Dzieciństwo jako synonim beztroski, z perspektywy dorosłości wręcz idylli, to powszechne i -powiedzmy szczerze- trochę naciągane w dobrej wierze pojęcie. O tym, że może być inaczej, że świat dzieci potrafi być okrutny, wiadomo chociażby z lektury Władcy much Goldinga, że bycie dzieckiem nie oznacza taryfy ulgowej pisał choćby Kosiński w Malowanym ptaku. Jednak dopiero György Dragomán, młody i bardzo już ceniony pisarz węgierski opisał totalitarny koszmar dzieciństwa. Biały król jest zupełnie wyjątkową antyutopią dziecięcej rzeczywistości. Tutaj nikt nie ma lepiej bo nikt nie jest w stanie żyć poza systemem: systematycznym okrucieństwem w imię nie tyle prawa, co przyzwolenia społecznego. To rzeczywistość, w której respekt pomylony został ze strachem a posłuszeństwo z oportunizmem.
Trochę nasuwa się na myśl ostatni film austriackiego reżysera Michaela Haneke pt. Das weisse Band. Dragoman jakby podobnie głosem dziecka przestrzegał: Nie oczekujcie, że w takich warunkach wyrosnę na człowieka wolnego, psychicznie zrównoważonego, rozumiejącego demokrację, potrafiącego odczuwać empatię.
I kiedy człowiek na przekór wybiórczej pamięci posili się na trochę szczerości, to także we własnym dzieciństwie odnajdzie małe i większe koszmarki, lęki i bolączki. Jeżeli nawet dorosłość nie gwarantuje szczęścia i spełnienia to jednak daje namiastkę władzy nad własnym losem i chociażby za to dzięki niech będą za upływający czas... no i za dzieciństwo całkiem znośne, o którym nawet Dragomán nie potrafiłby napisać tak przejmująco.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz