niedziela, lutego 09, 2014

Budapest / Newyork

Wróciłam do Budapesztu tak, jak wraca się do siebie. 
Wróciłam do mojego miasta pamiętającego czasy, kiedy było światową metropolią, choć jego mieszkańcy już dawno o tym zapomnieli, albo raczej ci, którzy pamiętali, też już odeszli w niepamięć. Wróciłam do Budapesztu trochę podkolorowanego własną wyobraźnią i wybiórczym wspomnieniem, ale moje uczucie zniosło kolejną próbę rzeczywistości - nawet tych durnych olbrzymich plakatów pseudowyborczych szpecących fasady secesyjnych kamienic. Wróciłam na krótko, na chwilę, żeby rozkochać się jeszcze bardziej w panoramie Budy, w peszteńskich zaułkach, w tej tak drogiej mojemu uchu melodyjności węgierskiego języka. A tak się składa, że moim powrotom zawsze towarzyszy literacka czkawka.
Siedzę w Nowym Jorku a dokładniej rzecz ujmując w budapeszteńskim Newyork'u. Pierwszy raz. Złamałam się, zdradziłam Pragę i Europę, Centrala i Hadika. Jestem tu po raz pierwszy, bo naczytałam się tyle, że trudno... Siedzę pomiędzy mocną czarną kawą a pewnym eksperymentem: gorącą białą czekoladą z malinową palinką i miętową śmietaną. Jest tutaj tak, jak się spodziewałam - bombastycznie, bardzo barokowo; złoto i marmur leją się z sufitu po ścianach, trudno skupić się na gastronomii, ale kawa przyzwoita, eksperyment też okazał się pozytywny. Dookoła sami turyści, pewnie też czują się, jakby siedzieli u pana Boga w kościele na kawie. Na fortepianie przygrywa melodię przewodnią Lovestory jakiś sympatyczny muzyk, widocznie znudzony zadaniem, za które mu tutaj płacą. O szklany blat naszego stolika radośnie grzmoci swoimi zabaweczkami moja córka i jest w tym coś z świętokradztwa w tej świątyni... Rozglądam się dookoła, na szczęście jest jeszcze jedne dzieciate towarzystwo, inni goście zdają się być pobłażliwi. Nota bene nasz stolik poświęcony jest  pamięci Janikovszky'ej Ewy, węgierskiej ikonie literatury dziecięcej, o której z pewnością jeszcze napiszę, więc chyba nie przeoczyłam przy wejściu tabliczki z zakazem wstępu psom i dzieciom.
Jestem tutaj, choć kiedyś wzorem węgierskiego poety Endre Ady'go zarzekałam się, że we wtedy świeżo co odrestaurowanym Newyork'u noga moja nie powstanie. A stało się inaczej za sprawą monografii Noémi Saly o budapeszteńskich kawiarniach (Törzskávéházamból zenés kávéházba. Séta a Budapesti körutakon), w której rozsmakowałam się bez reszty.
Newyork to pod konic XIX wieku ponoć najpiękniejsza kawiarnia na świecie (Po drugiej wojnie światowej należał mu się z pewnością także tytuł najpiękniejszego magazynu na świecie). Swoją drogą, jeżeli już jesteśmy przy superlatywach, to chciałabym nadmienić, że to właśnie Węgrzy pochwalić mogą się... najpiękniejszym McDonalds'em. Nie wiem, czy od tego byle jakie jedzenie zyskuje na smaku, ale faktem jest, że lokalizacja pod dachem kompleksu Dworca Zachodniego zaprojektowanego przez Eiffel'a dodaje tej fastfoodowni niewątpliwych walorów wizualnych. Wracając jednak do Newyork'u... Jeśli wspomnieć, że swój wygląd kawiarnia zawdzięcza architektom łaźni Széchenyi i peszteńskiej Akademii Muzycznej, to w zasadzie powinno obyć się bez dalszego zgłębiania tematu. Ponoć mimo wielkiej pompy cechował Newyork dość demokratyczny duch i było to miejsce atrakcyjne tak samo dla arystokrtów, jak i peszteńskich filistrów i lokalnej bohemy. I tylko pisarz Gyula Krúdy miał się pożalić, że popołudniami grube baby z dzielnicy Erzsébetváros zajmują wszystkie stoliki, tak, że nie sposób znaleźć miejsca.

Piliśmy żółte przemieszane z czerwonym, także zielone, najrozmaitsze nieujarzmione likiery - zaczął Kornél Esti - Gorączkowaliśmy się całą noc. Około czwartej nad ranem podnosiliśmy się z miejsc. Na zewnątrz siąpił czarny styczniowy deszcz. [...] Mieliśmy po dwadzieścia lat, niczego nie chcieliśmy tak bardzo, jak zostać pisarzami, nie mieliśmy do roboty nic innego, jak możliwie najszybciej poznać życie - takie słowa dyktuje swojemu ulubionemu bohaterowi w jednym z opowiadań Dezső Kosztolányi, t e n Kosztolányi, literackie bożyszcze Węgier początku XX wieku. Węgierscy literaci do Newyork'u schodzili się chętnie i tłumnie bo przez dekady to właśnie tam rozgrywało się życie towarzyskie stolicy. Dla kawiarni była to klientela mało opłacalna, jednak przynosząca inne niewymierne korzyści, dlatego pisarzy nie tylko tolerowano, ale i dokarmiano. Za kilka fillér'ów zamówić można było tzw. małe literackie: ser, masło, trochę wędliny z niezliczoną ilością bułek. Prawdziwym mecenasem wygłodniałych pisarzy był główny kelner Gyula Reisz, który jeśli tylko przekonany o czichś zadatkach na dobrego pisarza, udzielał delikwentowi nieograniczonego kredytu. Kto zaś nie zyskał uznania, na próżno próbował się wkupić w jego łaski - kuchnia Newyork'u nigdy już nie będzie stała mu otworem. Saly w swojej książce przytacza pewną anegdotę o tym, jak wspomnianemu już Krúdy'iemu udało się podstępem wymóc na Reisz'ie śniadanie dla młodszych kolegów po piórze bez grosza (Sprawiedliwie należałoby dodać, że sam Krúdy zasobnością portfela nie grzeszył nigdy, za to zawsze lubił dobrze zjeść i wypić. Te dwa fakty przyczyniły się do jego szybkiej śmierci w biedzie). Kiedy kelnerzy odmówili podania na kredyt literackiego trójce młodych pisarzy, zamówił Krúdy do Newyork'a wóz z trumnami i kiedy zaczęto trumny te wyładowywać, przestraszeni goście w popłochu opuszczali sale, a kelnerzy padli przed Krúdy'm na kolana, prosząc by się zmiłował, nie robił skandalu i nie ruinował lokalu, wtedy spytał ponoć tylko: Będzie śniadanie dla tych panów? I było...
Dopiłam moją kawę. Zdaje się, że dziś pisarze nie włóczą się już po kawiarniach, żeby uczyć się życia, nie szukają tam ani inspiracji, ani towarzystwa. Przynajmniej tutaj ich nie ma, nie widać ani laptopów, ani samotnych zamyślonych głów gorliwie notujących coś na serwetkach. Za to co rusz błyskają flesze aparatów fotograficznych. Jakie to były czasy, kiedy całe redakcje przesiadywały w kawiarniach (Także w Newyork'u jakiś czas zbierało się wyborowe towarzystwo Nyugat'u, choć w zasadzie ich miejscem był Central), a przy odrobinie szczęścia w jednym lokalu można było spotkać Karinthy'ego, Babits'a i Kosztolányi'ego...
Tymczasem żegnaj mój miły Budapeszcie! Wkrótce znów Cię odwiedzę. Żegnajcie dobre duchy przeszłości!
Wróciłam na niemiecki grunt. Poniekąd do mojej ojczyzny z wyboru: Wahlheimat... Wróciłam też do niemieckiej literatury, mojego dawnego pupila, który jednak w ostatnich latach jakoś po macoszemu obrasta w kurz na regałach. Teraz żyję twórczością i osobą Thomasa Manna. Wraca do mnie ta fascynacja wręcz cyklicznie. Obiecuję, że niebawem bardzo się na ten temat rozpiszę a nazwisko Mann jeszcze wielokrotnie zagości na łamach bq.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z peszteńskiego Newyork'u:










Ps. Thomas Mann też pił kawę w Newyork'u...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz