której niegdyś ukochany mąż protagonistki wraca z zaświatów po wypadku, w którym przecież zginął, teraz okazuje się być prostakiem i w ogóle alkoholikiem, ale usilnie próbuje zdobyć na nowo serce swojej żony-wdowy nieoględnie namawiając ją do seksu oralnego, czyli posuwając jej głowę w okolice swojego krocza z romantycznym wyznaniem: Kochanie, przecież wiesz, jak bardzo to lubię. Hmm... Ale naszej Julii co innego chodzi po głowie i jeżeli w ogóle, to pochyliłaby się ku innemu mężczyźnie. Jest nim Kit (no to kit...). Swoją drogą scen łóżkowych, ba, nawet jakichś namiętniejszych pocałunków z Kitem brak. Niech się czytelniczki same cmokną, gdzie i z kim chcą. Już się nie czepiam rozmaitych nielogiczności tej porywającej historii. W ogóle sama sobie jestem winna. Następnym razem, jak mi się zachce czegoś romantycznego, to wrócę do klasyki gatunku. Na orchidee w moim domu jednak brakuje egzotyki.

poniedziałek, lipca 21, 2014

Kolej na coś lekkiego

Żeby mi się tak chciało, jak mi się jeść chce...  Niestety chęci i energia nijak się mają o mojego obecnego apetytu. Nawet z czytaniem jestem na bakier. Choć na swoje usprawiedliwienie mam ciągłe wyjazdy to tu - to tam. W zasadzie tylko przepakowuję walizki i znów w drogę. Sezon letnich urlopów trwa w najlepsze. Zastanawiam się, czy w przyszłym roku nie zorganizować się w myśl zasady: Raz a dobrze i wyjechać gdzieś na dłużej. Tymczasem jednak to gdzieś lecimy, to jedziemy samochodem, to koleją. Szczerze mówiąc tę ostatnią formę podróżowania lubię ostatnio najbardziej. Może dlatego, że jeździmy die Bahn.
Lubię niemiecką kolej z tym przyprawiającym o zawrót głowy gąszczem połączeń, z jej czystymi i wygodnymi pociągami. Lubię legitymować się swoją Bahn-kartą, cieszę się, że przynależę do wspólnoty podróżujących po trakcjach kolejowych. Niemcy strasznie narzekają na die Bahn. Wynika to pewnie z braku porównania, na przykład do PKP obrośniętych wszelakimi spółkami jak brodawkami. My Polacy wiemy najlepiej, co znaczy zatłoczony wagon albo opóźniony odjazd. Ale co tam Polska... W Indiach pociągi to dopiero żywioł z własną fauną i florą! Niemcy patrzą na die Bahn przez pryzmat swojego standartu i kręcą głową ze zdenerwowaniem, bo podchodzą do tematu jak zwykle profesjonalnie i bardzo poważnie. Przynajmniej z reguły a jak wiadomo, od każdej reguły istnieje wyjątek. Okazuje się, że nie brakuje Niemcom na kolei humoru, albo przynajmniej zdrowego dystansu. Właśnie wyszperałam w jakimś małym kiosku i kupiłam za przysłowiowego grosza książeczkę, w której autorzy Stephan Orth i Antje Blinda pozbierali najróżniejsze śmieszne i kuriozalne historie pasażerów die Bahn. Taka mało zobowiązująca lektura, można ją czytać na wyrywki lub wspak. Czytałam i śmiałam sie w głos, a rzadko mi się to zdarza. Historie bywają rozmaite.
Dla przykładu poniżej krótki wyjątek we własnym tłumaczeniu:

W ekspresie regionalnym z Marburga do Frankfurtu usłyszałem następujący komunikat:
”Szanowni państwo, tutaj mówi państwa Führer...” Cisza. Na to odzywa się jeden z pasażerów: "Przecież on nie żyje?!” Reszta komunikatu rozpłyneła się pośród gromkiego śmiechu.

niedziela, lipca 13, 2014

Lektury Małej Mi: Co czyta sfrustrowana mama

Obiecuję, że następnym razem będzie faktycznie o książkach, w których lubuje się Mała Mi, a wygląda na to, że rośnie nam kolejny mól (węg. moly) książkowy, więc jest o czym pisać, ale dziś coś ku pokrzepieniu nadwyrężonych serc rodzicielskich. 

Ile radości daje doświadczenie rodzicielstwa wie każdy, komu dane było wypróbować się w tej roli. Całe morze pozytywnych emocji, każdego dnia coś nowego, fascynującego. I tylko czasem jakby coś się nagle zacięło, zepsuło, pomieszało. Zamiast porannego uśmiechu dąsy, kopniaki podczas przewijania i tak niezbyt obiecująco rozpoczyna się całodobowy terror (albo będzie po myśli Twojego dziecka, albo będzie ciągły krzyk nie do wytrzymania). W takich chwilach zastanawiam się, czy zamiast chrztu nie zorganizować lepiej egzorcyzmów, a wieczorem po dniu pełnym płaczu, krzyku i nerwów mam poczucie jednej wielkiej macierzyńskiej porażki. Okazuje się, że na takie okazje też dobra jest książka, a konkretniej książka holenderskiego małżeństwa psychologów i antropologów Hetty van de Rijt oraz Fransa X. Plooij. Dla nikogo nie jest już tajemnicą, że zaopatruję się głównie na niemieckojęzycznym rynku wydawniczym a tutaj tytuł Oje, ich wachse! (Ojejku, rosnę! Niestety tytuł nie został przetłumaczony na język polski. Teoretycznie w naszych księgarniach wysyłkowych jest do zdobycia wersja angielska: The Wonder Weeks: How to Stimulate Your Baby's Mental Development and Help Him Turn His 10 Predictable, Great, Fussy Phases Into Magical) należy do klasyki literatury rodzicielskiej. Teraz już wiem dlaczego. To chyba jedyny taki poradnik, który nie wypomina, co robisz źle i nie poucza, jak robić to lepiej, lub w ogóle: dobrze, tylko w trudnych chwilach przemyca myśl genialnie prostą i kojącą: Twoje dziecko jest normalne! Spokojnie, to tylko faza i każdy musi przez nią przejść. W nagrodę: kolejny pułap rozwoju mentalnego osiągnięty. Sceptyczni? Uwierzcie, taka lektura fantastycznie koi rodzicielskie nerwy. Wcześniej wertując ten poradnik zastanawiałam się, po co komu całe stronnice cytatów z anonimowych rodziców opisujących dąsy i wszelkie inne przejawy niesubordynacji własnych dzieci od noworodka do dwulatka. Teraz, kiedy Mała Mi ma jeden z tych gorszych dni, czytam i ze zrozumieniem kiwam głową. I cieszę się, że inni wcale nie mają lepiej i pocieszam się, że ich dzieciom też minęło. Zamiast denerwować się minionym dniem, wyobrażan sobie, że moje dziecko ma za sobą kolejny skok mentalnego rozwoju, następnego dnia obudzi się mądrzejsze i bardziej rozeznane w logice otaczającego je świata. To jednak nie zalążek wrednego charakteru (Że też nazwałam własną córkę Małą Mi!), a tylko chwilowe przeciążenie rozwijającego się rozumu.

No, w górę serca, będzie dobrze!
Zresztą... na dobrą sprawę nigdy nie było inaczej.


Myślę, że dziecięca logika
jest tu jednak nieco inna:
Gryzę bo potrafię, a skoro coś potrafię,
dlaczego nie mam tego robić?


Ps. Czasem zamiast nowych horyzontów mentalnych w buzi Małej Mi pokazuje się po prostu nowy ząb i to też w zupełności wystarcza mi jako zadośćuczynienie za wcześniejsze perturbacje.

poniedziałek, czerwca 30, 2014

Flaki z olejem zamiast Czardasza z mangalicą a ja i tak kocham Węgry

Czekałam na najnowszą książkę Krzysztofa Vargi, jak czekam z radosnym podekscytowaniem na wszystko co ma związek z Węgrami. Tym większe było rozczarowanie. Mam nadzieję, że to ostatnia węgierska publikacja Vargi, bo poza tym, że tendencyjnia (Temat przewodni: kuchnia węgierska), to jeszcze karygodnie nudna. Po pierwszych kilku stronach, nie bardzo zresztą trzymających się kupy, pełnych powtórzeń i stylistycznych potknięć, zastanawiałam się, czy sam autor w ogóle zmusiłby się do takiej lektury. Z czasem jakoś wdrożyłam się w tę manierę a la Stasiuk (Tak tak, panów poza wydawniczym interesem łączy prywatna sympatia, co niestety K.V. na dobre nie wychodzi, bo namiętnie kopiuje styl naszego polskiego Jamesa Deana literatury. Andrzej Stasiuk jest zresztą z tym swoim turpistycznym umiłowaniem prowincji pisarzem ciekawym i oryginalnym, jednak wystarczy sam jeden we własnej osobie), ale z każdą kolejną stroną dewiacji kulinarnych wplecionych w opisy mało frapujacych węgierskich wojaży Vargi mdliło mnie coraz bardziej. Wiem, to mógł być także najzwyklejszy objaw ciąży, ale wyobraźcie sobie, że nasza półtoraroczna córka zwymiotowała właśnie na Czardasz z mangalicą, a nie zdarzyło jej się podobnie potraktować do tej pory żadnej innej książki!

Czardaszowi z mangalicą zupełnie brakuje tego, czym ujął mnie Gulasz z turula: błyskotliwej pointy, czasem wrednego ale jednak humoru, lekkości pióra. Rozumiem, że Węgrzy to nie Francuzi, ale wierzcie mi, kto sam jeszcze nie miał okazji się przekonać, że i w dolinie Karpat zjeść można dobrze i wspominać to bez gastrycznych lęków. Poza tym jest tyle ciekawych miejsc, pięknych szlaków, urokliwych zakątków, które aż proszą się, by je odkryć. Tymczasem Varga w swojej książce odgrzewa wciąż tą samą skisłą zupę - jak nie Trianon to węgierska hucpa. Sprawiedliwie trzeba mu oddać, że odcina się od tego opis Wielkiej Niziny, czyli węgierskiej Alföld. Tym razem można poczytać coś nowego, ciekawego i mam wrażenie, że sam autor jest tutaj w swoim pisaniu o wiele bardziej entuzjastyczny.
Reasumując, nie czytajcie jednak tego co ma do napisania o Węgrzech Krzysztof Varga, zamiast tego  zaopatrzeni w ducha odkrywcy pojedźcie tam sami!
Na zachętę kilka zdjęć z prywatnych zbiorów.



Taką wiosenną impresję uwieczniłam podczas spaceru po wzgórzach Budy i sąsiedniego miasteczka Budaörs.



Żniwa...



Balaton. Kto nie jest Węgrem pewnie nigdy nie pojmie, ale oni kochają to swoje węgierskie quasi morze i lato bez Balatonu nie jest latem a urlop urlopem.



Tak kiedyś mieszkałam. W typowej kamienicy peszteńskiego śródmiasta.



Körtös kalács, najlepszy zminą, ale smakuje zawsze i wszędzie.



Droga na wzgórze wyszechradzkie.



Budapeszt



Najlepsze miejsce na prawdziwie węgierskie zakupy.



Moja ukochana secesyjna ruina na Matyasföld



Z zimowego spaceru po Cytadeli



Szőrke marha jeszcze w wersji na żywo



Ok, Węgrzy kochają, cierpią i żyją swoją historią, ale czasem obiawia się to zupełnie niegroźnie.




wtorek, czerwca 10, 2014

Samotność w wielkim skwarze

Dookoła wszystko jakby zamarło, ograniczyło swoje czynności życiowe do niezbędnego minimum, co przy obecnych warunkach atmosferycznych jest jedyną szansą na przetrwanie. Skwar. Upał. Duchota. Mam poczucie zupełnego odrealnienia i stąd chyba lektura Solaris Stanisława Lema. Równie dobrze mogłabym w tej chwili znajdować się gdzieś tam na innej planecie. A jednak ta perspektywa nie jest mi miłą. Lubię Ziemię z jej grawitacją i atmosferą, mimo tych narzekań, że czasem prawdziwa zima a to znowu lato...

Jest w książce Lema jakiś smutek i beznadziejność ludzkiej tęsknoty za odnalezieniem innego życia we wszechświecie, za tzw. kontaktem z obcą inteligencją, której Lem nadał w powieści Solaris postać oceanu, tak naprawdę nawet nie złowrogiego ludziom, ale na zawsze obcego i nie dążącego do żadnego porozumienia.

Ta nasza wieczna samotność w kosmicznej przestrzeni...

poniedziałek, maja 26, 2014

Mann. Thomas Mann

Stało się, podjęłam wyzwanie. 
Od początku istnienia bq jasne było, że bez Mannów się nie obejdzie, więc tym bardziej bez Thomasa Manna. Ale jak pisać o ikonie literatury nie wikłając się zaraz w obszerną monografię, albo nie popełniając (cokolwiek modnego w dzisiejszych czasach) plagiatu, skoro zdaje się, że o nim wszystko zostało już napisane... Od kilku miesięcy siedzę w okopach z biografii, korespondencji, albumów i wreszcie z samych książek T. Manna i powoli mam wrażenie, że się rozpłynęłam i wtopiłam w to wszystko, co czytam. Składam na nowo mój własny obraz tego, który przez dziesiątki lat tak naprawdę jako jeden z nielicznych w swej profesji już za życia urósł do nieosiągalnych rozmiarów monumentu, a co gorsza, był tego zupełnie świadomy. Mit. Pomnik. Jakoś trudno spojrzeć na Thomasa Manna jak na człowieka, bo też niewielu ukazuje go w takiej perspektywie. Może jedynie on sam we własnych pamiętnikach i może dlatego dopiero długo po jego śmierci trafiły one do druku, kiedy legenda zdąrzyła się już dostatecznie utrwalić.

Thomas Mann to postać pełna sprzeczności a jednocześnie zupełnie niezakłamana. Urodzony patrycjusz (który nota bene nigdy nie wyzbył się przekonania o własnej nobilitacji z racji pochodzenia) przechodzi na stronę demokracji i staje się jej orędownikiem. Żyjący w poczuciu osobistej wielkiej misji reprezentowania - kogo, lub czego?- Rodziny, literatury niemieckiej i... całego swojego narodu. Człowiek, który powiedział publicznie bez najmniejszego zająknięcia: Niemcy są tam gdzie jestem ja i przynajmniej od czasu swej amerykańskiej emigracji jakby per se ustanowiony został namiestnikiem niefaszystowskich rodaków, miał w rzeczywistości niesamowitą tremę przed każdym swoim przemówieniem, próbował uwolnić się od polityki, która tak naprawdę mało go interesowała (po drugiej wojnie światowej odrzucił propozycję stanowiska prezydenta RFN). Pełen lęków, depresyjny, za to wobec świata zawsze pewny swojego. Laureat niezliczonych tytułów doktora honoris causa, który od najmłodzych lat zupełnie nie radził sobie w szkole, często repetował klasy a matura nawet nie znajdowała się w zasięgu jego marzeń. Nękany lękami egzystencjalnymi cały czas starał się być wierny narzuconej przez siebie samego roli. No właśnie, biografowie Manna podkreślają ten sceniczny wymiar jego życia i nie wynika to  bynajmniej z zakłamania, dwulicowości, a z poczucia misji bycia Thomasem Mannem na miarę światowej publiczności.

Jego życie osobiste też było pełne sprzeczności. Dla nikogo nie są już tajemnicą homoerotyczne skłonności pisarza, który jednak w swoich pamiętnikach sprowadzał tę kwestię do czystego estetycyzmu. Więc nie był T. Mann homoseksualistą, gdyż brakuje dowodów na to, że jakakolwiek z jego męskich miłości zyskała też wymiar fizyczny. Zrestą sam wyrażał się na temat fizyczności takiego związku z wyraźną dezaprobatą. Mimo fascynacji płcią jednakową, w pewien sposób pozostał dozgonnie wierny Katji z domu Pringsheim, kobiecie, która sama jest wielką zagadką. Jeżeli Thomas Mann przez całe swoje życie grał dla publiczności takiego siebie, jakim do dziś istnieje w powszechnym mniemaniu, to jego żona Katja przez całe te dziesięciolecia wiernie i bezdyskusyjnie wcielała się w rolę drugoplanową, była trochę jak Leporello czy Sanczo Pansa i sama stała się archetypem sługi będącej przy okazji kobietą i to związaną ze swoim panem węzłem małżeńskim. Akurat w przypadku Katji ta rola jest dość zaskakująca. Intelektem a już z pewnością wykształceniem znacznie przewyższała swojego męża, tymczasem to właśnie dla niego przerwała po wzorowo zdanej maturze (a dodać trzeba, że w swoim czasie była pierwszą żeńską maturzystką w rodzinnym Monachium) studia matematyki (u ojca), fizyki (m.in. u Röntgena) i filozofii (m.in. u Jaspersa). Zdolna, obyta, odważna, a wierząc zdjęciom: także piękna oraz z tak zwanego dobrego domu (zresztą zasymilowanych Żydów, co nie jest bez znaczenia, bo także Thomasa w latach 20-tych frapowała kwestia żydowska...) bogata, więc mimo handicapu wynikającego z prostego faktu bycia kobietą, mająca wszelkie perspektywy na frapujące i spełnione życie, bez reszty poświęciła je swojemu mężowi. Korespondencję sygnowała podpisem Frau Thomas Mann i bez najmniejszego żalu miała pod koniec swojego życia powiedzieć, że zawsze była narzędziem swojego męża i nigdy nie robiła tego, co robić by chciała. Za to zapalczywiej jeszcze niż sam Thomas, Katja walczyła choćby i z najmniejszą krytyką pisarstwa męża i gromadziła wokół siebie pochlebnych recenzentów. Czy Thomas Mann kochał swoją żonę? Pewnie tak... Na swój sposób... Trochę jak wierny przywiązany pies. To Katja była oparciem, przystanią, z pewnością wiele jej zawdzięczał, zwłaszcza w czasach psychicznego rozchwiania. 
Tymczasem pośmiertnie udostępnione światu pamiętniki Manna rozczarowują swoją małostkowością. Zdaje się, że więcej miejsca poświęcał zapiskom na temat własnej garderoby i drobnych dziennych rutynowych czynności, niż żonie i szóstce dzieci. Autorytet milionów ludzi na całym świecie nie był nim bynajmniej w swoim własnym domu. 

Ale ale... chyba trochę za bardzo się rozpędziłam. Kto chce wiedzieć więcej, niech rozczyta się w rewelacyjnej monografii autorstwa Hermanna Kurzke pt. Tomasz Mann: Życie jako dzieło sztuki (Thomas Mann. Das Leben als Kunstwerk. Eine Biographie) Ja chciałm tylko pokazać, że ze świadomością tego zupełnie ludzkiego wymiaru osoby Thomasa Manna zupełnie inaczej czyta się jego dzieła. Zwłaszcza te monumentalne. Nigdy nie pomyślałam, że mając niespełna roczne dziecko nadrobię braki z czasów studiów filologicznych i wreszcie przeczytam Buddenbrooków, o których wydawca początkującego pisarza Th. Manna, Samuel Fischer napisać miał, że wydanie drukiem wymaga skrócenia powieści o połowę jej obiętości... Dość, że bez żadnych skrótów opowieść o rodzinie Buddenbrooków ukazała się drukiem nakładem wydawnictwa Fischera - przy czym moje wydanie z 2012 roku liczy sobie bagatela 758 stron - to jeszcze właśnie ta książka stała się ulubionym przez Niemców tytułem autorstwa Thomasa Manna. Swoją drogą, czytając biografie Manna coraz bardziej upewniam się w przekonaniu, że obiętością swoich programowych dzieł próbował zrekompensować dopadającą go regularnie niemożność pisania ( I pomyśleć, że niczego nieświadomi wykładowcy to właśnie jego stawiali nam, studentom za przykład zorganizowania i pedantycznego warsztatu literackiego. Ha!) i pewnie dość głęboko siedzący kompleks kiepskiego ucznia, więc i człowieka bez formalnego wykształcenia. I tak książki Manna są często niesamowicie detaliczne, wręcz o encyklopedycznym charakterze w swojej treści. Choć Buddenbrookowie to znów inna kategoria... Młodziutki Mann, którego z rodzinną Lubeką po śmierci ojca i przeprowadzce matki do Monachium nie wiąże już zupełnie nic, z dystansu południowych Niemiec, a właściwie Włoch, bo to tam Buddenbrookowie w większości przelani zostali na papier, pisze o swojej rodzinie, o środowisku hanzeatyckiego miasta niemieckiej północy i sferze bogatego mieszczaństwa. Właściwie zmienia tylko nazwiska, cała reszta jest wynikiem dobrej pamięci i tego właściwego mu dogłębnego i pedantycznego zmysłu obserwacyjnego. Na dobrą sprawę nie ma w tej powieści postaci wymyślonej, która nie miałaby pierwowzoru w rzeczywistej rodzinie Mannów i jej otoczeniu. Pisząc post o Buddenbrookach, mogłabym z powodzeniem posłużyć się karegorią O rodzinie z podtekstami, bo są one niezliczone. Galerię postaci, a tym samym historię zmierzchającej rodziny zamyka mały Hanno, którego krytycy literaccy jednogłośnie okrzyknęli epickim wcieleniem samego autora. Być może chłopiec rzeczywiście odzwierciedlać ma Thomasa Manna z czasów własnego dzieciństwa - odludka, słabeusza, niepozornego dziecka, nieudolnego ucznia, niezrozumianego syna, ale dla mnie o wiele ciekawsza jest więź łącząca Thomasa Manna z jego książkowym imiennikiem Thomasem Buddenbrookiem. Zdaje się, że niespełna trzydziestoletni wówczas Mann właśnie w tej postaci zawarł opisany już wcześniej wewnętrzny konflikt między wrażliwością, wręcz skłonnością do emocjonalnej niestabilności z nałożonymi na siebie powinnościami reprezentowania, nerwową pedanterię w wypełnianiu zadań z racji rangi pochodzenia. Samotność Thomasa Buddenbrooka jest samotnością Thomasa Manna ukazaną przez jego pamiętniki. 

Nakładem PIW-u ukazał się przekład wyboru korespondencji Thomasa Manna i Hermanna Hessego, z pięknymi formułami zaklinającymi wzajemną przyjaźń i uznanie dla kunsztu literackiego, ale wszystko to zdaje się być bardzo powierzchowne, jakby z gruntu pisane dla szerszej publiczności. Bodaj najwnikliwszy badacz życia Thomasa Manna, Hermann Kurzke formułuje tezę, że to ze starszym bratem Heinrichem Thomas związany był najbardziej, mimo że pogardzał jego dokonaniami literackimi i dramaturgicznymi. Zresztą obaj bracia wzajemnie nie szczędzili sobie słów krytyki. Być może łączyła-dzieliła ich ta przysłowiowa niemiecka Hassliebe... Do tego dochodzi niemożność Thomasa Manna nawiązania prawdziwej więzi uczuciowej z własnymi dziećmi. Th. Mann z czasów pracy nad Buddenbrookami nie mógł jeszcze wiedzieć, że będzie ich szóstka i każde z nich na swój sposób borykać się będzie przez całe życie z piętnem ojca. Jeżeli bowiem komuś wydaje się, że doświadczenia książkowego małego Hanno, który tak bardzo szuka miłości i zrozumienia u ojca, przełożą się kiedyś na rzeczywiste relacje Thomasa Manna z własnym potomstwem, nie może bardziej się mylić. Thomas Mann nie był ojcem zaangażowanym, co może w tamtych czasach odpowiadało ogólnie przyjętym normom, ale, co gorsza, nie był sprawiedliwy i zupełnie otwarcie faworyzował niektóre swoje dzieci (zwłaszcza pierworodną Erikę i najstarszego syna Klausa), podczas kiedy inne świadomie ignorował lub wręcz odtrącał (mały Golo Mann miał przykładowo nieustannie słyszeć, jakim jest brzydkim dzieckiem). Zresztą obiektywizm i poczucie sprawiedliwości w ogóle nie należały do mocnych stron pisarza, który bez zażenowania produkował rcenzje na zamówienie, nie zadając sobie nawet trudu przeczytania opisywanej książki. Współczesnych mu pisarzy nie czytał z założenia, choć może raczej z  zawodowej zawiści.

Historia rodziny Buddenbrooków nie jest jedynym autobiograficznym utworem Thomasa Manna, ale moim zdaniem jest tekstem szczególnym, najbardziej osobistym, patrząc z perspektywy pośmiertnie wydanych dzienników pisarza. Ten smutny koniec familii kupców lubeckich to też jakby przeczucie Thomasa, nestora nowego rodu Mannów, ale może to tylko zwykła kolej ludzkich losów sprawiła, że gdzieś tam cały czas czają się podobieństwa.

Do rodziny Mannów jeszcze na łamach bq wrócimy, bo, co prawda Katja, której zaproponowano spisanie wspomnień z czasów życia u boku jej męża, powiedzieć miała, że w tej rodzinie ktoś musi nie pisać (ostatecznie stanęło na wywiadach zredagowanych potem w książkę), ale jak słusznie spointował tę myśl śp. Marcel Reich-Ranicki, w tej rodzinie nikt nie pisał źle. Materiału literackiego jest więc aż nadto. Zapraszam zatem wszystkich zainteresowanych w podróż do (literackiej) krainy rodziny Mannów.

Ps. Wszystkie poniższe fotografie i reprinty zaczerpnęłam z albumu wydanego przez Hansa Wyslinga i Yvonne Schmidlin Thomas Mann. Ein Leben in Bildern.


Heinrich, Thomas, Carla oraz Julia, rok 1885



Katja Mann z Klausem



Manuskrypt Czarodziejskiej Góry, który zaginął zresztą w czasie II wojny światowej, zdjęcie z roku 1924



Latem 1929 roku nad Bałtykiem



Katja Mann w wieku 86 lat, obraz olejny Edeltraut Abel, 1969.

sobota, maja 10, 2014

Papier i pamięć

Tam gdzie książki palą, niebawem także ludzi palić będą. Prorocze słowa Heinricha Heine´go wybrzmiały niespełna sto lat wcześniej, zanim nacjonalizm w Europie osiągnął apogeum i Niemcy w demokratycznych wyborach zdali los swojego państwa, a jak miało się okazać niebawem, także dziesiątek milionów innych ludzi z całego świata na NSDAP i wizję pewnego austriackiego niedocenionego artysty formatu pocztówkowego...

Niestety to właśnie wydarzenia wieku XX. miały sprawić, że wizja Heine'go, nomen omen Żyda przez całe życie zmagającego się ze względu na swoje pochodzenie ze społecznym ostracyzmem, utrwali się boleśnie w historycznej pamięci następnych pokoleń. I oby ta prawde niczym przestroga została jak piętno na ludzkości jeszcze długo po nas.

Mija 81 lat, kiedy na przestrzeni tamtego równie pięknego maja w dużych miastach i prowincjonalnych miasteczkach całych Niemiec z wielką pompą zainscenizowano palenie książek. Były stosy, wóz do rozwożenia gnoju zaprzężony w woły (tak np. we Frankfurcie nad Menem) orkiestra i śpiew - niewybredna scenografia dla podniesienia wagi i podkolorowania atmosfery spektaklu. Właściwie w ideologicznej wymowie tego aktu spalono symbolicznie samych autorów, niegodnych miana niemieckich,- socjalistów, komunistów, Żydów, krytyków i wizjonerów. Palili partyjni, studenci i profesorowie, wiwatował spędzony na tę okoliczność tłum, przyglądali się bez protestów wszyscy (z nielicznymi wyjątkami, np. w Kolonii). Palono systematycznie, według list, które spisał bibliotekarz, o nazwisku, które pozwolę sobie przemilczeć, ale każde miasto, każdy uniwersytet wrzucał do ognia tytuły według własnych preferencji: coś się dodało, coś względnie dyskretnie pominęło. Tak spłonęli bracia Heinrich i Thomas Mann, wspólnie z konkurentem Thomasa o rękę Katii a potem dozgonnym wrogiem, Alfredem Kerrem. Spalono Haška i Tucholsky´ego, Brechta i Lukácsa. 
 Nie trwało nawet jednej dekady, kiedy po papierze według równie systematycznie opracowanego planu i milczącego przyzwolenia ogółu, choć tym razem bardziej po cichu i gdzieś na uboczu palone były ciała, dużo ciał. I kiedy po fakcie nie mogąc się doliczyć milionów zwęglonych zwłok i przywrócić im nazwisk zamiast numeru, z bezsilności języka trzeba było posiłkować się nową terminologią: holocaustshoa.

Dzisiaj nie ma już tych, którzy pośród doniosłych okrzyków i pieśni palili papier, tak jak nie ma tych, których spalono. Została garstka oprawców i tych, którym udało się przeżyć. I zostały jeszcze te tytuły, których za wszelką cenę chciano się pozbyć. Od zagłady okazały się być trwalsze papier i pamięć.

Marka Edelmana też już nie ma, choć przeżył holocaust, przeżył rosyjską ruletkę wieku XX. Na szczęście zostawił po sobie, jak kilku innych doświadczonych losem, świadectwo. Sporo można naczytać się o okropieństwie wojny, obozów zagłady, getta. Pamiętacie Kamienie na szaniec Kamińskiego? W liceum na lekcjach języka polskiego kilka innych szokujących tytułów, także pierwsze spotkanie z Markiem Edelmanem właśnie i reporterskim piórem Hanny Krall. Na własną rękę poznałam potem jeszcze wiele innych nazwisk, ale szczerze mówiąc najchętniej, jeżeli w tej kwestii może być mowa o przyjemności, wracam właśnie do niego - Edelmana, który zresztą sam nie pisał, za to opowiadał bez końca o tym, co przeżył, to czego tak wielu wokół niego przeżyć nie miało szans. Klątwa, albo raczej misja ocalonego - nie pozwolić zapomnieć i za wszelką cenę ocalić od zapomnienia tych, których - trawestując Szymborską - historia zaokrągliła do zera. Lubię te strzępy pamięci Marka Edelmana, jak sam nazywał swoje wspomnienia z czasów hitlerowskiej okupacji i to, że przywracał ludzką twarz tak samo anonimowym ofiarom, jak i wielkim nazwiskom tamtych czasów. To, że potrafił wspomnieć o zgrabnej figurze, czy pięknych oczach jakiejś koleżanki, łączniczki w getcie warszawskim, zamiast popadać w patos patriotyzmu. Chyba przede wszystkim to pokazywanie zwykłych ludzi w niezwykłych sytuacjach miano wielokrotnie Edelmanowi za złe - jak malowane ryby Anielewicza. Ale Edelman do końca swojego życia pozostał wierny ideii opowiadania o ludziach, nie o trupach, ani o bohaterach. I była miłość w getcie to ostatni taki skromy obiętościowo zbiór migawek, krótkich wspomnień tych, których los wpisany został w historię powszechną - likwidację getta, powstanie warszawskie, wagony na Umschlagplatz...

I oby takie książki, niczym te palone w 1933 roku oparły się czasowi, płomieniom i ślepym uliczkom ludzkiej cywilizacji. Papier i pamięć to wszystko, co mamy, by zrozumieć skąd przyszliśmy i zastanowić się, dokąd zmierzamy.

A jeśli podczas takiej wędrówki na waszej drodze natraficie na takie Stolpersteine, potknijcie się o nie (niem. stolpern - potykać się, Stein - kamień) pomyślcie, że za każdym nazwiskiem kryje się ludzkie życie.











Ps. Kilka miejsc, upamiętniających palenie książek przez hitlerowców w maju roku 1933, które podobają mi się najbardziej:

Bonn

Braunschweig

Berlin



środa, kwietnia 30, 2014

Lektury Małej Mi: z rocznym doświadczeniem

Mała Mi kończy pierwszy rok swojego samodzielnego jestestwa, czas zatem na relację o postępach rocznego czytelnika.

Zacznijmy od tego, że usypiające właściwości czytania mojemu dziecku aktualnie zupełnie nie mają zastosowania. Lektura przed snem kończy się brakiem jakiejkolwiek senności malucha ergo niezbyt wolnym wieczorem rodziców. Czytanie na dobranoc odłożone zostało na czas nieokreślony i rzecz jasna nie omieszkam wspomnieć na bq, kiedy w końcu stanie się nieodłącznym elementem naszej rodzinnej wieczornej rutyny. Co do dziennych poczynań czytelniczych Małej Mi, to na razie pozostaliśmy przy książeczkach wydawanych na papierze kartonowym w trosce o zasoby biblioteki własnej i miejskiej - Pech chciał, że ostatnio właśnie z takiej wypożyczonej nowości wydawniczej, o której napiszę przy innej okazji, udało się Małej Mi wydrzeć kilka stron...

Onomatopeja czyli bardziej po polsku dźwiękonaśladownictwo to środek wyrazu, który roczne dziecko ceni sobie najbardziej, więc ćwiczę się w szeleszczeniu, syczeniu i wszelakich możliwych poburkiwaniach. Jako, że świat dźwięków i obrazów staje się dla mojej córki coraz bardziej spójny, interesuje ją wszystko to, co da się w jakiś sposób naśladować, więc przede wszystkim zwierzęta, a ostatnio także Indianie, przynajmniej tacy z wyobrażenia Karla May'a... Zamiast czytać, oglądamy obrazki i dokładamy do nich dźwięk, co okazuje się wcale łatwe, bo "jak robi" na przykład pingwin albo krokodyl?! Prócz tego dzięki zapobiegliwości babci Małej Mi nastała w naszym domu era słuchowisk i to tych, które sama pamiętam z własnego dzieciństwa i które z czystym sumieniem mogę polecić nawet najbardziej wymagającym rodzicom, bo w przeciwieństwie do audiobooków z literaturą dziecięcą wykorzystują nie tylko tekst ale i muyzkę i pełne są melodyjnych piosenek. W Polsce znajdziecie całą serię takich słuchowisk szukając w Internecie pod hasłem bajki-grajki.

Poniżej zamieszczam okładki retro naszych bajkowych faworytów. Może coś Wam się skojarzy, przypomni...














wtorek, kwietnia 15, 2014

Kjell Askildsen - autor tego co pozostało nienapisane

Powoli odkrywam dla siebie literaturę Skandynawii. Bez specjalnego planu, raczej na wyrywki, co ciekawego wpadnie mi w ręce, chętnie z księgarnianych wyprzedaży, żeby nie nadwyrężać i tak już nadszarpniętego domowego budżetu. Właśnie tak spontanicznie trafiłam na opowiadania Askildsena, świętowanego jako norweskiego mistrza krótkich utworów prozą. Poraził mnie jego styl, literacki warsztat ascety. Bo rzeczywiście opowiadania są krótkie, oszczędne w treści za to niesamowicie bogate w domysły i niedopowiedzenia. Rzeczywiście atmosfera utworów Askildsena przywodzi na myśl czas przed burzą - zresztą sam autor chętnie wykorzystuje ten motyw jako narracyjne tło - stan napięcia, który lada chwila musi się skończyć, bo jest wprost nie do wytrzymania. Przynajmniej tak by się zdawało, bo opowiadania Norwega nie kończą się jak w naturze, deszczem i wyładowaniem atmosferycznym, takim zdrowym katharsis. Tak naprawdę nie ma u Askildsena konfrontacji, za to jest wymijanie i wielka samotność, granicząca ze śmiercią i może dlatego autor tak chętnie posiłkuje się motywem postaci starszego człowieka, któremu także fizycznie życie i reszta świata stają się coraz bardziej obce i nieosiągalne. Być może najwięcej pisze Askildsen o relacjach między kobietą a mężczyzną, o wszystkim tym, co dzieli płci, o związkach, które oddalają, o byciu obcym w gronie najbliższych. Ciekawe, że kiedyś, na początku literackiej kariery Kjella Askildsena, jego teksty okrzyknięto pornograficznymi i długo trwało, zanim przestało mówić się o nim, jako o pisarzu skandalizującym. Ponoć nawet własny ojciec miał spalić jego pierwszą książkę, choć to mnie akurat nie dziwi, bo porażka ojcowstwa i brak porozumienia między pokoleniami to również ważne tematy u Askildsena.

Być może dzięki niemu Norwedzy musieli stawić czoła temu co nieuświadomione, a przynajmniej niewypowiedziane, przy czym Askildsen sam jest bardzo norweski w swojej formie wyrazu - to co istotne nie zostało przez niego wcale napisane i tylko staje się w głowie czytelnika. I w mojej dzieje się teraz i dzieje...

piątek, kwietnia 04, 2014

O rodzinie bez podtekstów: Ojciec


No właśnie - nie żaden papa, czy tata, tylko ojciec. Słowo ciężkie znaczeniem. Nie bez związku z szeroko pojętą spuścizną, tą fizyczną i mentalną, pewnie cokolwiek ważniejszą: ojcowizną, ojczyzną. O tym, że nie sposób się od tych wielkich słów uwolnić nawet zrywając stosunki z samym ojcem napisał w swojej książce Miljenko Jergović. Czytałam i z każdą stroną dochodziło do mnie, jak blade pojęcie mam o bałkańskiej historii, o tym jak wybebeszył mieszkańców byłej Jugosławii wiek XX. Konflikty na tle wyznaniowo-etnicznym, które odbijają się czkawką niezrozumienia regularnie po dzień dzisiejszy... Dla nas "z zewnątrz" to zaledwie kilka haseł encyklopedycznych... Sarajewo, ustasze, Srebrnica, czetnicy... A tamtejsza historia to ideologie i relige w stałym stanie wojny - bośniacki muzułmanizm, chorwacki katolicyzm, serbski nacjonalizm, faszyzm jednych i drugich. Niby za miedzą, a jednak tak obcy mentalnie świat Bałkan. Kocioł, bo rzeczywiście wszystko tu kipi pomieszane z poplątanym, dlatego tłumacz Jergovicia co rusz próbuje przybliżyć polskiemu czytelnikowi kontekst historyczno-społeczny, w który wpisana została osobista historia pisarza. Niestety, bez tych kulisów jego życiorys jest zupełnie niezrozumiały, wręcz nierealny. 

Miljenko Jergović rozprawiając się z ojcem musi rozliczyć się z przeszłością w Sarajewie, z byciem Serbem i staniem się Chorwatem. Właściwie jego ojciec w perspektywie tych rozrachunków nie jest człowiekiem, choć wykonuje szlachetny zawód lekarza i ma mniej lub bardziej konkretną fizyczną postać, ale bliżej mu do jakiegoś ideologicznego fatum, które spadło na osobę syna.

Do mojego ojca [...] należy moja przyszłość, a do mnie należy jego przeszłość.

Pisarz w swoim ambiwalentnym stosunku do ojca nie jest z pewnością jedyny, jest jednak mimo wszystko osamotniony. Ojciec to taka niesamowita mieszanka  poczucia obcości wobec kogoś, kto w sensie fizycznym jest nam najbliższy i odkrywania w sobie wraz z upływem czasu podobieństw, wspólnych cech charakteru, które niegdyś zdawły się tylko dzielić i oddalać. Dodatkowo ojciec, a uogólniając, rodzina jest nośnikiem wyznania, tożsamości narodowo-etnicznej, statusu społecznego, tradycji i światopoglądu, który przez chorwackiego (głównie z wyboru, ale jednak także trochę na siłę, bo bez chrztu się nie obyło) pisarza poddawany jest ciągłej rewizji, podczas gdy dla większości z nas to właśnie te parametry określają ramy tożsamości.

Zastanawiam się, czy w jakimkolwiek innym zakątku Europy ojcowizna dzisiaj jest tak ciężkim życiowym bagażem, a zwykły fakt przyjścia na świat pełen ideologicznych skutków ubocznych. Być może nie, a może Jergović nie chce milczeć o tym, o czym pokolenia Niemców, Polaków, Rosjan, Francuzów itd. urodzonych po wielkiej wojnie wolą zapomnieć, mianowicie o tym, że ich rodziny były nolens volens uwikłane w wielką politykę, wielkie tragedie i wielkie życiowe wybory.

Być może Jergoviciowi uda się znaleźć spokój ducha, pozwolić odejść przeszłości w niepamięć, zrobić miejsce temu co dzieje się tu i teraz. 
Może ojciec naszych czasów straci na swoim ideologiczno-politycznym znaczeniu, stanie się zupełnie fizycznym rodzicem. Takim, do którego trochę nam bliżej.
Może.

piątek, lutego 14, 2014

Walentynki wierszem

Niektórzy lubią poezję... choć takich zadeklarowanych miłośników nie ma zbyt wielu - tak można bardzo pobieżnie streścić utwór Wisławy Szymborskiej pt. Niektórzy lubią poezję. Ja raczej poezję lubię. I to, że mało jej na bq podyktowane jest faktem, że zdecydowanie bardziej lubię lirykę czytać, niż komentować. Jest coś bardzo osobistego w tym, jak czytamy wiersze, jak je rozumiemy i przeżywamy.

Dzisiaj święto zakochanych i nie będę narzekać, że to komercja, nakręcanie kapitalistycznej maszynki do mielenia pieniędzy i w ogóle bezsens. Jeżeli taki dzień ma pomóc komuś przypomnieć o uczuciu... przełamać nieśmiałość, albo, co ważniejsze, skorupę rutyny w związku...- to czemu by nie? A że przy okazji kwiaciarnie trochę podreperują zarobki...

Zakochani czytają wiersze, czasem nawet je piszą, co w historii poezji zaowocowało wcale złymi przykładami na zasadność takiej korelacji. Może stąd się wzięło powiedzenie o prozie, jako o czymś codziennym bez polotu i afektów. Pewnie dlatego, że stan zakochania nie znosi długich tekstów, kocha się wierszem.

Pięknie jest dostać lub podarować wiersz miłosny, choć bardziej przezornie jest wyręczyć się przy tym kimś po fachu i nie zapomnieć nadmienić autora, żeby uniknąć przykrych sytuacji tłumaczenia się z plagiatu.
Nie mam ulubionego wiersza, mam za to jeden taki, który wzraża moje uczucie i kilka lat temu nadrabiając niepewny akcent węgierski głośnością, wykrzyczałam go niedzielnym rankiem z ogrodu w stronę okna sypialni mojej Walentynce aka mojemu mężowi. 
Wiersz Tétova óda napisał w maju roku 1943 Miklós Radnóti. Najlepiej rzecz jasna czytać w oryginale, bo tylko wtedy odczujemy pełne brzmienie tego pięknego tekstu. Dla tych, którzy nie władają językiem węgierskim, znalazłam w internecie angielskie tłumaczenie wg. Thomasa Ország-Land.


Miklós Radnóti

                                         Tétova óda

Mióta készülök, hogy elmondjam neked
szerelmem rejtett csillagrendszerét;
egy képben csak talán, s csupán a lényeget.
De nyüzsgő s áradó vagy bennem, mint a lét,
és néha meg olyan, oly biztos és örök,
mint kőben a megkövesült csigaház.
A holdtól cirmos éj mozdul fejem fölött
s zizzenve röppenő kis álmokat vadász.
S még mindig nem tudom elmondani neked,
mit is jelent az nékem, hogy ha dolgozom,
óvó tekinteted érzem kezem felett.
Hasonlat mit sem ér. Felötlik s eldobom.
És holnap az egészet ujra kezdem,
mert annyit érek én, amennyit ér a szó
versemben s mert ez addig izgat engem,
míg csont marad belőlem s néhány hajcsomó.
Fáradt vagy s én is érzem, hosszú volt a nap, -
mit mondjak még? a tárgyak összenéznek
s téged dicsérnek, zeng egy fél cukordarab
az asztalon és csöppje hull a méznek
s mint színarany golyó ragyog a teritőn,
s magától csendül egy üres vizespohár.
Boldog, mert véled él. S talán lesz még időm,
hogy elmondjam milyen, mikor jöttödre vár.
Az álom hullongó sötétje meg-megérint,
elszáll, majd visszatér a homlokodra,
álmos szemed búcsúzva még felémint,
hajad kibomlik, szétterül lobogva,
s elalszol. Pillád hosszú árnya lebben.
Kezed párnámra hull, elalvó nyírfaág,
de benned alszom én is, nem vagy más világ,
S idáig hallom én, hogy változik a sok
rejtelmes, vékony, bölcs vonal hűs tenyeredben.


Fanni Gyarmati

A hesitant ode

How long I have prepared, dear, to describe to you
the secret constellation of my love,
perhaps its substance only, just in a single image.
Your teeming sense within me floods like life itself
and sometimes it is timeless, certain and secure:
eternal like a fossil shell within a rock.
The silken, feline moonlit night above my head
begins the hunt for buzzing tiny dreams in flight.
And still I have not managed to describe to you
how much it means to me to sense your caring gaze
as it hesitates upon my hand when I’m at work.
No similes will do. I scrap them as they come.
I will begin this whole attempt again tomorrow
because I am worth only as much as the words
within this poem, and my search will keep me going
until I am reduced to bones and tufts of hair.
You’re tired. It’s been a long day for me also.
What can I say? The objects, look! exchange their glances
in praise of you; a broken cube of sugar sings
on the table; and a drop of honey falls and, like
a ball of gold, it glitters on the tablecloth;
and spontaneously now, an empty tumbler rings out:
it’s glad it lives with you. Perhaps I’ll have the time
to tell you what it’s like when it expects you home.
Descending darkly, flocks of dreams approach you lightly,
they flit away yet keep returning to your brow.
Your drowsy eyes still send a last farewell towards me.
Your loosened hair cascades in freedom. You’re asleep.
The lengthy shadow of your eyelids softly flutters.
Your hand, a resting birch twig, falls upon my pillow.
I share your sleep: you’re not a different world;
and even here I sense as a multitude of secret
and thin, sage lines relax in the tranquil palm of your hand.




Jeszcze tylko słów kilka o autorze Radnótim. Ma on w swoim dorobku parę innych bardzo dobrych wierszy. Nie piszę: wiele, bo też nie było mu dane dużo napisać. Jego życiorys to jednocześnie czarna karta europejskiej, a w szczególności węgierskiej historii. Radnóti urodził się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie: w rodzinie zasymilowanych Żydów w Budapeszcie początku XX wieku... Z przekonania w latach 40-tych przyjął wiarę katolicką, choć wiedział, że tym nie zdoła sobie już wtedy pomóc. Zginął w czasie marszu śmierci, jako przymusowy robotnik, zastrzelony przez strażnika.

Ps. Radnóti Miklósné Gyarmati Fanni, czyli ukochana i wdowa po Radnóti´m zmarła dokładnie dzień po napisaniu powyższego postu, dzień po Święcie Zakochanych...

niedziela, lutego 09, 2014

Budapest / Newyork

Wróciłam do Budapesztu tak, jak wraca się do siebie. 
Wróciłam do mojego miasta pamiętającego czasy, kiedy było światową metropolią, choć jego mieszkańcy już dawno o tym zapomnieli, albo raczej ci, którzy pamiętali, też już odeszli w niepamięć. Wróciłam do Budapesztu trochę podkolorowanego własną wyobraźnią i wybiórczym wspomnieniem, ale moje uczucie zniosło kolejną próbę rzeczywistości - nawet tych durnych olbrzymich plakatów pseudowyborczych szpecących fasady secesyjnych kamienic. Wróciłam na krótko, na chwilę, żeby rozkochać się jeszcze bardziej w panoramie Budy, w peszteńskich zaułkach, w tej tak drogiej mojemu uchu melodyjności węgierskiego języka. A tak się składa, że moim powrotom zawsze towarzyszy literacka czkawka.
Siedzę w Nowym Jorku a dokładniej rzecz ujmując w budapeszteńskim Newyork'u. Pierwszy raz. Złamałam się, zdradziłam Pragę i Europę, Centrala i Hadika. Jestem tu po raz pierwszy, bo naczytałam się tyle, że trudno... Siedzę pomiędzy mocną czarną kawą a pewnym eksperymentem: gorącą białą czekoladą z malinową palinką i miętową śmietaną. Jest tutaj tak, jak się spodziewałam - bombastycznie, bardzo barokowo; złoto i marmur leją się z sufitu po ścianach, trudno skupić się na gastronomii, ale kawa przyzwoita, eksperyment też okazał się pozytywny. Dookoła sami turyści, pewnie też czują się, jakby siedzieli u pana Boga w kościele na kawie. Na fortepianie przygrywa melodię przewodnią Lovestory jakiś sympatyczny muzyk, widocznie znudzony zadaniem, za które mu tutaj płacą. O szklany blat naszego stolika radośnie grzmoci swoimi zabaweczkami moja córka i jest w tym coś z świętokradztwa w tej świątyni... Rozglądam się dookoła, na szczęście jest jeszcze jedne dzieciate towarzystwo, inni goście zdają się być pobłażliwi. Nota bene nasz stolik poświęcony jest  pamięci Janikovszky'ej Ewy, węgierskiej ikonie literatury dziecięcej, o której z pewnością jeszcze napiszę, więc chyba nie przeoczyłam przy wejściu tabliczki z zakazem wstępu psom i dzieciom.
Jestem tutaj, choć kiedyś wzorem węgierskiego poety Endre Ady'go zarzekałam się, że we wtedy świeżo co odrestaurowanym Newyork'u noga moja nie powstanie. A stało się inaczej za sprawą monografii Noémi Saly o budapeszteńskich kawiarniach (Törzskávéházamból zenés kávéházba. Séta a Budapesti körutakon), w której rozsmakowałam się bez reszty.
Newyork to pod konic XIX wieku ponoć najpiękniejsza kawiarnia na świecie (Po drugiej wojnie światowej należał mu się z pewnością także tytuł najpiękniejszego magazynu na świecie). Swoją drogą, jeżeli już jesteśmy przy superlatywach, to chciałabym nadmienić, że to właśnie Węgrzy pochwalić mogą się... najpiękniejszym McDonalds'em. Nie wiem, czy od tego byle jakie jedzenie zyskuje na smaku, ale faktem jest, że lokalizacja pod dachem kompleksu Dworca Zachodniego zaprojektowanego przez Eiffel'a dodaje tej fastfoodowni niewątpliwych walorów wizualnych. Wracając jednak do Newyork'u... Jeśli wspomnieć, że swój wygląd kawiarnia zawdzięcza architektom łaźni Széchenyi i peszteńskiej Akademii Muzycznej, to w zasadzie powinno obyć się bez dalszego zgłębiania tematu. Ponoć mimo wielkiej pompy cechował Newyork dość demokratyczny duch i było to miejsce atrakcyjne tak samo dla arystokrtów, jak i peszteńskich filistrów i lokalnej bohemy. I tylko pisarz Gyula Krúdy miał się pożalić, że popołudniami grube baby z dzielnicy Erzsébetváros zajmują wszystkie stoliki, tak, że nie sposób znaleźć miejsca.

Piliśmy żółte przemieszane z czerwonym, także zielone, najrozmaitsze nieujarzmione likiery - zaczął Kornél Esti - Gorączkowaliśmy się całą noc. Około czwartej nad ranem podnosiliśmy się z miejsc. Na zewnątrz siąpił czarny styczniowy deszcz. [...] Mieliśmy po dwadzieścia lat, niczego nie chcieliśmy tak bardzo, jak zostać pisarzami, nie mieliśmy do roboty nic innego, jak możliwie najszybciej poznać życie - takie słowa dyktuje swojemu ulubionemu bohaterowi w jednym z opowiadań Dezső Kosztolányi, t e n Kosztolányi, literackie bożyszcze Węgier początku XX wieku. Węgierscy literaci do Newyork'u schodzili się chętnie i tłumnie bo przez dekady to właśnie tam rozgrywało się życie towarzyskie stolicy. Dla kawiarni była to klientela mało opłacalna, jednak przynosząca inne niewymierne korzyści, dlatego pisarzy nie tylko tolerowano, ale i dokarmiano. Za kilka fillér'ów zamówić można było tzw. małe literackie: ser, masło, trochę wędliny z niezliczoną ilością bułek. Prawdziwym mecenasem wygłodniałych pisarzy był główny kelner Gyula Reisz, który jeśli tylko przekonany o czichś zadatkach na dobrego pisarza, udzielał delikwentowi nieograniczonego kredytu. Kto zaś nie zyskał uznania, na próżno próbował się wkupić w jego łaski - kuchnia Newyork'u nigdy już nie będzie stała mu otworem. Saly w swojej książce przytacza pewną anegdotę o tym, jak wspomnianemu już Krúdy'iemu udało się podstępem wymóc na Reisz'ie śniadanie dla młodszych kolegów po piórze bez grosza (Sprawiedliwie należałoby dodać, że sam Krúdy zasobnością portfela nie grzeszył nigdy, za to zawsze lubił dobrze zjeść i wypić. Te dwa fakty przyczyniły się do jego szybkiej śmierci w biedzie). Kiedy kelnerzy odmówili podania na kredyt literackiego trójce młodych pisarzy, zamówił Krúdy do Newyork'a wóz z trumnami i kiedy zaczęto trumny te wyładowywać, przestraszeni goście w popłochu opuszczali sale, a kelnerzy padli przed Krúdy'm na kolana, prosząc by się zmiłował, nie robił skandalu i nie ruinował lokalu, wtedy spytał ponoć tylko: Będzie śniadanie dla tych panów? I było...
Dopiłam moją kawę. Zdaje się, że dziś pisarze nie włóczą się już po kawiarniach, żeby uczyć się życia, nie szukają tam ani inspiracji, ani towarzystwa. Przynajmniej tutaj ich nie ma, nie widać ani laptopów, ani samotnych zamyślonych głów gorliwie notujących coś na serwetkach. Za to co rusz błyskają flesze aparatów fotograficznych. Jakie to były czasy, kiedy całe redakcje przesiadywały w kawiarniach (Także w Newyork'u jakiś czas zbierało się wyborowe towarzystwo Nyugat'u, choć w zasadzie ich miejscem był Central), a przy odrobinie szczęścia w jednym lokalu można było spotkać Karinthy'ego, Babits'a i Kosztolányi'ego...
Tymczasem żegnaj mój miły Budapeszcie! Wkrótce znów Cię odwiedzę. Żegnajcie dobre duchy przeszłości!
Wróciłam na niemiecki grunt. Poniekąd do mojej ojczyzny z wyboru: Wahlheimat... Wróciłam też do niemieckiej literatury, mojego dawnego pupila, który jednak w ostatnich latach jakoś po macoszemu obrasta w kurz na regałach. Teraz żyję twórczością i osobą Thomasa Manna. Wraca do mnie ta fascynacja wręcz cyklicznie. Obiecuję, że niebawem bardzo się na ten temat rozpiszę a nazwisko Mann jeszcze wielokrotnie zagości na łamach bq.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z peszteńskiego Newyork'u:










Ps. Thomas Mann też pił kawę w Newyork'u...