Mała Mi jest w dalszym ciągu zafascynowana książkami. Oczywiście ta czytelnicza pasja ograniczona jest pewnymi rozwojowymi etapami. Na przykład tym, że obecnie najfajniej jest kontemplować książki razem kimś – czytaj: z mamą, tatą lub innymi ciociami i dziadkami, którzy się akuratnie napatoczą, generalnie więc razem z dorosłymi, bo inne dzieci postrzegane są póki co raczej jako konkurencja. Poza tym najfajniej według Małej Mi jest upodobać sobie na jakieś dwa do trzech tygodni jedną (z wielu) książek i wertować ją każdego dnia dziesiątki razy (z mamą etc.) Te dwa fakty połączone ze sobą sprawiają, że rodzic dla własnego zdrowia psychicznego oraz w trosce o prawidłowy rozwój umysłowy swojego dziecka szuka jakiejś czytelniczej alternatywy do standartowych książeczek. My znaleźliśmy ją w postaci tzw. Wimmelbuch. W tym szkopół, że ta niemiecka nazwa nie ma swojego polskiego odpowiednika. Znalazłam nawet kilka internetowych dyskusji na ten temat.
Idea Wimmelbuch nie jest jednak zbyt skomplikowana. Jest to książka obrazkowa zwykle o dużym formacie, na papierze kartonowym, bez żadnego tekstu (to zaleta głównie dla rodzin wielojęzycznych), na której obrazkach wręcz roi się od tysiąca szczegółów. Na pierwszy rzut oka boli od tej mnogości głowa. Wydawałoby się, że dla dziecka też jest tego zbyt dużo i nie będzie mogło skupić ostatecznie na niczym uwagi. Doświadczenie (także własne) pokazuje jednak, że około 18-miesięczne dziecko jest właśnie taką formą literatury zafascynowane. Po pierwsze dlatego, że obrazki można bez końca opowiadać na nowo i jest to oczywiście rola asystującego dorosłego, więc dziecko cieszy się z poświęconej mu uwagi, po drugie, że ze względu na masę szczegółów żadnemu z nich szybko się to nie znudzi, a do tego można nauczyć (się) wielu nowych słów, co dla dziecka w tym wieku jest generalnie bardzo atrakcyjne, że już nie wspomnę o dumie rodziców. Dodatkowo można wybrać coś tematycznego, typu: pora roku, miasto, wieś, zwierzęta, w domu itp., czyli dopasować Wimmelbuch do aktualnych upodobań malucha. Ciekawe jest też Wimmelbuch wkomponowane w topografię konkretnej miejscowości. Mała Mi ma przykładowo taką węgierską böngésző (to właśnie węgierski odpowiednik Wimmelbuch) z kulisami Budapesztu.
Okazuje się, że nie tylko diabeł tkwi w szczególe i że szczegół to nie zawsze szczegół...
Ps. W praktyce typowe obrazki z Wimmelbuch* wyglądają jak poniżej:
* Wśród polskiego nazewnictwa pojawia się m.in. wyszukiwanka, ale jest to w zasadzie już pewna specyfikacja klasycznej formy Wimmelbuch, na której obrazkach dziecko ma wyszukać jakieś konkretne elementy.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz