Tam gdzie książki palą, niebawem także ludzi palić będą. Prorocze słowa Heinricha Heine´go wybrzmiały niespełna sto lat wcześniej, zanim nacjonalizm w Europie osiągnął apogeum i Niemcy w demokratycznych wyborach zdali los swojego państwa, a jak miało się okazać niebawem, także dziesiątek milionów innych ludzi z całego świata na NSDAP i wizję pewnego austriackiego niedocenionego artysty formatu pocztówkowego...
Niestety to właśnie wydarzenia wieku XX. miały sprawić, że wizja Heine'go, nomen omen Żyda przez całe życie zmagającego się ze względu na swoje pochodzenie ze społecznym ostracyzmem, utrwali się boleśnie w historycznej pamięci następnych pokoleń. I oby ta prawde niczym przestroga została jak piętno na ludzkości jeszcze długo po nas.
Mija 81 lat, kiedy na przestrzeni tamtego równie pięknego maja w dużych miastach i prowincjonalnych miasteczkach całych Niemiec z wielką pompą zainscenizowano palenie książek. Były stosy, wóz do rozwożenia gnoju zaprzężony w woły (tak np. we Frankfurcie nad Menem) orkiestra i śpiew - niewybredna scenografia dla podniesienia wagi i podkolorowania atmosfery spektaklu. Właściwie w ideologicznej wymowie tego aktu spalono symbolicznie samych autorów, niegodnych miana niemieckich,- socjalistów, komunistów, Żydów, krytyków i wizjonerów. Palili partyjni, studenci i profesorowie, wiwatował spędzony na tę okoliczność tłum, przyglądali się bez protestów wszyscy (z nielicznymi wyjątkami, np. w Kolonii). Palono systematycznie, według list, które spisał bibliotekarz, o nazwisku, które pozwolę sobie przemilczeć, ale każde miasto, każdy uniwersytet wrzucał do ognia tytuły według własnych preferencji: coś się dodało, coś względnie dyskretnie pominęło. Tak spłonęli bracia Heinrich i Thomas Mann, wspólnie z konkurentem Thomasa o rękę Katii a potem dozgonnym wrogiem, Alfredem Kerrem. Spalono Haška i Tucholsky´ego, Brechta i Lukácsa.
Nie trwało nawet jednej dekady, kiedy po papierze według równie systematycznie opracowanego planu i milczącego przyzwolenia ogółu, choć tym razem bardziej po cichu i gdzieś na uboczu palone były ciała, dużo ciał. I kiedy po fakcie nie mogąc się doliczyć milionów zwęglonych zwłok i przywrócić im nazwisk zamiast numeru, z bezsilności języka trzeba było posiłkować się nową terminologią: holocaust, shoa.
Dzisiaj nie ma już tych, którzy pośród doniosłych okrzyków i pieśni palili papier, tak jak nie ma tych, których spalono. Została garstka oprawców i tych, którym udało się przeżyć. I zostały jeszcze te tytuły, których za wszelką cenę chciano się pozbyć. Od zagłady okazały się być trwalsze papier i pamięć.
Marka Edelmana też już nie ma, choć przeżył holocaust, przeżył rosyjską ruletkę wieku XX. Na szczęście zostawił po sobie, jak kilku innych doświadczonych losem, świadectwo. Sporo można naczytać się o okropieństwie wojny, obozów zagłady, getta. Pamiętacie Kamienie na szaniec Kamińskiego? W liceum na lekcjach języka polskiego kilka innych szokujących tytułów, także pierwsze spotkanie z Markiem Edelmanem właśnie i reporterskim piórem Hanny Krall. Na własną rękę poznałam potem jeszcze wiele innych nazwisk, ale szczerze mówiąc najchętniej, jeżeli w tej kwestii może być mowa o przyjemności, wracam właśnie do niego - Edelmana, który zresztą sam nie pisał, za to opowiadał bez końca o tym, co przeżył, to czego tak wielu wokół niego przeżyć nie miało szans. Klątwa, albo raczej misja ocalonego - nie pozwolić zapomnieć i za wszelką cenę ocalić od zapomnienia tych, których - trawestując Szymborską - historia zaokrągliła do zera. Lubię te strzępy pamięci Marka Edelmana, jak sam nazywał swoje wspomnienia z czasów hitlerowskiej okupacji i to, że przywracał ludzką twarz tak samo anonimowym ofiarom, jak i wielkim nazwiskom tamtych czasów. To, że potrafił wspomnieć o zgrabnej figurze, czy pięknych oczach jakiejś koleżanki, łączniczki w getcie warszawskim, zamiast popadać w patos patriotyzmu. Chyba przede wszystkim to pokazywanie zwykłych ludzi w niezwykłych sytuacjach miano wielokrotnie Edelmanowi za złe - jak malowane ryby Anielewicza. Ale Edelman do końca swojego życia pozostał wierny ideii opowiadania o ludziach, nie o trupach, ani o bohaterach. I była miłość w getcie to ostatni taki skromy obiętościowo zbiór migawek, krótkich wspomnień tych, których los wpisany został w historię powszechną - likwidację getta, powstanie warszawskie, wagony na Umschlagplatz...
I oby takie książki, niczym te palone w 1933 roku oparły się czasowi, płomieniom i ślepym uliczkom ludzkiej cywilizacji. Papier i pamięć to wszystko, co mamy, by zrozumieć skąd przyszliśmy i zastanowić się, dokąd zmierzamy.
A jeśli podczas takiej wędrówki na waszej drodze natraficie na takie Stolpersteine, potknijcie się o nie (niem. stolpern - potykać się, Stein - kamień) pomyślcie, że za każdym nazwiskiem kryje się ludzkie życie.
Ps. Kilka miejsc, upamiętniających palenie książek przez hitlerowców w maju roku 1933, które podobają mi się najbardziej:
![]() |
| Bonn |
| Braunschweig |
![]() |
| Berlin |






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz