O Lilce Małgorzaty Kalicińskiej przeczytałam dobrych kilka miesięcy temu w Die Welt i może to mało zrozumiałe, ale właściwie dzięki tej krótkiej wzmiance w rubryce poświęconej zagranicznej literaturze kupiłam książkę przy następnej bytności w kraju - zawsze interesowała mnie literatura polska, o której pisze lub mówi się za granicą. A dodać muszę, że w tym wypadku nie pisało się ani w glorii chwały, ani z niezrozumieniem dla popularności pewnego kaprysu wydawniczego, więc dość niezaangażowana nota czytelnicza o popularności Lilki w Polsce. I tyle. Wystarczyło, by zmobilizować tych kilkadziesiąt złotych (ceny książek wskazują wyraźnie, że mamy do czynienia z towarem luksusowym), których żal było mi wydać wcześniej na inne książki Kalicińskiej cieszące się bądź co bądź nawet większą popularnością. Wcześniej miałam za sobą lekturę kilku stron pewnej książeczki kucharskiej z aspiracjami literackimi i powiedzmy sobie, że właśnie te aspiracje nie bardzo przypadły mi do gustu. Mamy już jedną Małgorzatę pardon Katarzynę Grocholę, taką domorosłą Helen Fielding, trochę dla zabicia nudów, trochę dla podreperowania podłamanej wiary w miłość (to przynajmniej przewodni trend, choć może być nieco inaczej, kto czytał Przegryźć dżdżownicę, ten wie...). Czyta się dobrze, kończy tak samo, więc po co nam autorka Kalicińska. Chyba tylko jako podstawa do kolejnego serialowego scenariusza a seriale to już zdecydowanie nie działka bq, więc koniec tematu.
Ale Lilka trafiła na moje i tak już mocno przeciążone regały, więc wyrobienie sobie własnego zdania było już tylko kwestią czasu. Czas znalazł się sam i niespodziewanie, jak to on ma w zwyczaju, w pociągu na trasie dobrze już znanej, więc nie aż tak znów absorbującej i jakieś specyficzne to było czytelnicze doświadczenie. Po pierwsze dlatego, że zapowiadało zupełnie inne tematy, może nowe życie na ruinach małżeństwa, może wielkie uczuciowe powroty ale na pewno jakieś damsko-męskie turbulencje z widokami na happy end - a jakże, o smutniejszych rozstrzygnięciach losu nie koniecznie trzeba czytać w przedrożonych książkach. A zwrot akcji okazał się z upływem stron zupełnie nieprzewidywalny, jakby sama autorka nagle zaczęła realizować nowy pomysł, odchodzić od romantycznych założeń programowych - przynajmiej ja takie miałam wrażenie. Że niby tytuł Lilka, więc od początku wiadomo, o kim będzie, kto jest naszą postacią pierwszoplanową. To przekonanie wynika jednak z założenia, że tytuł powstaje na początku pisarskiego zamysłu i jest zwykle błędne. Ale dajmy na to, że Małgorzata Kalicińska od pierwszej strony z rozmysłem przędła historię swoich bohaterów, głównie jednak bohaterek (bo choć z dość typowym dla literatury kobiecej podejściem do niezbędności męskiego pierwiastka, np. w łóżku lub w portfelu to kobiety stanowią siłę sprawczą tego świata) , tematyka Lilki w ostatecznym rozliczeniu jest ciekawa, o wiele ciekawsza, niż możnaby się tego spodziewać.
W tej książce, jak w samym życiu, nagłe zwroty przewartościowują wiele spraw. Trzeba przyznać autorce, że podeszła dość odważnie do swojego zadania, napisania o tym, że czasem żądzi nami litość, poczucie obowiązku i tutaj człowiek lawiruje pomiędzy własnymi potrzebami, a świadomością odpowiedzialności za innych. Lilka to książka o złudzeniach, ich stopniowym się wyzbywaniu, napisana językiem codzienności, no, powiedzmy sobie, codzienności na miarę dobrze zarabiającej polskiej klasy średniej średniego wieku mieszkającej w średnio-dużym mieście ale jednak realnie przyswajalnej dla większości potencjalnych czytelniczek, więc trafia. Nie jest może wielkim przesłaniem ale z pewnością ciekawym odbiciem literackim rzeczywistości, takiej zupełnie namacalnej niczym guz, guzek taki mały i oby niezbyt groźny, ale cholera go tam wie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz