poniedziałek, kwietnia 22, 2013

A tymczasem już za chwilę… nowa rubryka na bq

Dziewięć miesięcy to niby i nie mało czasu a tu nim się człowiek obejrzał jest właściwie już po, czyli zaraz się zacznie. Wielka przygoda, jeszcze większa odpowiedzialność. Macierzyństwo. Dookoła wszyscy szaleją. Unikam w miarę możliwości i sympatii do wszystkich zainteresowanych bliższych kontaktów z telefonem, rozmów z sąsiadami, miłymi ekspedjentkani sklepowymi, personelem ulubionej restauracji. Na spacery - po zmierzchu jak kot, a raczej jak wieloryb na kaczych nogach. Jak mądrze odpowiedzieć na pytania  z gatunku „I co?”, kiedy w zasadzie nic? Co robi się na dzień przed a według terminarza w dniu po? Kiedy ostatnie pranie wyprane, klatka schodowa umyta, lodówka pełna, walizeczka spakowana, łóżeczko pościelone? Na szczęście czyta się, sporo, bo czasu rzeczywiście więcej, mimo, że trudno coś sensownego z nim zrobić. Jakiś wewnętrzny głos mówi „Poczytaj mi mamo”, więc sięgam po książki z naszej domowej zaczątkowej półki z literaturą dziecięcą i czytam na głos dla tego jeszcze bardziej wyobrażonego niż rzeczywistego audytorium. Audytorium wdzięczne, czasem wyraża aprobatę solidnym szturchańcem, czasem zaśnie najwyraźniej znudzone monotonną modulacją głosu. Ale nie poddam się tak łatwo. W końcu czytanie na głos rozwija, według badań takich i owakich zwiększa inteligencję i wrażliwość dziecka a kto wie – pewnie i dorosłego, tylko komu chce się to badać. A tak naprawdę pomaga zaspokoić własne zachcianki – bycia komuś medium do świata opowieści, baśni, historii i daje możliwość jeszcze raz rozczytać się w tym, co tak nieodłącznie kojarzy się z własnym dzieciństwem. Niech zatem będzie: czyta się nadal z pobudek czysto egoistycznych. Przynajmniej do momentu, kiedy wybór lektury nie podlega dyskusji i kontrargumenty  kończą się na kopnięciu w pęcherz.
Ale czyta się także całe stosy czasopism fachowych, html-owych tasiemców ze wskazówkami administracyjno-prawnymi, listy to do, nice to have, must buy… I próbuje się nie popadać w stany lękowe, bo zapisy do przedszkola to jeszcze przed urodzeniem a kolejne zakupy utensyliów absolutnie niezbędnych do odnalezienia się w rodzinnej rzeczywistości czyszczą konto bankowe jak wirtualny odkurzacz. Zakłada się abonament na lokalną gazetę dla rodziców, żeby mieć poczucie, że w nowej roli wszystko będzie pod kontrolą i żeby jednocześnie mieć pewność przynależenia gdzieś tam, kiedy tymczasowo nie jest to miejsce pracy ani klub sportowy.
W sumie już powoli dochodzi do ciebie, że zaraz wszystko stanie na głowie, ale w miarę możliwości próbujesz nie dać się zwariować. Jeszcze nie… I nie słuchać Mozarta tylko dlatego, że według najnowszych badań…  I nie uczyć się kołysanek z nut, których tak naprawdę nie potrafisz czytać. W trzech językach… Nie wpadać w panikę, bo dwa celebrowane przed snem na zmianę jak biblia poradniki ciążowe, takie opasłe wpijające się solidnymi okładkami w rosnący im naprzeciw brzuch tomidła, nagle się kończą życząc szczęścia i powodzenia a ty masz jedynie pewność, że jeszcze nczego nie wiesz. Co robi się w takich momentach? Wyszukuje z zakamarków kredensu bardzo wysoko kaloryczną czekoladę, o której twój zaniepokojony drastycznie zwiększoną wagą (twoją rzecz jasna) mąż zupełnie zapomniał i wije się na kanapie gniazdo z wszelkich dostępnych koców i poduszek a potem zabiera do lektury.
I tak czytam sobie niepomna dzielącego mnie coraz to krótszego czasu, od kiedy na bq pojawi się nowa rubryka z literaturą dziecięcą (tą nowo wydaną i starą jak świat z czasów braci Grimm) ostatnią książkę Sylwii Chutnik. Fantastycznie robi mi ta lektura na samopoczucie. Nie dlatego, że jest absolutnie genialną topografią warszawskiego świata, właściwie możnaby Cwaniary z powodzeniem nazwać powieścią warszawską, tak jak Niemcy wydają co nowsze Berliner Romane. Sylwia Chutnik to chyba jedna z najbardziej feminizujących polskich autorek, wyzwanie dla konwenansu  a la literatura kobieca XXI. wieku. Postać autentyczna (to własna obserwacja z pewnego wieczorku autorskiego) we wszystkim, czym tylko się para – Warszawianka z wyboru, matka z przekonania, pisarka z powołania. Cieszę się, że Cwaniary towarzyszą mi właśnie teraz. Po Kieszonkowym atlasie kobiet i Dzidzi to trzecie moje spotkanie z książką tej młodej niepokornej polskiej autorki i kto wie, czy nie najciekawsze. Oczywiście znów jest Warszawa i są kobiety na pierwszym planie, jest macierzyństwo i zderzenie ze światem napędzanym testosteronem. Ale tym razem to właśnie kobiety próbują się w roli mężczyzn. Siła i przemoc w imię sprawiedliwości – warszawska wendeta. Taka Halina, de facto wdowa w końcowym stadium ciąży powalająca na łopatki lokalnych dresiarzy, mafiozów i agresywnnych mężów koleżanek. Sylwia Chutnik jeszcze chyba nigdy nie pisała z tak cudownie dozowaną ironią, dystansem a jednocześnie afirmacją rzeczywistości. Bohaterka Helena to Westalka po warszawsku, oczyszczająca ulice niczym świątynię przed narodzinami dziecka. A cała trójka protagonistek przypomina greckie Mojry przesądzające w swoich akcjach o życiu i śmierci (męskich) ofiar.
Fantastyczne doznanie czytelnicze na chwilę przed doświadczeniem macierzyństwa.
Trzymajcie kciuki!

Miejsce dla nowego czytelnika przygotowane

Poczytaj mi mamo...

Czytam, czytam...

I tak sobie kontemplujemy lektury - ja i mój brzuch

sobota, kwietnia 20, 2013

Dobry wybór - ale czy rzeczywiście?

Już samym tytułem najnowszej swojej książki J.K.Rowling wyznaczyła zagranicznym tłumaczom i wydawcom nie lada zadanie. W oryginale to The Casual Vacancy, czyli termin z zakresu administracji, o którym mowa we wprowadzeniu do części pierwszej książki: wakat tymczasowy. Zgoda, dla potencjalnego czytelnika taki tytuł to pewnie kiepska zachęta do lektury, więc każdy poradził sobie z przekładem według własnego pomysłu i tu, co ciekawe, można niejako już upatrywać się marketingowego pomysłu na książkę. Podczas kiedy Niemcy zrobili z wakatu niespodziewany zgon (Ein plötzlicher Sterbefall), co dość wyraźnie trąci wątkiem kryminalnym, polski wydawca zasugerował się lokalnymi potyczkami o niespodziewanie zwolnione stanowisko radnego bohaterów powieści, stąd Dobry wybór. A wybór chyba rzeczywiście nie najgorszy, może jest adekwatniejszy, także w swoim domyślnym znaczeniu, do autorskich zamiarów Rowling. Natomiast w jednym bodajże wszyscy wydawcy autorki są zgodni - to pierwsza powieść dla dorosłych J.K. Rowling i ta mantra, zresztą jakaś taka naciągana, powtarzana jest jakby najwspanialsza reklama książki. Jakby Harrego Pottera czytały rzeczywiście tylko dzieci a miliony letnich czytelników to infantylny dodatek, jakby książki Rowling rzeczywiście trafiły do działu z literaturą dziecięcą, jakby pisanie o bohaterach-dzieciach z góry zakładało nieletniego odbiorcę. Cóż, widać, tej łatki magiczny świat Hoghwartu nigdy się już nie pozbędzie. Ale niech będzie, w najnowszej książce Dobry wybór - choć tak naprawdę ona także traktuje o świecie dzieci chyba zresztą i na całe nieszczęście tak mocno zależnym od świata dorosłych - zamiast czarodziejów i magii, jest banalny małomiejski światek interesów, przemoc, rodzinne problemy, no więc rzeczywistość, czasem mniej czasem bardziej społecznie akceptowalna. I chyba wszystko rozbija się właśnie o tę akceptację, albo jej brak. Fe! Jak brzydko ze strony Rowling, że tak skalała własne gniazdo, pokazała mechanizm funkcjonowania małego brytyjskiego środowiska, jakby to było zakłamane amerykańskie osiedle pozorów. Krytykę american way of life już znamy, TAM tak po prostu jest. Ale czyżby w starej dobrej Wielkiej Brytanii, z rodziną królewską jak z metką na gatunkowo dobrym ciuchu, może być podobnie? Pytanie retoryczne: czy ludzie wszędzie są tacy sami? Ostatecznie tym jest tak naprawdę akcja powieści Rowling: grą pozorów dla otoczenia. Dobry wybór to historia grupy nastolatków - o zgrozo - którzy są autentyczni, w związku z tym często konfliktowi w pojęciu dorosłych i próbują odnaleźć się w tym świecie misternie utkanym z pozorów, kłamstw, ucieczki od rzeczywitości. Tak naprawdę to głównie dzieci podejmują u Rowling wybór, mimo, że nie głosują w wyborach do rady, mimo, że nie ogłaszają się z nim publicznie i mimo, że ta agitacja jest nieuświadomionym żniwem propagandy ich dorosłych rodzin. Dobry wybór? Ten nieistniejący znak zapytania wisi w powietrzu jak miecz Damoklesa.

środa, kwietnia 03, 2013

Heroizm na miarę

Hans Fallada reklamowany jest jako literackie odkrycie roku (ubiegłego, ściśle rzecz ujmując). Jeder stirbt für sich allein to ostatnia powieść tego niespokojnego ducha, żyjącego w niespokojnych czasach. Kulisy akcji książki - Berlin lat 40-tych, metropolia, która z centrum moderny, bohemy, seksulnej i kulturowej wolności, bogatej sceny teatralnej i kabaretowej zmieniła się w stolicę hitlerowskiego reżymu, w zalążek wymarzonej przez Hitlera Germanii Magny, na którą ze strachem, a co gorsze, jeszcze wręcz z niedowierzaniem patrzył cały świat. O codziennym życiu małych, zwykłych ludzi w takim Berlinie traktuje powieść Fallady i już przez sam fakt, że napisana nie z perspektywy okupacji, obozu KZ czy doświadczeń wrogiej nazistowskiej propagandzie rasy, lecz z samego źródła brązowej zupy, z perspektywy berlińczyka, który w 1933 uwierzył w szansę na lepszą przyszłość głosując na NSDAP, zawierzył swój maluczki los Führerowi, predystynuje książkę do bycia ciekawą. Mimo to jej autor nie był wcale pewny swego, powieść została mniej lub bardziej zlecona do napisania przez wydawcę już po wojnie, jej materiał źródłowy, bo Jeder stirbt... oparte jest na rzeczywistej historii - podany na tacy. Falladzie pozostała sama rzemieślnicza obróbka, z którą uporał się zresztą w ciągu zaledwie miesiąca. W założeniu miało powstać dzieło literackie, traktujące o heroiźmie jednostki, bohaterstwie przeciętności ku pokrzepieniu niemieckich powojennych serc, dla podpory moralnej narodu tak masowo uwikłanego w zbrodniczą machinę hitleryzmu. Krótko mówiąc, chodziło o napisanie programowej książki na potrzeby powojennej literatury niemieckiej, która w obliczu najnowszej historii nie mogła dojść do siebie. Hans Fallada vel Rudolf Ditzen ze swoim życiorysem morfinisty, drobnego defraudatora, człowieka zniewolonego używkami, więc i potrzebą ich finansowania, niechętnie godził się na rolę pisarza dokumentującego bohaterstwo nielicznych w ostatecznym rozrachunku rodaków, ponieważ sam nigdy nie miał ambicji do udawania sumienia narodu. Następnie zaś nie był do końca przekonany, że bohaterstwem należy okrzyknąć opisane przez siebie losy robotniczego małżeństwa, które w latach 40-tych na własną rękę i na swój sposób stawia opór politycznemu systemowi III Rzeszy. Fallada miał świadomość, że takie przypadki były jednostkowe i tym bardziej nie powinny wzbudzać w opinii czy to niemieckiej, czy tym bardziej międzynarodowej mylnego wrażenia, że istniał powszechny choć cichy i niezbyt skuteczny opór społeczny względem reżymu hitlerowskiego. Fallada pozostał wierny swojemu zdaniu i w Jeder stirbt für sich allein pokazał całą społeczną panoramę ludzi biernych, zastraszonych, zrezygnowanych, denuncjatorów, oportunistów i wreszcie zadeklarowanych nazistów, pomiędzy nich wklejając losy jednostek Anny i Otta Quangel, którzy za cel i program swojego życia po śmierci syna powzięi sobie między kolejnymi weekendami roznoszenie po berlińskich kamienicach kart pocztowych z antyreżymowymi treściami. To może i nieudolne, bardzo zwyczajne bohaterstwo małego człowieka Fallada przeciwstawia konformizmowi ogółu, masowemu odbiorcy poczty Quangla, który reaguje strachem, wyparciem zamiast upragnioną refleksją. Fallada w gruncie rzeczy sam próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, czy takie ryzykowanie życia miało jakikolwiek wymierny sens, każe zastanowić się nad tym własnym bohaterom, którzy zostali unieszkodliwieni przez totalitarny aparat, a więc przez współobywateli, których chcieli nawrócić na słuszną drogę.
Hans Fallada napisał swoją nomen omen ostatnią książkę w przekonaniu, że w ostatecznym rozrachunku każdy z nas umiera dla siebie i to śmierć jest podsumowaniem indywidualnego życia, więc ważne jest "jak", nie "czy". 


czwartek, lutego 21, 2013

Starość nie radość a jednak rzeczywistość

Z założenia nie ma książki, o której nie mogłoby być mowy na bq, tak samo jak nie ma gatunku literackiego, do którego nie sięgam per se. I tak dzisiejszy post jest poświęcony lekturze dość specjalnej, bynajmniej nie związanej z najbliższą mi beletrystyką, mianowicie książce niemieckiej hmm... powiedzmy dziennikarki Martiny Rosenberg Mutter, wann stirbst du endlich? (Mamo, kiedy w końcu umrzesz?). To właściwie osobiste zapiski z czasów opieki nad chorymi i postarzałymi rodzicami autorki, więc zdawałoby się, że już przez intymność tematu niepowtarzalne spojrzenie na starość i chorobę najbliższych. Tymczasem to co zadziwia i przyciąga uwagę, to wręcz zastraszający uniwersalizm uczuć i myśli. Martina Rosenberg, podobnie jak większość z nas skonfrontowana została z koniecznością opieki nad swoimi najbliższymi dopiero, kiedy okazała się ona niezbędna i to pierwsza wielka konkluzja lektury: Mimo starzenia się społeczeństwa, mimo powszechnej dyskusji na temat finansowego zabezpieczania przyszłości, aktualnej zwłaszcza w krajach wysoko rozwiniętych i wreszcie mimo ogólnie panującego przekonania, że dla opinii publicznej nie istneją już żadne tematy tabu, nadal unikamy tematu starości własnej i tej najbliższych. Nie rozmawiamy o nieuniknionym - tym, że kiedyś zdani będziemy na pomoc innych, więc przede wszystkim najbliższych i nie chodzi tu o możliwość choroby lecz najbanalniejszą w swej nieuchronności starość. Tymczasem warto zawczasu zadać sobie pytania, jak ma ona wyglądać, na kogo spadnie obowiązek opieki, co w czasach wydłużonej średniej życiowej, odchodzenia od tzw. rodzin wielopokoleniowych mieszkających pod jednym dachem, mobilności wykraczającej nawet poza granice rodzinnego kraju czy aktywności zawodowej kobiet wcale nie jest oczywistością. Tymczasem milczymy uparcie w imię zasady nie wywoływania wilka z lasu i przez to zwykła kolej rzeczy spada na nas niczym nieszczęście. Pewnie każdemu z nas nolens volens dane będzie rozprawić się z niedomaganiem tych, których kochamy, wobec których czujemy się zobowiązani do pomocy, a tymczasem przykład Martiny Rosenberg pokazuje, że to poczucie obowiązku jest niesamowicie obciążające fizycznie i jeszcze bardziej przytłaczające psychicznie. Właściwie w tym kontekście Mutter, wann stirbst du endlich? jest swoistą terapią, choć sama autorka w jednym z wywiadów podkreśla, że jej celem było możliwe szczere i otwarte zabranie głosu w dyskusji o opiece nad starszymi i chorymi w najbliższym otoczeniu, nie rozprawienie się z własną traumą. Faktem jest, że w czasach szeroko pojętej poprawności nikomu do tej pory nie udało się tak odważnie wystąpić na forum publicznym i szczerze opowiedzieć, o stanach emocjonalnych, uczuciach osoby opiekującej się. Oto kilka cytatów z książki, dla lepszego zrozumienia: 

Po tym jak podobne sceny powtarzają sie prawie co wieczór, nie jestem wręcz zdolna do współczucia. 

Moje uczucia względem rodziców zmieniają się. (...) Jakaś zastraszająca obojętność przejmuje nade mną władzę (...) Jestem nadal serdeczna, grzecznie racjonalna ale nie potrafię się już zaangażować. Sama nie mogę w to uwierzyć, ale to ciągłe rozprawianie o umieraniu, śmierci i chorobie stępia mnie i traci na oddziaływaniu. 

Z każdym dniem pogarszającego się życia moich rodziców mój tato przekłada swoje problemy coraz to częściej na mnie. Nigdy nie pozwoli, żebym normalnie żyła własnym życiem, podczas kiedy jego własne sypie się w gruzy. Nawet jeśli to tylko jego chory umysł - chce mnie pociągnąć ze sobą na dno. Te jego niezrozumiałe zachowania, które mają na celu wywołanie chaosu są tylko po to, żeby mnie w to wciągnąć. Ta świadomość przenika do mojego umysłu i nie daje mi spokoju: On robi to celowo! 

Już w wypadku mojej mamy ciężko jest mi zdobyć się na emocjonalny dystans, mimo świadomości, że jest ona chora. Jednakże mój ojciec chory nie jest, a może jednak? Od jakiego momentu człowiek zaczyna być chorym i tracić odpowiedzialność za siebie samego? 

Jego (ojca - bq) zachowanie sprawia, że dzień po dniu moja niegdyś wielka miłość do niego kurczy się do minimum. I jestem pewna, że jeśli tak dalej będzie, kiedyś zupełnie zniknie. Sam fakt, że jestem jego córką nie daje mu prawa do niszczenienia mojej psychiki.

Ktoś, kto znalazł się w podobnej sytuacji: pułapace między poczuciem odpowiedzialności a emocjonalnym wypaleniem sam jest w stanie ocenić najlepiej, ile w tych pozornie bezwzględnych sformułowaniach prawdy. Zawstydzają człowieka własne myśli, w końcu to rodzina i jednak wiek... albo choroba.. Tym bardziej zaskakuje doświadczenie, że inni też tak czują, że mimo najszczerszych chęci czasem ogarnia człowieka niechęć, frustracja, czasem wręcz nie można odnaleźć w sobie pozytywnych uczuć, bo wzajemne relacje zmieniają się wraz z wiekiem, tak jak zmienia się ludzka psychika wraz ze starzeniem organizmu, że procesy biologiczne stają na drodze uczuciu, potrafią je nawet zniszczyć. Kto twierdzi, że podejście Rosenberg podyktowane jest czystym egoizmen, prawdopodobnie nie miał na szczęście dla siebie samego sprawdzić własnych reakcji w opisanej sytuacji.
Myślę sobie, że ta książka powinna być lekturą obowiązkową każdego dorosłego człowieka świadomego własnego przemijania, a może przede wszystkim tego nieświadomego. Może pozwoliłaby na otwarty dialog między pokoleniami, może przekonałaby, że dla zdrowych relacji rodzinnych czasem wręcz wskazana jest profesjonalna pomoc osób trzecich, emocjonalnie neutralnych, więc niepodatnych na niesamowite obciążenie z samego faktu, że mamy do czynienia z osobą bardzo nam bliską. Może. A sam temat z pewnością nie będzie tracił na aktualności. Nie bez powodu książka Martiny Rosenberg trafiła zaraz po wydaniu na niemieckie listy bestsellerów. Dobrze, że można dzięki niej lepiej zrozumieć własne reakcje, dobrze że temat starości w relacjach rodzinnych nie jest już zupełnym tabu i dobrze, jeśli znajdziemy w sobie tyle odwagi, by stawić mu czoła, zanim stanie się to bezwzględnie konieczne.



piątek, lutego 08, 2013

Coś innego z półki z polską literaturą kobiecą

O Lilce Małgorzaty Kalicińskiej przeczytałam dobrych kilka miesięcy temu w Die Welt i może to mało zrozumiałe, ale właściwie dzięki tej krótkiej wzmiance w rubryce poświęconej zagranicznej literaturze kupiłam książkę przy następnej bytności w kraju - zawsze interesowała mnie literatura polska, o której pisze lub mówi się za granicą. A dodać muszę, że w tym wypadku nie pisało się ani w glorii chwały, ani z niezrozumieniem dla popularności pewnego kaprysu wydawniczego, więc dość niezaangażowana nota czytelnicza o popularności Lilki w Polsce. I tyle. Wystarczyło, by zmobilizować tych kilkadziesiąt złotych (ceny książek wskazują wyraźnie, że mamy do czynienia z towarem luksusowym), których żal było mi wydać wcześniej na inne książki Kalicińskiej cieszące się bądź co bądź nawet większą popularnością. Wcześniej miałam za sobą lekturę kilku stron pewnej książeczki kucharskiej z aspiracjami literackimi i powiedzmy sobie, że właśnie te aspiracje nie bardzo przypadły mi do gustu. Mamy już jedną Małgorzatę pardon Katarzynę Grocholę, taką domorosłą Helen Fielding, trochę dla zabicia nudów, trochę dla podreperowania podłamanej wiary w miłość (to przynajmniej przewodni trend, choć może być nieco inaczej, kto czytał Przegryźć dżdżownicę, ten wie...). Czyta się dobrze, kończy tak samo, więc po co nam autorka Kalicińska. Chyba tylko jako podstawa do kolejnego serialowego scenariusza a seriale to już zdecydowanie nie działka bq, więc koniec tematu.
Ale Lilka trafiła na moje i tak już mocno przeciążone regały, więc wyrobienie sobie własnego zdania było już tylko kwestią czasu. Czas znalazł się sam i niespodziewanie, jak to on ma w zwyczaju, w pociągu na trasie dobrze już znanej, więc nie aż tak znów absorbującej i jakieś specyficzne to było czytelnicze doświadczenie. Po pierwsze dlatego, że zapowiadało zupełnie inne tematy, może nowe życie na ruinach małżeństwa, może wielkie  uczuciowe powroty ale na pewno jakieś damsko-męskie turbulencje z widokami na happy end - a jakże, o smutniejszych rozstrzygnięciach losu nie koniecznie trzeba czytać w przedrożonych książkach. A zwrot akcji okazał się z upływem stron zupełnie nieprzewidywalny, jakby sama autorka nagle zaczęła realizować nowy pomysł, odchodzić od romantycznych założeń programowych - przynajmiej ja takie miałam wrażenie. Że niby tytuł Lilka, więc od początku wiadomo, o kim będzie, kto jest naszą postacią pierwszoplanową. To przekonanie wynika jednak z założenia, że tytuł powstaje na początku pisarskiego zamysłu i jest zwykle błędne. Ale dajmy na to, że Małgorzata Kalicińska od pierwszej strony z rozmysłem przędła historię swoich bohaterów, głównie jednak bohaterek (bo choć z dość typowym dla literatury kobiecej podejściem do niezbędności męskiego pierwiastka, np. w łóżku lub w portfelu to kobiety stanowią siłę sprawczą tego świata) , tematyka Lilki w ostatecznym rozliczeniu jest ciekawa, o wiele ciekawsza, niż możnaby się tego spodziewać.
W tej książce, jak w samym życiu, nagłe zwroty przewartościowują wiele spraw. Trzeba przyznać autorce, że podeszła dość odważnie do swojego zadania, napisania o tym, że czasem żądzi nami litość, poczucie obowiązku i tutaj człowiek lawiruje pomiędzy własnymi potrzebami, a świadomością odpowiedzialności za innych. Lilka to książka o złudzeniach, ich stopniowym się wyzbywaniu, napisana językiem codzienności, no, powiedzmy sobie, codzienności na miarę dobrze zarabiającej polskiej klasy średniej średniego wieku mieszkającej w średnio-dużym mieście ale jednak realnie przyswajalnej dla większości potencjalnych czytelniczek, więc trafia. Nie jest może wielkim przesłaniem ale z pewnością ciekawym odbiciem literackim rzeczywistości, takiej zupełnie namacalnej niczym guz, guzek taki mały i oby niezbyt groźny, ale cholera go tam wie.

niedziela, stycznia 27, 2013

Margines Mariusza Maślanki

Nie wiem, co skłania mnie w ostatnim czasie do wyboru lektur, ale zaczynam wierzyć, że to jakiś wrodzony czytelniczy masochizm. Zamiast potraktować książkę jako przyjemne wytchnienie, relaks po codziennym maglu, zadaję coraz to nowe literackie ciosy własnej i tak już nadwyrężonej zimową aurą psychice. Z serii literatura łatwa lecz niekoniecznie przyjemna, choć niewątpliwie ciekawa, będzie dziś mowa o Bidulu Mariusza Maślanki. Podobno autor żałuje, że nie zadebiutował tym tytułem pod pseudonimem. Nazwisko bohatera książki - Mleczko - podobnie jak dosyć oczywista zbieżność życiorysów autora i opisanego przez niego chłopca pewnie cokolwiek nadwyrężyły sferę prywatną Mariusza Maślanki. Ale chyba jednak było warto, bo w swoim czasie o Bidulu całkiem wiele mówiło się, nie tylko pod kątem wydawniczym. Dla nie wtajemniczonych: bidul to synonim domu dziecka. A życie w bidulu nie wtajemniczonym właśnie przybliżyć ma lektura książki Maślanki. Jakie ono jest? Brutalne jak na substytut dzieciństwa. Z drugiej jednak strony ten bynajmniej nie dziecinny świat to bagaż wychowanków bidula wyniesiony z domu rodzinnego razem z jedną parą przykrótkich spodni. Bidul to taki zwielokrotniony już przynajmniej przez liczbę podopiecznych patologiczny organizm, żyjący podług własnych praw i wyobrażeń na świat, społeczeństwo, międzyludzkie relacje. W tym temacie możnaby długo jeszcze, w zasadzie bez końca. Od czego są jednak blogi... Jednym z nagrodzonych w 2012 jest Na marginesie życia. To może i kontrowersyjny ale bardzo prawdziwy obraz rodzinnych patologii z własnego polskiego podwórka opisanych z perspektywy kuratora sądowego. Kto ma ochotę na pogłębienie zimowego dołka, na pewno się nie zawiedzie. A w samym Bidulu na szczęście przebija się pozytywny aspekt jednostki, której udało się mimo wszystko nie wyzbyć szlachetniejszych odruchów czlowieczeństwa, wznieść się ponad społeczne normy, których oddziaływaniu była poddawana przez całe dzieciństwo, zaryzykujmy opinię: wyrosnąć na dobrego człowieka? Może i zasługa bidula w tym niewielka a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że rodzinny dom nie byłby wcale lepszą alternatywą.
A teraz niech każdy z Was pomyśli, ile miał szczęścia rodząc się dzieckiem własnych rodziców.

czwartek, stycznia 17, 2013

Do lata, do lata...

Zima to w powszechnym mniemaniu najlepsza pora na czytanie. Zdaje się, że z braku konkurencji. Ja myślę sobie, jak to by było miło... późne leniwe lato w cieniu własnego ogrodu z książką w hamaku... Tymczasem do własnego ogrodu równie daleko jak do samego lata, najbardziej pożądanymi miejscami w domu są te w bliskości kaloryferów a i coś do frapującej lektury nie mam nosa tzn. obczytuję się w poradnikach, jak nigdy do tej pory, a że z poradnikami to różnie bywa, więc przemilczę, A. wprawia się w czytaniu na głos, więc słucham jego ulubionych historii z dzieciństwa o smoku z handicapem bo zaledwie jednogłowym, ja zaś doczytałam zbiór opowiadań Jacka Dehnela Rynek w Smyrnie  i jedyna konkluzja to potrzeba słońca, wyjazdu w ciepłe kraje - urlopu nie tylko czytelniczego mi trzeba od tej zimy!

Wspomnienie: Może jeszcze nie letnie, ale zupełnie już wiosenne czytanie w plenerze 

niedziela, stycznia 06, 2013

Klucz do Drzwi Magdy Szabó

O Magdzie Szabó była już na bq mowa, a pewnie będzie i nie raz jeszcze, ponieważ sama chętnie wracam do pisarstwa tej niekwestionowanej wielkości węgierskiej literatury, która godnie stawia czoła swoim będącym w przytłaczającej większości męskim kolegom po fachu. Pamiętam, jak w czasach studenckich lektorka j. węgierskiego wmuszała w nas po odcinku adaptację filmową Staromodnej historii. Na szczęście nie zdołała przynajmniej mnie zniechęcić do pisarstwa Szabó. Myślę, że życie byłoby o wiele uboższe bez lektury Drzwi tej węgierskiej autorki. Po troszę to ta zimowa aura, trochę gawędziarski ton opowiadania - to znów przez kunsztowne narracyjne pasaże zastępujące z powodzeniem dialogi - i z pewnością same losy Emerenc opisane w powieści składają się w baśniowy splot. Wszystko tu jest jakieś zaczarowane, sama Emerenc do końca nieodgadnioną zagadką, podobnie jak jej królestwo za zamkniętymi drzwiami. A może  rozwój wydarzeń bardziej niż baśń przywołuje na myśl antyczne fatum, tragiczny konflikt, w którym miota się nasza narratorka. Ponieważ każdy z wyborów, przed którym zostaje postawiona, będzie bez względu na decyzję niesłuszny. Ciekawe, jak Magda Szabó stworzyła postać uwydatniającą wielowarstwowość człowieczeństwa - z jednej strony jako wspólnej cechy gatunku myślącego, zachowującego się w pewien określony sposób, stosującego do powszechnych schematów, z drugiej zaś człowieczeństwa jednostki, jego intymnej utkanej z przeszłości, niepowtarzalnych doświadczeń i subjektywnego ujęcia rzeczywistości warstwy, która otacza i chroni człowieka niczym skóra, do tego nadając mu pewien kształt - osobowość. Tragizm losu Emerenc polega właśnie na rozdzielności tych dwóch aspektów jej człowieczeństwa, tragizm wyboru jej pani (a jednocześnie jednak podopiecznej) na tym, że próbowała ocalić to co indywidualne pozwalając na utratę społecznie akceptowalnego wymiaru człowieczeństwa Emerenc.
Szabó ma nade mną władzę czarownicy, a ja tak chętnie się jej poddaję, byle by tylko móc zajrzeć przez zamknięte drzwi, bo przecież kto inny, jak nie ona potrafi je przed czytelnikiem otworzyć. Taki węgierski sezam...

Ps. Jeden z najpopularniejszych węgierskich reżyserów; István Szábó (zbieżność nazwisk przypadkowa, aczkolwiek przy równie popularnym nazwisku praktycznie na dłuższą metę nieunikniona) nakręcił w 2011 roku na podstawie Drzwi film z Martiną Gedeck w jednej z ról głównych. Myślę, że całkiem udany, więc jeśli kto ma ochotę...

niedziela, grudnia 16, 2012

Kolejne Boże Narodzenie u Borejków - post z myślą o M. przy okazji McDusi


Tak się jakoś złożyło, że Boże Narodzenie za pasem, nowy tom Jeżycjady leży już czas jakiś na półkach księgarń tymczasem M. - bądź co bądź rodowita Wielkopolanka, co to właśnie w święta błąka się po Ameryce Południowej, wyznała mi, że książek Małgorzaty Musierowicz nigdy nie czytała. Nie ma jednak lektury nie do nadrobienia i niech o tym zaświadczy nawet siostra moja, która w lat kilkanaście po daremnym przymusie szkolnym z własnej nieprzymuszonej woli i pewnie z tym większą przyjemnością przeczytała W pustyni i w puszczy. Albo A., którą z dorosłej czytelnicki-sceptyczki przemieniłam w prawdziwą fankę Tomasza NN lepiej wszystkim znanego pod pseudonimem Pan Samochodzik.

A właśnie pod choinką jakieś trzy lata temu znalazłam komplet książeczek opowiadających historię rodziny i przyjaciół Borejków - moją własną Jeżycjadę! Ten prezent miał charakter wielce symboliczny, tym samym mój własny księgozbiór osiągnął kolejny stopień niezależności od tego macierzystego i własny dom stał się prawdziwszym Domem gotowym na nadejście kolejnego pokolenia czytelniczego. Bo książki Małgorzaty Musierowicz czytało się w u nas co czas jakiś od nowa na przemian i wedle indywidualnych upodobań. Każda z żeńskiej części rodziny wtajemniczona była w pewne niezrozumiałe dla osób spoza tego magicznego czytelniczego kręgu powiedzenia i szczegóły borejkowych perypetii, każda z nas miała postać, z którą się identyfikowała (moją była Pulpecja co stało się niemałym udręczeniem przed maturą), każda miała jakiegoś swojego ulubionego absztyfikanta (a zatem przyznaję -był nim Baltona) i spory wybuchały tylko po ukazaniu się kolejnej książeczki - mianowicie o czytelniczą palmę pierwszeństwa. I kiedy patrzę na własny już zbiór, brakuje mu właśnie tej patyny lat czytania, luźnych stronnic, gdzie niegdzie śladu po czekoladzie albo odcisku kociej łapy mimo jak najlepiej wpojonego szacunku dla wartości książki. I wszystkie te spustoszenia to dowody na długoletnią dobrą znajomość. To trochę tak jakby przez całe minione lata siedzieć w przytulnej gwarnej kuchni na Roosvelta i niezauważonym być świadkiem miłosnych kataklizmów, rodzinnych katastrof i dorastać razem z kolejnymi pokoleniami Borejków. Prawda, że aktualna McDusia nie ma w sobie wiele z tamtej młodziutkiej Kreski bo i nasza współczesność nie bardzo podobna jest do tamtych lat jakoś tak wspaniale oddanych przez Małgorzatę Musierowicz, która nawisem mówiąc według oceny własnej (pewne spotkanie autorskie dawno temu w Toruniu) jest pierwowzorem borejkowego typu urody - patrz ilustracje autorki. Ten sentyment jakoś nierozerwalnie łączy się w moim pojęciu ze świąteczną atmosferą bo i święta poznańskiego klanu zawsze były czasem wyjątkowym, w rzeczywistości niekoniecznie błogim i spokojnym ale intensywnie rodzinnym i emocjonalnym czasem konsolidacji. Idea świątecznego ślubu też nie jest innowacją ale czym to szkodzi, czytelnik tak naprawdę cieszy się na te borejkowe tradycje, to jak strojenie choinki w długouchego anioła Nutrii... i niech mi niewtajemniczeni nie mieją za złe tego niezrozumiałego wywodu.
Wszystkim Wam życzę chociaż raz jeden Świąt spędzonych wspólnie z rodem Borejków a dla Ciebie droga M. wkrótce po powrocie z Chile rozpocznie się magiczna podróż po poznańskiej dzielnicy Jeżyce - pierszy tom przygód czeka już przygotowany...


Źródło: www.musierowicz.com.pl

niedziela, listopada 18, 2012

Coś z niczego - o twórczości Doroty Masłowskiej


Zwykle obydwie wraz z mamą polujemy na co ciekawsze nowości wydawnicze, a jako że zwłaszcza tych polskich beletrystycznych nie ma zbyt wiele, tym ciekawsza była już sama zapowiedź nowej powieści Doroty Masłowskiej - książki napisanej po latach a przede wszystkim po Wojnie polsko ruskiej (i po Pawiu królowej, który to utwór bądź co bądź pozostał jednak w medialnym cieniu pierwszej powieści, wtedy wręcz niezrozumiale młodej autorki). Pewnie wszystkim zainteresowanym tą zapowiedzią wydawniczą chodziło po głowie pytanie: Jaka będzie ta n o w a Masłowska- Masłowska matka, Masłowska trydziestolatka, już-niech-jej-tam-będzie-pisarka doświadczona polską zawiścią zarezerwowaną dla ludzi, którzy wystają poza margines. Na szczęście dla czytelnika Masłowska okazała się być przede wszystkim wierna samej sobie i dla znających jej dotychczasową twórczość niech już samo to stwierdzenie posłuży za wystarczającą pochwałę Kochanie, zabiłam nasze koty. W tym jednk cały szkopół i ambaras masłowskiego pisania, a tym samym i zarzut antymasłowskiego elektoratu - bo dyskusja po/oWojnie... miała wymiar już prawie polityczny - który z pewnie już z nieco przytępioną energią znowu będzie anty, bo co to za pisanie, co to za literatura? Ostatecznie zupełnie możliwe okazuje się, że nie ma w przynajmniej części tych krytycznych głosów jakiegoś ukrytego fałszu, dowodu maluczkości i sama sobieś winna Doroto! Doszło to do mnie właśnie, kiedy mama ze znudzeniem odłożyła Kochanie, zabiłam nasze koty w połowie zaledwie lektury. Zapytana o powód, wzruszyła ramionami mówiąc, że ta książka jest właściwie o niczym. Ostatecznie nawet nie mogę nie przyznać jej racji, myślę, że sama Masłowska nie potrafiłaby zaprzeczyć. A jednak to NIC, które jest treścią książek Masłowskiej, to właśnie rzeczywistość mojego pokolenia. Moja mama czytając Dziennki Prusa, ciesząc się każdym albumem sztuki pięknej jest głosem pokolenia, które zawsze żyło według planu, żyło dla celu, żylo w oparciu o coś w realnej przestrzeni i realnym czasem określonym przez historię i politykę. Moja generacja to wirtualna wspólnota facebooka, kultura Internetu, religia pieniądza i wielka pustka pomiędzy, zaś Masłowska to tak naprawdę oczywista kontynuacja dzieła Houellbecq'a, do tego nasza własna i jeszcze bardziej wirtuozerska językowo. Ale żeby to zrozumieć, trzeba samemu poruszać się w tej pustce ignorancji, w zbiorowości samotników, w czasach dobrowolnej unifikacji, kiedy nie tylko ulice ale i ich mieszkańcy na całym świecie są do siebie wręcz nierealnie podobni. Stąd bierze się ten wielki podział na wielbicieli i tępicieli - ze zrozumienia lub jego braku, mogącego mieć źrodło tylko we własnym doświadczeniu egystencji. Mając na względzie tą oczywistą rozbieżność, należałoby w zasadzie współczuć wszystkim tym, którzy czują przekaz Masłowskiej, potrafią i chcą go odbierać. Z drugiej jednak strony przynajmniej bycie świadomym tej próżni pozwala stawić jej czoła, bynajmniej nie zwalczyć, ale zachować resztki człowieczeństwa w obliczu ogólej bezrefleksyjności. I jeżeli we współczesnym użyciu języka polskiego słowo wieszcz miałoby jakikolwiek użytek to chyba właśnie Masłowskiej należałoby się to miano.
 miano.

niedziela, października 28, 2012

Minimalista pośród wielkich czyli krótko o twórczości Istvána Örkénya

Post obiecany – fakt, że zupełnie już dawno temu, ale skoro nikt się nie niecierpliwił…
Örkény to bodajże kwintesencja węgierskiego sposobu postrzegania świata w jego najczystszej a z pewnością już w najkrótszej formie. I choć pewnie nie każdy Węgier powie Wam, że teatr jego imienia przy budapeszteńskim Deak Ferenc tér jest po dzień dzisiejszy dowodem na to, że Örkény był także świetnym dramaturgiem, może rzadko kto wie, że eksperymentował z aspektem wizualnym struktury tekstów (Zabieg ten w dość infantylnej formie stosowano już w nowożytnej poezji użytkowej a w bardziej wyrafinowany stał się wizytówką przedstawicieli tzw. konkretnej poezji połowy ubiegłego wieku.). Za to dosłownie każdy zapytany o Örkénya uraczy Was bez zbędnego tłumaczenia sformułowaniem: Egyperces novellák. I rzeczywiście Jednominutówki to chyba ukochane dziecko Örkénya, jego zupełnie niepowatarzalny wkład w dyskusję nad lteracką formą. Pozwólcie, że Örkény za pomocą mojego tłumaczenia sam Wam wyjaśni:

Załączone nowele są wbrew ich krótkości pełnowartościowymi utworami.
Ich zaletą jest, że człowiek oszczędza czas, ponieważ nie wymagają długiej rozciągniętej na tygodnie czy miesiące uwagi.
Do czasu aż jajko na miękko się nie ugotuje, aż wybrany numer telefonu (jeżeli jest sygnał zajęty) się nie zgłosi, przeczytajmy Jednominutową Nowelę.
Złe samopoczucie, zszargany stan nerwów nie stanowią przeszkody. Możemy czytać je na siedząco czy stojąc, na wietrze czy w deszczu, lub jadąc w zbyt tłocznym autobusie. Większość z nich cieszy też podczas spaceru!
Ważne, abyśmy zwrócili uwagę na nazwę. Autor starał się by były krótkie, nie mógł więc nadać im nic nie mówiących tytułów. Zanim wsiadamy do tramwaju, sprawdzamy numer składu. W tytule noweli zawiera się równie ważna wskazówka.
Oczywiście nie znaczy to, że wystarczy przeczytać sam tylko tytuł. Najpierw tytuł, potem treść: to jedyny prawidłowy sposób użycia.
Uwaga!
Kto czegoś nie zrozumiał, niech ponownie przeczyta wątpliwy tekst. Jeśli potem nadal nie rozumie to błąd zawiera się w samej nowelce.
Nie ma głupich ludzi, tylko złe Jednominutówki!

Jest pośród Jednominutówek Örkény’a wiele zasługujących na uwagę, całe mnóstwo tekstów niezapomnianych i kilka moich własnych ulubionych. Do nich zaliczają się:

Rozmyślania w piwnicy
Piłka wpadła przez rozbite okno sutereny na korytarz.
Jedno z dzieci, jedenastoletnia córka dozorcy, pokuśtykała po nią. Biedna, tramwaj uciął jej nogę i cieszyła się, kiedy mogła podać piłkę innym.
W suterenie roztaczał się półmrok, ale nie uszło jej uwagi, że w kącie coś się poruszyło.
- Kotek!- zawołała w tamtą stronę córka dozorcy –A ty jak się tutaj dostałeś, mój kotku?
Złapała piłkę i pobiegła z nią jak tylko mogła najlepiej.
Stary, brzydki i śmierdzący szczur - jego to właśnie nazwano kotkiem – zdębiał. Tak nie przemówił do niego jeszcze nikt.
Do tej pory tylko się go brzydzili, obrzucali węglem albo przestraszeni uciekali przed nim.
Teraz poraz pierwszy pomyślał, jak wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, gdyby rzeczywiście urodził się kotkiem.
Ba – bo tacy jesteśmy bezsilni! – zaraz też dalej snuł swoje wyobrażenia. A gdyby tak urodził się córką dozorcy z drewnianą nogą?
Ale to było już zbyt piękne. Tego już nawet nie potrafił sobie wyobrazić.

Jest w tym króciutkim utworze tyle prawdy o nas, o względności tego, co nazywamy naszym losem i jest też moje własne wspomnienie tej niezapomnianej lektury, bo właśnie Rozmyślania w piwnicy były pierwszym tekstem Örkénya, który poznałam dzięki mojej lektorce języka węgierskiego, impulsem do zaopatrzenia się w jednym z wielu antykwariatów znajdujących się przy Placu Kalwina we własny tomik Jednominutówek.
I do dziś uśmiecham się na wspomnienie mojej relacji z tego prywatnego literackioego odkrycia, jaką zdałam mojemu drogiemu  (wtedy jeszcze nie-) mężowi. A. szybko wpadł na trop: „Pamiętam! To ta historia, w której niewidomy chłopiec pomylił szczura z psem…” 
Zdumiałam się, ile w tej historii naprawdę mieści się uniwersalizmu.
Myślę, że István Örkény byłby szczęśliwy.

Ps. Bonus na dziś:
Przykład poezji konkretnej wg. Istvána Örkénya:


sobota, września 29, 2012

Żyli długo… i umarli tego samego dnia



Jakoś tak się złożyło, że do tej pory zabrakło na bq elementu rosyjskiego. Nie oznacza to, że chcę Wam dzisiaj zafundować repetę z Anny Kareniny, albo ze Zbrodni i kary. Swoją drogą, szkoda, że znajomość literatury rosyjskiej gdzieś się nam zwykle urywa na przestrzeni ostatnich dziesięcioletni.
Moim odkryciem ostatnich czasów stała się Ludmiła Ulicka i jej literatura mająca coś z baśniowej narracji naturalnie wkomponowanej w realia czasów współczesnych. Ludmiła Ulicka jest jednym z nielicznych przedstawicieli swojego rzemiosła, którzy fascynują nie tylko jako autorzy, ale jako rozmówcy i ludzie w ogóle, krótko mówiąc mają w sobie to coś co nazwać możnaby umownie osobowością twórczą. Najbardziej lubię opowiadania Ulickiej bo w tej formie gatunkowej kunszt narratorski rosyjskiej pisarki objawia się w całej krasie. O ile przepastnym tomidłom można wybarczyć nawet kilkadziesiąt stron przynudnej fabuły o tyle w tzw. short story nie ma szans na ułaskawienie przyciężkiego pióra. Ulicka tę zasadę opanowała do perfekcji i jej znakiem rozpoznawczym jest już pierwsze zdanie każdego kolejnego opowiadania.

Kilka przykładów w tłumaczeniu własnym (Dla ścisłości dodam, że chodzi o tłumaczenia z języka niemieckiego – niestety znajomością języka rosyjskiego pochwalić się nie mogę.):

Pierwsze fragmenty tej układanki powstały we wczesnym dzieciństwie i towarzyszyły jej przez całe życie, nawt jeśli sporo, całkiem sporo z nich miało zagubić się na przestrzeni pięćdziesięciu lat.
Tom żył już od pięciu lat u Maminki ale pozostał jaki był przedtem całkiem niewolniczej natury: oddany, przyczajony, ekstatyczny i tchórzliwy. 

Jako że nauka nie stoi w miejscu, a nieustannie podąrza naprzód, zupełnie możliwe, że także na stronę, w każdym razie w szalonym tempie, dwadzieścia lat temu dręczeni brakiem zaufania mężowie zarządali badania krwi, które miało potwierdzić bądź zanegować ich ojcowstwo.

Byli już od tak dawna starzy, że nawet ich sześćdziesięcioletnie córki Anastazja i Aleksandra ledwie pamiętały ich kiedykolwiek jako młodych.

Nie, nie chodzi tu o żaden uroczy element biografii, żadną przypadkową igraszakę losu jak wypadek drogowy, w którym na miejscu giną matka, ojciec, dwójka dzieci a nadto jeszcze babcia – tu wypełniło się pewne fundamentalne prawo, z którego rzadko zdajemy sobie sprawę, podczas kiedy nasze życie jest wypełnione jak śmietnik i wszystko sprzymierza się przeciw oddaniu i miłości.

O Tatianie Sergejewnej krążyły najrozmaitsze plotki, od tych powszechnych, możnaby powiedzieć sądownie niepodważalnych aż po najbardziej nieprawdopodobne.

Chwilę potem nie wiadomo jak i kiedy doczytuję ostatnie zdanie historii i nie pozostaje nic innego tylko wybudzić się z tego krótkiego literackiego transu, przenieść w kolejny życiorys i nową opowieść. Postaci Ulickiej są fascynujące bo jednocześnie ciekawe, indywidualnie zarysowane i mimo wszystko uniwersalne. I chyba właśnie niepowtarzalna narracja pisarki ratuje tę mieszankę przed banalnością opowieści o wiecznnie niezmiennym ludzkim losie. Wszyscy ci Masze, Ivany, Szenje, Lijony i Władymiry zdają się postaciami jak z baśni Grimmów, czasem sprzyja im szczęście, czasem nie ale jest w ich losach coś ponad człowieczą siłę i wolę. Wszystko to cudownie wkomponowane w rosyjskie tło i pozbawione jakiejkolwiek nuty moralizatorskiej, może tylko jakby pełne zdziwienia, że te historie przydarzają się tak poprostu i komu popadnie. Może i komuś z nas…

Ps. Zaczarowaną fabułę codzienności wyróżnia także styl naszej rodaczki Olgi Tokarczuk, przynajmniej w jej najbardziej udanych utworach (Dom dzienny dom nocny, Ostatnie historie) i podobnie jak Ulicka, Tokarczuk sprawdzała się dobrze w tekstach krótkich, czasem wkomponowanych w większą twórczą całość. Po cichu życzę sobie, żeby Olga Tokarczuk wróciła do piarskiej formy jaką prezentowała chociażby wydając Biegunów, czyli w czasach, z których w moim egzemplarzu Odrazy L. Németha widnieje jej wpis w czasie obiadu. - To znów materiał na kolejną historię i mam tu nie tyle na myśli rzeczony obiad bo właściwie był to tylko bufet a mnie tamtego dnia od Olgi Tokarczuk wiele bardziej interesował pewien młody pisarz czeski… ile książkę László Németha, zintensyfikowaną do granic możliwości historię Effi Briest, postaci stworzonej przez Theodora Fontane. To dopiero byłaby piękna analiza i gdyby tylko istniała możliwość spytania węgierskiego pisarza o możliwe inspiracje literackie, czyli gdyby nie fakt, że László Németh nie żyje już dobrych kilka dziesięcioleci, na pewno bym nie omieszkała. A jeśli chodzi o krótkie formy literackie to przy następnej okazji czas na bloqową premierę zupełnie wyjątkowego przedstawiciela, ba wręcz prekursora gatunku: Istvána Örkény’a. Tymczasem szczątki doczesne obydwu pisarzy spoczywają na tym samym budapeszteńskim cmentarzu a ja zabieram się za kolejną lekturę.

czwartek, sierpnia 23, 2012

Tylko nie znowu ta rodzina Blythe!...


To miała być wydawnicza sensacja: ostatni tom opowieści o Ani Blythe, Gilbercie oraz ich potomstwie, tom inny niż wszystkie, ponieważ upatrywano w nim klucza do śmierci Lucy Maud Montgomery, która miała miejsce krótko po wysłaniu maszynopisu do wydawnictwa pisarki. Wydanie The Blythes are quoted (tytuł oryginału) wyprzedzała fama sensacyjnej tematyki książki: zamiast romantycznych zwrotów akcji: śmierć, zdrada, ludzka podłość i małżeńskie rozczarowania. W takim przekonaniu dotrwałam i ja do czasu, kiedy polskie tłumaczenie pojawiło się w księgarniach. Nie powiem, że ta lektura była rozczarowaniem, bo dla wprawnego czytelnika L.M. Montgomery, powiedzmy sobie szczerze, głównie płci żeńskiej, całe to zamieszanie od początku było dość podejrzane. Jak sam Benjamin Lefebvre; "odkrywca" maszynopisu i redaktor Ani z Wyspy Księcia Edwarda (tytuł polskiego przekładu) przyznaje, po chwili zastanowienia wcale nieprawdziwe wydaje się stwierdzenie że kanadyjska pisarka w cyklu o Ani stroniła od tematów trudnych. Jest przecież śmierć Mateusza, pierwszej córeczki Blythe'ów, potem jest i kobziarz, który swoją wojenną melodią rzuca cień na szczęście Złotego Brzegu, są wreszcie na Wyspie Edwarda najrozmaitsze ludzkie losy i chraktery. Pod tym względem Ania z Wyspy Księcia Edwarda nie jest innowacyjna a staje się tym wyraźniejszą ofiarą dosyć prostego w założeniu marketingu wydawniczego. Tak naprawdę ani treść ani tematyka książki nie są nowe, a prawdziwie interesujące są te ciągłe, wręcz przesadne nawiązania do rodziny Blythe'ów, niewyczerpanego źródła porównań ludzi w ogólnym mniemaniu idelnych. Montgomery zupełnie celowo wręcz natrętnie każe bohaterom swoich opowieści konfrontować się z tym ideałem, bo sama musiała mierzyć się z nim przez lata.
Cały tragizm pisarskiego życiorysu L.M. Montgomery polega na tym, że opowieścią o Ani stworzyła jakby na nowo własne życie, życie sieroty, kobiety nieszczęśliwej, rozwodniczki. To czym początkowo było pisanie o Ani Shirley, więc swoistą terapią, realizacją własnych życiowych marzeń, stało się z czasem twórczym więzieniem. Montgomery próbowała odaleźć się w innej formie, ale jej czytelnicy życzyli sobie tylko jednego: żeby nie zmieniało się nic. O tym, że pisarka stała się ofiarą stworzonej przez siebie konwencji, świadczy chociażby fakt, że w poprzednich wydaniach ostatniego zbioru opowieści o mieszkańcach Wyspy Edwarda zabrakło wierszowanych interwałów, poezji z którą Montgomery wiązała wielkie nadzieje twórcze, a która dla jej czytelników nawet po dzień dzisiejszy pozostała bez większego znaczenia.

Trudno stwierdzić, czy Kanadyjka żałowała, że Ania Shirley stworzona została jej własnym piórem. Z pewnością to właśnie ta postać zapewniła Montgomery dobrobyt i pisarską sławę. Niemniej równie trudno uniknąć wrażenia, że przez niezliczone głosy bohaterów Ani z Wyspy Księcia Edwarda przebija się jej własne błagalne, może wrecz podirytowane wołanie: Tylko nie znowu ta rodzina Blythe!..

sobota, sierpnia 04, 2012

Lirycznie o prozie życia


Takie pisanie wyróżniło właśnie György Konráda. Látogato to jedna z pierwszych i jednocześnie najbardziej cenionych publikacji węgierskiego pisarza, socjologa, myśliciela i po dzień dzisiejszy autorytetu emeritus Látogato to w roku wydania (1969) nowa jakość: społeczny reportaż ubrany w beletrystyczną formę. Konrád wpisuje się tematyką tego pisarskiego nowum swoich czasów jakby w nurt realizmu XXI wieku - pisze o ludzkiej egzystencji poza nawiasem, na skraju społeczeństwa, a jednocześnie pisze o tej egzystencjalnej brzydocie w sposób tak ujmujacy, pełen empatii, nie dziwi więc, że okrzyknięty został sumieniem węgierskiego społeczeństwa. Po początkowym szoku odnośnie samej tematyki przychodzi refleksja nad formą, tymi nie kończącymi się zdanimi niczym z Tomasza Manna i tą niesamowicie uczuciowo zaangażowaną wymową. Tak może pisać tylko ktoś współczujący, afirmujący drugiego człowieka, tak pisze Konrád nie będący obojętnym na społeczny margines i wreszcie tak pisze ktoś świadom, że ten margines zawsze będzie istniał i chociażby z tego względu powinien współistnieć oparty o zaangażowanie jednostek społecznie wygranych. Konrád posługuje się tu szczególnie symboliczną postacią urzędnika państwowego, człowieka reprezentującego system w stylu kafkowskim, rozdartego między bezrefleksyjność urzędniczej machiny a świadomość własnej indywidualności. Refleksja pisarza węgierskiego nie jest aż tak znów nowa: człowiek, jakkolwiek reprezentujący zbiorowość powinien działać w zgodzie z uniwersalnym nakazem moralnym (Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie...) Krótko mówiąc; urzędnicza rutyna nie powinna pozbawiać refleksji nad własnym postępowaniem człowieka wolnego. Z Kafką kojarzy się także epizod (twórcza impresja) zamknięcia z umysłowo niedorowiniętym dzieckiem Banduli. Podobnie jak zamieniony w robaka bohater Przemiany Kafki Gregor Samsa, urzędnik Konráda próbuje w tej ekstremalnej dla siebie sytuacji odruchów człowieczeństwa zanim dzień po dniu zaczyna poddawać się nowym prawom swojej izolacji. Konrád inaczej niż praski kolega po fachu ratuje swojego bohatera z opresji ale pozwalając powrócić mu na łono społeczeństwa dodaje mu tym samym świadomość własnej porażki, porażki systemu. A jednak Látogato kończy przesłanie nawiązujące do słów Jezusa: Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. I jest w tym przesłaniu zawarte prawdziwie biblijne umiłowanie bliźniego na miarę naszych czasów.
Dzisiaj György Konrád to taki sympatyczny starszy pan dodający splendoru swoim nazwiskiem rozmaitym publikacjom, jest pożądanym choć przysypiającym na konferencjach literackich gościem specjalnym (tak ja miałam okazję go poznać), ikoną epoki mijającej jeżeli nie minionej, a jednak w w swoich książkach wiecznie młodym i  żywym głosem tych na co dzień przemilczanych.

A poniżej zdjęcie E. - impresja peszteńskiego piękna, jakie opisuje Konrád...


sobota, lipca 14, 2012

Pogoda na książkę

Ledwie co przeczytałam Pogodę dla bogaczy i spadła na mnie zupełnie niezapowiedziana i jeszcze mniej oczekiwana podwyżka pensji. To dopiero... Z czułością pogłaskałam tomisko Shawa. Trochę wiedziona wyrzutami sumienia, bo choć książkę czytało się dobrze to jednak trudno mówić o konkurencji dla Młodych lwów i może ta lejąca się strumieniami whisky (zdecydowanie złe doświadczenia!) jakoś mnie nie przekonała. Za to frapujący jest ten zimny obiektywizm Irwina Shawa w opisywaniu charakterów i równie ciekawy ten świat powojenny amerykańskiego społeczeństwa kapitalizmu. 

Ps. Zupełnie możliwe, że pieniądze szczęścia nie dają, za to ich wydawanie to już zupełnie inna sprawa. A po wczorajszej podwyżce dzisiaj zupełnie odprężona sobota: śniadanie w kawiarni, targ, dobry ser i cydr w torbie. To słońce to deszcz i człowiek zapomniawszy o parasolu porusza się po mieście od sklepu do sklepu: pogoda w sam raz dla bogaczy.

czwartek, czerwca 07, 2012

Gretkowska z morałem

Odkładam po przeczytaniu Agenta, ostatnią powieść (jeśli chodzi o strukturę wątku raczej opowiadanie) Manueli Gretkowskiej. A. późnym wieczorem próbuje zagaić rozmowę, chociaż obydwoje jesteśmy padnięci i to już w środku tygodnia. Pyta, jak tam lektura mi sie podobała. Odpowiadam:
- A wiesz, skoro pytasz to powiem Ci, że książka ta jest zwłaszcza dla mężczyzn żonatych wielce pouczająca!
- Taaaa?
- Aha. W skrócie to wygląda tak: Zdrada żony (zwłaszcza takiej dobrej i wyrozumiałej jak ja) nie ujdzie Ci na sucho. Jak wszystko wyjdzie na jaw - a tak będzie prędzej czy później (w książce Gretkowskiej wyszło po niespełna 200 stronach) to padniesz trupem i tyle. Czyli nie kombinuj i dobrej nocy życzę.
Tyle na temat Agenta bo na więcej jakoś brak mi (książce?) fantazji.

czwartek, maja 24, 2012

Śmierć niedokonana


Wygrzebałam w kontenerze z książkami przecenionymi (główne moje zajęcie w przydworcowych kioskach podczas oczekiwania na pociągi) bodajże najpopularniejszą – nie mylić z najlepszą – książkę niemieckiego pisarza Martina Walsera pt. Śmierć krytyka. Skromna ta w swojej obiętości lektura jest prawdziwym skarbcem tematów i dygresji. Po pierwsze jest więc konflikt, a może raczej ta nieodmienna zależność, wręcz intymność współistnienia pisarza i krytyka. Po drugie są też wspaniale zarysowane sylwetki postaci niemieckiego światka literackiego i tutaj otwiera się nowa i - powiedzmy sobie szczerze - dość oczywista przestrzeń interpretacyjna. Postać krytyka Walser mistrzowsko oddał jednak bynajmniej nie stworzył bo zza osoby o nazwisku Ehrl-König niby zza maski spoglada na czytelnika równie brzydka co rozpoznawalna twarz Marcela Reich-Ranickiego. Wiedziałam, że pojawienie się tego nazwiska na łamach BQ jest jedynie kwestią czasu bo trudno pisząc o książkach – zwłaszcza, choć nie tylko niemieckich - nie wspomnieć o kimś, o kim mówi się powszechnie papierz literatury, TEN krytyk. Podobnie jak Reich-Ranicki w rzeczywistości tak i Ehrl-König w literackiej opowieści Walsera (już choćby samo nazwisko jasno nawiązujące do Goethego i jego Króla olch!) są niezaprzeczalnymi pryncypałami w swoim fachu – fachu polegającego na przyzwalaniu lub odbieraniu pisarzom praw do publicznego istnienia. W takiej sytuacji trudno się nie domyślić że konstelacji dopełnia sam Martin Walser, który nie tyle przez cnotliwą skromność ile przez świadomość stronniczości grożącej tej autorefleksji usuwa się w cień akcji, milknie i tylko piórem rozważa własne uwikłanie w historię. Walser dokonał bardzo ciekawego zabiegu literackiego. Właściwie Śmierć krytyka jest wręcz metaliteraturą ponieważ głównym bohaterem jest krytyk literacki. To jakby zrobić sztukę teatralną o scenarzyście – wepchnąć na scenę kogoś, kto funkcjonuje zawsze w jej pobliżu jednak nie mający roli ani kostiumu. W gruncie rzeczy ten przewrót jest również zaledwie zaczerpnięciem z kariery Ranickiego, któremu jak nikomu innemu udało się jako krytykowi być bardziej publicznie rozpoznawalnym, niż wielu autorom, o których pisał na łamach gazet bądź rozwarzał na wizji w Kwartecie Literackim. Wraz z Ranickim osoba krytyka stała się prawdziwie wyrazista, obecna i sądna w życiu literackim. Dlaczego właściwie? Znając życiorys Marcela Reich-Ranickiego (przykaładowo z jego autobiografii Mein Leben) trudno nie uniknąć wrażenia, że do jego popularności w Niemczech znacznie przyczyniło się niemieckie poczucie winy, a przynajmniej odpowiedzialności, za zbrodnie nazistowskie: Ranicki, który ze względu na żydowskie pochodzenie nie dostał miejsca na studiach w Berlinie, ze względu na polskie korzenie został  deportowany do Polski krótko przed wybuchem II. wojny światowej, który przeżył koszmar getta warszawskiego, któremu naziści zamordowali całą rodzinę… Ten życiorys nie mógł być niemieckiemu narodowi obojętny i w uznaniu dla działalności Ranickiego, kryje się wstydliwa próba zadośćuczynienia za przeszłość, która ciąży na Niemcach po wsze czasy. Dla sprawiedliwości dodać trzeba, że Marcel Reich-Ranicki jest niewątpliwie koneserem literatury. Słynny ze swojej zaangażowanej subiektywności w ocenie książek i ich autorów udowodnił, że literatura jest równie pasjonującym materiałem na dyskusje jak polityka czy gospodarka. To wszystko pomieszane z bardzo rozpoznawalnym stylem mowy, gestykulacji przyczyniło się do trwającego już dziesięciolecia sukcesu Ranickiego. 

Martin Walser z precyzyjnie dozowaną ironią na nowo kreśli tę kreację Krytyka i przez to co niewypowiedziane każe zastanowić się nad mocą literackiego osądu, który ze swego założenia jest subiektywny. Czy śmierć krytyka jest jednak szansą na literackie ocalenie pisarza? Pozostawmy to pytanie póki co bez odpowiedzi.

Ranicki powiedział kiedyś o Śmierci krytyka, że Martin Walser napisał książkę „przeciw niemu” (Martin Walser hat ein Buch gegen mich geschrieben). Ja myślę, że napisał książkę o nich. A książka i jej recepcja jasno pokazują, że pisarz i krytyk żyją w niechcianej symbiozie. W tym sensie w Kwartecie Literackim Ranicki nie bez właściwej sobie złościwości miał powiedzieć o pisarzu Walserze, że pisząc o nim pisze zawsze znacznie lepiej. 

A tak bawiąc się w skojarzenia...

niedziela, maja 13, 2012

Koszmar dzieciństwa

Dzieciństwo jako synonim beztroski, z perspektywy dorosłości wręcz idylli, to powszechne i -powiedzmy szczerze- trochę naciągane w dobrej wierze pojęcie. O tym, że może być inaczej, że świat dzieci potrafi być okrutny, wiadomo chociażby z lektury Władcy much Goldinga, że bycie dzieckiem nie oznacza taryfy ulgowej pisał choćby Kosiński w Malowanym ptaku. Jednak dopiero György Dragomán, młody i bardzo już ceniony pisarz węgierski opisał totalitarny koszmar dzieciństwa. Biały król jest zupełnie wyjątkową antyutopią dziecięcej rzeczywistości. Tutaj nikt nie ma lepiej bo nikt nie jest w stanie żyć poza systemem: systematycznym okrucieństwem w imię nie tyle prawa, co przyzwolenia społecznego. To rzeczywistość, w której respekt pomylony został ze strachem a posłuszeństwo z oportunizmem.
Trochę nasuwa się na myśl ostatni film austriackiego reżysera Michaela Haneke pt. Das weisse Band. Dragoman jakby podobnie głosem dziecka przestrzegał: Nie oczekujcie, że w takich warunkach wyrosnę na człowieka wolnego, psychicznie zrównoważonego, rozumiejącego demokrację, potrafiącego odczuwać empatię.
I kiedy człowiek na przekór wybiórczej pamięci posili się na trochę szczerości, to także we własnym dzieciństwie odnajdzie małe i większe koszmarki, lęki i bolączki. Jeżeli nawet dorosłość nie gwarantuje szczęścia i spełnienia to jednak daje namiastkę władzy nad własnym losem i chociażby za to dzięki niech będą za upływający czas... no i za dzieciństwo całkiem znośne, o którym nawet Dragomán nie potrafiłby napisać tak przejmująco.

wtorek, kwietnia 24, 2012

Micimackó czyli Fredzia zwana Kubusiem

Czytam o tym bodajże najsławniejszym misiu mieszkającym w Stumilowym Lesie. Tym razem węgierski przekład autorstwa Karinthego (o którym to pisarzu i tłumaczu opowiada się chętnie węgierskim uczniom, że każdego dnia tygodnia w rodzinnym domu musiał rozmawiać z rodziną w innym języku, stawiając tę praktykę za godny do naśladowania przykład edukacji). Przekład - bo przy książkach A.A. Milne trudno mówić o tłumaczeniu - jest jednym słowem fantastyczny. Karinthy użył całej swojej literackiej fantazji, tłumaczeniowego kunsztu i arsenału słów dźwiękonaśladowczych języka węgierskiego, żeby sprawić, że dla Węgrów Micimackó, czyli Kubuś Puchatek bo o nim tutaj mowa już od pokoleń należy do kanonu literatury. To dzięki niemu Koncz Zsusza zaśpiewała, że Minél inkább havazik, annál inkább hull a hó. Minél inkább hull a hó, annál inkább havazik... (Tu link do piosenki, dla tych co chcą posłuchać bądź pośpiewać wraz z Zsuzsą Koncz).

Czytam, uśmiecham się do siebie, powtarzam jak mantrę te od lat już znane Puchatkowe mądrości i rozmyślam nad tym, jak wielkie zamieszanie od dziesiątek lat towarzyszy Misiowi o Bardzo Małym Rozumku. Właściwie to nawet nie wiadomo, czy to Kubuś czy Fredzia i tyle samo racji miała zapewne Irena Tuwim tworząc postaci Stumilowego Lasu na potrzeby polskiego czytelnika, ile przyznać trzeba argumentacji Moniki Adamczyk-Garbowskiej, orędowniczki możliwie wiernego tłumaczenia oryginału. Podobne rozterki dotyczą wyglądu Puchatka bo chociaż u źródeł leżą piękne ilustracje E.H. Sheparda to wizerunek Puchatka dosłownie zmonopolizowały animacje wytwórni Walta Disney'a. Za to prawdziwe spory toczą się wokół IQ naszego bohatera, który poniekąd głupiutki stał się źródłem interpretacji o podłożu filozoficznym. I jakby tego było mało na całość cień rzucił swoimi (auto)biograficznymi zapiskami pierwowzór Krzysia, syn Alana Alexandra: Christopher Robin Milne) opisując niezbyt ciepłe relacje z ojcem-pisarzem. 

No cóż; pocieszające, że mimo tej dyskusyjności tematu czasem ktoś sięgnie po samą książkę, od której wszystko się zaczęło w myśl zasady: Pewnego dnia, gdy Puchatek nie miał nic do roboty, pomyślał sobie, że warto byłoby coś zrobić. Co do mnie, to:


WY SZŁAM ZA JENTYK


Ps. I jeszcze tylko słowem o Karinthy'm. Zupełnie niedawno bo w 2008 roku, w ramach reanimacji polskiego zainteresowania literaturą węgierską wydana została powieść Podróż wokół mojej czaszki, w której autor opisuje w zaskakujący dla czytających sposób chorobę guza mózgu (to autentyczny element biografii Karinthy'ego). Jak dla mnie to ta powieść, wraz ze zbiorem satyrycznych miniatur szkolnych Tanár úr kérem (Dla polskich czytelników istnieje szansa wyszperania tłumaczenia z lat 50-tych w antykwariacie) oraz tłumaczenie Winnie the Pooh właśnie są trzema filarami literackiej spuścizny Węgra, nomen omen przyjaciela Kosztolányi'ego (o nim i o Kornelu Esti to już innym razem za to bardzo chętnie) - prawdziwego pióra węgierskiej (post)moderny.

niedziela, kwietnia 08, 2012

Pieśni o lodzie i ogniu c.d.

I znów wielka radość hurra hurra!! Kolejna część sagi George'a Martina leży na wyciągnięcie ręki na półkach księgarni (tym razem w L...gu). A po kilku dniach głód uzależnionego: Jak to? W końcu tych marnych 535 stron to zaledwie jedna trzecia oryginalnego tomu. A poza tym to wszystko nie tak jak miało być... Pisarskie pióro wiedzione chyba najniższymi pobudkami uśmierca bohaterów, z którymi niczego nie przeczuwąjący czytelnik wiązał wielkie nadzieje, snuł plany na następne dwa tomy... Jak to pięknie kiedy akcja lektury rozwija się w zupełnie przewidywalny sposób. Niestety u Martina nie ma co liczyć na podobne sentymenty.
A coś mi mówi, że najgorsze jescze przed nami, więc chcąc - nie chcąc trzeba uzbroić się w cierpliwość i poczekać na kolejny tom.