czwartek, lipca 30, 2015

Kto potrafi opowiedzieć historię

Lato i urlop w rodzinnych stronach. Sielanka mimo problemów dopadających mailem, gdziekolwiek byś nie był. Wreszcie choć na kilka dni role się odwróciły i teraz to ja stołuję się u Mamy, byczę się, ujmując sytuację nieoględnie i korzystam bezwstydnie z urlopu tacierzyńskiego A. 
W ramach wielkiego planu czytelniczego napadłam na Empik i całe szczęście, że towarzyszył mi Bobek ze swoim wózkiem pojemnym jak torba Mary Poppins, bo sama nie wiem, jak dałabym radę donieść te łupy gdziekolwiek. Dość, że pani przy kasie nie kryła zdziwienia, że tyyyyle książek kupiłam. ("Ale pani zaszalała! I ma pani zamiar to wszystko przeczytać?!"- "Nie- uspokoiłam ją- literaturę dziecięcą (kupioną zresztą dla Małej Mi i Bobka) już przerobiłam.") Miałam ze sobą listę, więc teoretycznie wybierałam książki według planu, przynajmniej do czasu, kiedy zupełnie o tym planie zapomniałam. Ale niech żyje spontaniczność! (napisała mama dwójki maluchów, której dzień zaplanowany jest co do minuty...) 
Jednak do rzeczy... Elżbieta Cherezińska a raczej jej książka była częścią planu. Może tylko w ilości 1 zamiast 2. Bardzo spodobał mi się wywiad z nią w ostatnich Książkach. Taka pozytywna babka, widać, że z pasją robi to co lubi i potrafi, czyli pisze, a to już coś. I pełno jej wszędzie, czuć, że jej książki wpisały się w aktualne trendy czytelnicze. Czyżby nasza polska bardziej historyczna pani Martin? Może sięgając po  Grę w kości oczekiwałam zbyt wiele. Faktem jest, że po całkiem udanym początku z każdą kolejną stroną robiło się coraz nudniej i skończyłam lekturę niczym przysłowiowy mops do tego jeszcze rozczarowany. Szkoda, bo dobrze się zapowiadało i ogólnie rzecz biorąc nie można Cherezińskiej odmówić pewnego daru narracyjnego a do tego całkiem dobrze poradziła sobie ze stylistyką. Bo jak wciągnąć w akcję z czasu pierwszych Piastów, żeby brzmiało to wiarygodnie ale jednocześnie język nie raził sztucznością? Pod tym względem się udało, tylko niestety samej treści czegoś zabrakło, żeby całość była naprawdę dobrą książką. Niemożliwe, żeby było to kwestią samych wydarzeń, które autorka opisuje, więc europejskich sukcesji po władzę w Europie u schyłku pierwszego milenium, w tym naszych polskich Piastów i ich dążeń do stworzenia własnej państwowości. Mama mówi: Przeczytaj Dago!, ale ja się boję stracić sympatię do Nienackiego, takiego jakim od dziecka uwielbiałam go za Pana Samochodzika. Zamiast tego, sama powiem: Poczytajcie Jasienicę, naszego najwspółcześniejszego kronikarza, historyka ale i barda, którego książki czyta się jak wspaniałe gawędy o dawnych czasach. Paweł Jasienica łączył w sobie wiedzę z darem jej przekazywania, lekkość pióra z logicznym myśleniem. Myślę, że tacy jak on przywracają choćby i najdalszej przeszłości jej koloryt i żywotność.



środa, lipca 15, 2015

Lektury Małej Mi: Do biblioteki po (pomysł na) książkę


Mała Mi zakomunikowała mi dzisiaj: Mamoooo, idziemy do biblioteki!
Ostatecznie nie poszłyśmy bo pogoda paskudna, a jeszcze trzeba by Bobka jakoś dotaszczyć na sucho. Ale prawie pękłam z dumy, że moje dwuletnie dziecko z własnej woli chce iść do pozornie najnudniejszego z wyobrażalnych dla dziecka miejsc. Piszę "pozornie", bo w naszej bibliotece jest wydzielona i do tego bardzo przestronna część dla dzieci, wypełniona książkami, które maluchy do woli mogą zdejmować z półek, a do tego nikt nie wymaga od nich cichej kontemplacji lektury, więc, co tu dużo gadać, jest głośno. I tylko dzięki poczuciu przyzwoitości karnych rodziców daje się ten czytający żywioł jakoś ogarnąć.
Z założenia nie oszczędzamy na książkach i mamy to szczęście, że nie zmusza nas do tego sytuacja materialna. Fakt, że z czasm znowu brakuje miejsca na regale i potem miejsca na regał, ale póki co zawsze jakoś udawało się problem rozwiązać (czytaj: przeprowadzić się,  kiedy to szczerze przeklinam te ciężkie kartony bez końca). 
A jednak jest jakaś magiczna siła w bibliotekach, która przyciąga, jak widać, już od małego. Trywializując można po prostu stwierdzić, że jest książek w bibliotece po prostu więcej. Łatwiej znaleźć więc coś dla siebie. Dzieciom, podobnie jak dorosłym zresztą, ten wielki wybór wcale nie pomaga zdecydować się na coś konkretnego. Ale pozwala opatrzyć się z tematem, bez wyrzutów sumienia (które mam mimo wszystko w księgarni) rozczytać się na próbę, a wielu dzieciakom z domów innych niż tych wytapetowanych książkowymi regałami po prostu oswoić się z czytaniem.
W kwestii literatury dziecięcej za nieocenioną zaletę biblioteki uważam możliwość zweryfikowania, którą książkę nasze dziecko naprawdę lubi, bo jednak zawsze wybieramy trochę "pod siebie". I kiedy okaże się, że po trzech tygodniach to nadal miłość od deski do deski, można bez obiekcji zakupić sobie własny egzemplarz. Zachodzimy więc z Małą Mi do biblioteki po wspólne pomysły na codzienne czytanie.
Tak na przykład odkryłyśmy dla siebie serię Małej biblioteki dziecięcej Meyera (Meyer. Die kleine Kinderbibliothek) a w niej kapitalne książeczki z latarką, a dokładnie z kawałkiem białego papieru w kształcie latarki, który pomaga dzieciom zajrzeć np. do wnętrza ludzkiego ciała albo do norek zwierząt, lepiej przyjżeć się gwieździstemu niebu lub ciemnym wnętrzom grobowców faraonów... A wszystko to na kartach i foliach tych sprytnych książeczek.

Poza tym Mała Mi doświadcza w bibliotece misterium wypożyczania i oddawania... Dumnie podaje pani zza biurka swoją pierwszą kartę biblioteczną, o której sama mówi, że to jest jej bilecik i za zupełnie naturalne uznaje, że w zamian dostaje do domu kilka książek. A po miesiącu, kiedy dziwi się, że trzeba je jednak oddać, przekonuje ją do tego argument, że w zamian zabierze ze sobą coś nowego do poczytania. Kolejny etap na drodze socjalizacji małego mola książkowego...


Cudowny świat naszego ciała. Przykłądowy tytuł z serii
Meyer. Die kleine Kinderbibliothek. Książeczka z latarką.









poniedziałek, maja 04, 2015

Co się komu w kiszkach gra...

Bebechy na salonach, w dodatku literackich!
A mówiąc poważnie, jest taka książka, która traktuje o ludzkim układzie trawiennym i czyta się ją lepiej niż niejedną lekturę z zakresu beletrystyki. Giulia Enders lekkim piórem, z pasją i dowcipem opisała w Historii wewnętrznej to, czym zajmuje się w swojej pracy naukowej: układem trawiennym, ludzką florą bakteryjną, wydalaniem, czyli  tym, o czym kiedyś tam uczyło się na lekcji biologii a co najwyżej daje o sobie znać, kiedy czas odwiedzić aptekę. Poza tym, co może być fascynującego w jelitach & Co.? Okazuje się, że wiele i młodziutka Giulia Enders (rocznik 1990! Nagle tak staro się poczułam...) przy wsparciu swojej siostry Jill (autorki ilustracji do Historii wewnętrznej) napisała naprawdę ciekawą popularnonaukową książkę zrozumiałą i co ważniejsze interesującą nawet dla największego laika. Sporo można sobie przypomnieć, wiele się nauczyć i zacząć żyć trochę świadomiej, w zgodzie z tym, co podpowiada nam brzuch, a nie tylko serce.
Ciekawe, jak poradziły sobie przekłady językowe książki Enders z tematyką wydalania, wypróżniania itp., tak, żeby udało się oddać stylistykę oryginału: odbiegającą od zdystansowanego słownictwa nauki ale jednak trzymającą sie z daleka od prostackich sformułowań. Chyba jednak efekt okazał się całkiem niezły i Historia wewnętrzna już stała się międzynarodowym sukcesem wydawniczym. I dobrze. Jak widać, ciekawą książkę napisać można o wszystkim.



Giulia Enders







Informacja dla wszystkich tych, którym brakuje wyobraźni: Istnieje firma zajmująca się sprzedażą oraz wypożyczaniem modeli organów wielkości dorosłego człowieka (link tutaj). Wszystko po to, aby móc przespacerować się np. właśnie przez układ trawienny. Dodatkowe atrakcje: plastycznie unaocznione schorzenia od polipów do ostatniego stadium raka jelita...

wtorek, kwietnia 07, 2015

Lektury Małej Mi: propaganda dla najmłodszych

Kiedy dzieci osiągają poziom rozwoju ruchowego i intelektualnego pozwalający im na praktycznie nieograniczone odkrywanie otaczającego ich świata, a konkretniej ujmując: twojego mieszkania, w rodzicach kiełkuje paniczna myśl, że teraz to naprawdę zacząć trzeba je wychowywać, czyli wpajać do głowy na każdym dosłownie kroku tego, co wolno a czego nie, co dobre a co złe. Ciągłe balansowanie między pozwalaniem dziecku na zbieranie własnych doświadczeń i rozwój indywidualnej osobowości a ograniczaniem w celu uniknięcia sytuacji wręcz kryzysowych jest dość męczące i nierzadko frustrujące dla obu stron... A mimo to każdy, komu przjdzie zmierzyć się z tym zadaniem ze zdziwieniem stwierdzi, że małe dzieci lubują się w nakazach, zakazach, powtarzając je, akceptując lub naginając do swoich potrzeb, ale są one dla nich istotnym punktem odniesienia w codziennym funkcjonowaniu.

Proponuję następujący eksperyment:

Kupcie swoim dzieciom kilka tytułów (według uznania) z serii Obrazki dla maluchów Emilie Beaumont. Gwarantuję, że przez tygodnie, jeżeli nie miesiącami będzie to nolens volens waszą lekturą numer 1. Mała Mi wprost z przerażającą częstotliwością wertowała: To niebezpieczne, Las, Ochronę środowiska i Dobre wychowanie domagając się oczywiście wyjaśnień. I kiedy ja dostawałam już lekkiej depresji stwierdzając, że ostatecznie wszystko jest niebezpieczne a świat to jeden wielki śmietnik, ona z lubością powtarzała, ,że tego i tamtego nie wolno, a przy tym trzeba uważać (Jako ciekawostkę wspomnę tylko, że przy obrazku pokazującym dziecko pomagające młodszemu braciszkowi wejść do pralki powtarzała za każdym razem kategorycznie: ”Na miejsce!” co z koleji niekorzystnie wpływało na moją wyobraźnię...). Na efekty długo nie trzeba było czekać. Moje dziecko:

- podnosi każdy jeden napotkany na swojej drodze śmieć, niedopałek papierosa itd. i triumfalnie biegnie z nim do następnego śmietnika. Od tego czasu zresztą zaopatrzyłam się we wszelkie środki dezynfekujące.

- nie uznaje żadnej dekoracji z muchomorkami skoro dowiedziała się, że są to grzyby trujące, więc mogę zapomnieć, że będzie nosiła swój niegdyś ulubiony śliniak, bluzkę czy papcie. Ok, przyznaję, jakaś logika w tym jest.

- przez dwa tygodnie panicznie bało się schodów, piekarnika, kranu w łazience... Lista byłaby długa. 

- do dzisiaj nawet w samotności powtarza do siebie przy każdej sposobności: Uważaj!

I mogłabym tak wymieniać bez końca. 
Oczywiście są to tylko tak zwane skutki uboczne, bo oprócz tego Mała Mi zrobiła się bardziej posłuszna i łatwiej wytłumaczyć jej, że to czy siamto może być dla niej naprawdę niebezpieczne. Zdaje się, że obrazki dla najmłodszych skutecznie pobudzają dziecięcą wyobraźnię i jeżeli pozwoli to uniknąć choć kilku wypadków, to jest warto.

Trochę to jak z zakładem Pascala...


sobota, marca 28, 2015

Trochę o Márai´u i niezupełnie na temat

Kolejny raz w Budapeszcie, tym razem inaczej, nie tylko dlatego, że pierwszy raz z dwójką dzieci i jednocześnie bez A., powód wyjazdu też niezbyt urlopowy. Co prawda wieczory na lekturę są, za to sama lektura nie do końca dopisała. Miało być klasycznie, więc zabrałam ze sobą entą już powiastkę (opowiadanie?) Márai´a. Siostra nie ukazała się jeszcze w polskim tłumaczeniu. Jeszcze. Trzeba wiedzieć, że Sándor Márai pisał z wręcz obsesyjnym zacięciem, jego literacka spuścizna jest niezmierzona. Z drugiej strony, kto wie, czy Teresa Worowska nie tłumaczy z jeszcze większym zawzięciem, niż pisał sam Márai, tłumaczy zresztą nie tylko jego. Dość, że to prawdziwa furia twórcza i przegadałaby (lub przetłumaczyła) każdego, tak samo po polsku, jak i po węgiersku, o czym miałam możliwość przekonać się osobiście. Oszczędziło mi to zresztą pracy, bo fragment z Siostry, który jako ciekawostkę zamieszczam na bq poniżej, ukazał się w Zeszytach Literackich właśnie w tłumaczeniu Teresy Worowskiej. 

Warszawa padła. Jak bliscy duchowo byli mi Polacy - naród, nad którym ciążyło fatum, uparte i nieubłagane fatum! Polegało ono na tym, że co jakiś czas spadało na nich nieszczęście. Taki był prawdziwy sens ich losu: z jak dziką siłą, z jakim uporem zmartwychwstawali z niedoli! Pewnie już dawno by znikli, gdyby spokojniejszy los dał im możliwość wygodniejszego i bezpieczniejszego bytowania, może wyniszczyliby się sami, poddając temu wszystkiemu, co w ich naturze polskie, swobodne, niedbałe. A tak, zostali spętani przez niewolę i surowy wyrok historii nakazujący im żyć wśród wielkich, rozbójniczych narodów, zawsze przegrywając, zawsze się podnosząc i zawsze na sposób polski, głośno, z przesadą, lecz jednocześnie z wielkim staraniem, w piękny sposób; to naród, który odczuwa muzykę od wewnątrz, bezpośrednio. Tak rozmyślałem, czytając wieczorną gazetę, której wielkie tytuły obwieszczały, że Warszawa padła, a potem pomyślałem o Chopinie. Cóż ja mogę zrobić dla Polaków? Potrafię przemówić tylko językiem muzyki, i teraz, kiedy rzężenie śmiertelnie zranionego narodu rozlega się w całym świecie, nie mogę uczynić nic innego, tylko przywołać w europejskiej sali koncertowej najbardziej szlachetne dźwięki, jakimi ten naród przemawiał do świata: muzykę Chopina. Niech inni mówią o polityce, w tej chwili, w której wojska niemieckie rzuciły się na ciało tego ludu, ja zagram we Florencji Etiudę As dur... Allegro sostenuto. I pozostałych dwanaście etiud z opusu dwudziestego piątego. To wszystko, co mogę zrobić. A po Chopinie niechaj w tej samej sali koncertowej zabrzmi muzyka innego narodu, który także dał światu niezwykłe dźwięki, ApassionataBeethovena, to będzie najlepsza odpowiedź na wszystko w chwili, gdy huczą polskie i niemieckie działa. Bo muszę coś zrobić, artysta nie może pozostać niemy, kiedy dwa narody, polski i niemiecki, splatają się w śmiertelnym uścisku. Niech obie dusze przemówią w jednej europejskiej sali koncertowej - dwa światy, dwa przeciwieństwa! Choć to, o czym mówi ich muzyka, jest czymś straszliwie jednym... Czy zagrać na bis? Może Czajkowskiego, by chwila historyczna stała się pełna? Niech się odezwie także kompozytor rosyjski, kiedy polski i niemiecki przekrzyczą siłą muzyki to, czemu ziemski gniew z tak straszliwą siłą zaprzecza: harmonię. Tego wieczoru, kiedy skapitulowała Warszawa, w pociągu wiozącym mnie do Italii naprawdę tak myślałem. I wiedziałem, że niezależnie od patosu, którym tłumaczę moje przedsięwzięcie, jest ono czymś więcej od trafnego pomysłu. To pewien rodzaj służby, ambasador miał rację. Ożywię muzykę polską, niemiecką i rosyjską w świecie, który teraz i jeszcze długo nie chce słuchać niczego poza własnym śmiertelnym jękiem.

Cytat długi, ale całkiem ciekawy. Zwłaszcza z polskiej perspektywy: nasz rodzimy mesjanizm z węgierskiego punktu widzenia. Cała Siostra też zresztą zapowiadała się nieźle, pełna Márai´owych tematów kluczy: misja artysty, estetyka choroby, destrukcyjna moc uczucia itd. Niestety pod koniec jakoś wszystko się rozmemłało, jakby wraz z upływem czasu sam autor stracił koncept, jak się z całością uporać i dobrnąć do końca. Jestem pewna, że za kilka tygodni zupełnie wywietrzeje mi z pamięci ta moja ostatnia lektura, za to bez problemu przypomnę sobie o dowcipie, który przeczytałam w tym samym czasie na Węgrzech. Brzmiał on tak:

Dwa mole wychodzą z kina i jeden mówi:
-Dobry był ten film ale książka lepsza...

niedziela, lutego 15, 2015

Lektury Mamy Małej Mi, czyli czytać, żeby przeżyć

Może i kto pamięta mój wcześniejszy wpis o książce Tracy Hogg i Melindy Blau (link tutaj) o tym, jak zrozumieć niemowlę. Wydawałoby się, że zrozumieć dziecko starsze, a więc takie, które jest w stanie powiedzieć, pokazać itp., czego mu potrzeba (a czego nie...) jest zdecydowanie łatwiej. 
W pewnym sensie tak. 
Tak przynajmniej wygląda teoria. 
Tylko dlaczego to zwykle spokojne dziecko nagle dostaje jakiegoś niezrozumiałego napadu histerii, dlaczego w pełni świadome konsekwencji wystawia na próbę twoją nadwyrężoną cierpliwość, dlaczego prowokuje niebezpieczne sytauacje???

Trudno... Nie ma rady... Po całodziennej szkole przetrwania (motto: ja i moje dziecko, które wyrosło z wieku niemowlęcego) z klejącymi się powiekami czytam na raty z zaciśniętymi zębami, jak, przepraszam za porównanie, dawno temu moja Siostra szkolne lektury (na szczęście Siostra książki od tego czasu polubiła i czyta już z przyjemnością) ciąg dalszy porad pań Hogg i Blau: Język dwulatka. Na wstępie dowiaduję się m.in., że to bodaj i najtrudniejszy okres w rozwoju małego dziecka, porównywalny do dojrzewania i buntu nastolatka. No, już mi ulżyło, w takim razie byle ten rok przeżyć - pociesza się cierpiętniczo Mama Małej Mi - i będzie kilka lat spokoju, zanim zaczną się pogadanki o dojrzewaniu i dorosłości w wieku lat szesnastu i kiedy co gorsza moje zdanie na te tematy będzie dla mojego dziecka zupełnie nieistotne, wręcz niepożądane. W sumie... to i tak jest fajnie ze zbuntowanym dwulatkiem. Przynajmniej można takiego rebelianta włożyć do łóżeczka ze szczebelkami i nie wylezie, albo siłą zapiąć w wózku, względnie przekupić czymś słodkim (oczywiście żadnej z tych praktyk nie stosuję...). A za kilka miesięcy będzie lepiej.
Tak ci się wydaje...
A potem sms od koleżanki, że zmęczona i aktualnie ma dosyć, ale tak to już jest z tymi trzylatkami...
I mały small talk z listonoszem (A. podśmiewa się za mnie, ale to naprawdę fajny facet), że jego syn to do szkoły nie chce chodzić...
I powoli zaczyna kiełkować w mojej głowie myśl straszna... Że to nie tych kilka miesięcy trzeba jakoś przetwać, ale dobrych parę lat sensownie z własnym dzieckiem przeżyć. Na dobre i na złe. Przy chrzcie to spokojnie przysięgę małżeńską możnaby powtórzyć. A przy okazji egzorcyzmy odprawić. Na pewno nie zaszkodzi. 
W myśl tej samej zasady brnę przez Język dwulatka bo, przyznam szczerze, raczej niewiele sprawia mi ta lektura przyjemności. Pierwszą książkę Hogg i Blau wspominam jakoś milej. Chociaż od tego czasu trochę się obczytałam w temacie i może zmieniły się moje oczekiwania co do ciekawie i mądrze napisanego poradnika. Ok, mądra ta książka jest, tego nie można jej odmówić, tyle, że trochę toporna, do tego stylistyka tekstu (tłumaczenia?) pozostawia wiele do życzenia. Szybko stało się jasne, że potrzebuję jakiegoś czytelniczego intermezzo... Oczywista sprawa, że przeciwwagę do takich tematów może stanowić tylko kryminał, thriller, jak kto woli: kilka trupów i dużo krwi dla poprawienia nastroju i rozładowania emocji, względnie na pobudzenie zamiast kawy (alternatywa dla matek karmiących piersią) Od razu zaopatrzyłam się w dwa tytuły: Chemię śmierci Simona Becketta i Upadek Karin Slaughter. Nie jestem wielką fanką tego gatunku i zawsze po przeczytaniu kolejnego kryminału utwierdzam się na nowo w tym przekonaniu. 
Książki Simona Becketta na pewno czyta się szybko, pewnie dlatego większość z nich stała się światowymi beststellerami. Ale dlaczego ja, która wcale do dociekliwych nie należę, od niemalże początku domyślam się, kto jest mordercą? Strasznie to rozczarowujące. Chyba, że to planowany efekt V*- cztelnik zostaje wciągnięty w akcję jako świadomy obserwator nie mogący jednak z przyczyn oczywistych w nią ingerować. Na plus liczy się pisarzowi postać Davida Huntera, dra Davida Huntera - mężczyzny, którego integralną częścią seksapilu jest jego inteligencja. Poza tym z pewnością jest jeszcze przystojny. Taki facet rzadko bywa (dłużej) wolny a to z kolei obiecuje wątek romantyczny et voilà eros i tanatos, odwieczna para połączona. 
Po książkę Karin Slaughter sięgnęłam z dwóch  powodów: bo to kobieta a w końcu Agatha Christie musi mieć jakąś następczynię, a po drugie: jedną z głównych bohaterek thrillera Upadek jest matka niemowlaka i pomyślałam, że to się świetnie wkomponuje w moje aktualne czytanie... Niestety całość okazała się rozczarowująca. Miało być bardzo feminin bo pierwsze skrzypce grają kobiety a skończyło się banalnie... ekstremalnie ciężkim okresem dojrzewania porzuconego nastolatka. 
Morał: lepiej zawczasu pomęczyć się z poradnikami, niż zakończyć kryminałem...

* Szalenie ciekawa sprawa. Mam na myśli tzw. Verfremdungs-Effekt, w skrócie V-Effekt, zabieg stylistyczny autorstwa Bertolda Brechta, który zrewolucjonizował pojęcie na teatr epicki. Chodziło o to, by skonstruować sztukę tak, by odbiorca miał od czasu do czasu szansę na odzyskanie dystansu do jej akcji i zachowanie dzięki temu krytycznej odrębności obserwatora. Skutkiem było zniszczenie pewnej iluzji, którą tworzył teatr według antycznego schematu. Fascynowało się tym zabiegiem wielu dramaurgów i pisarzy, jednym z moich faworytów był Max Frisch. Obiecuję o nim i o efekcie V napisać więcej w oddzielnym poście.

poniedziałek, lutego 09, 2015

Post postum, czyli dlaczego dobrze jest mieć przyjaciół, którzy dodatkowo sami są molami książkowymi avagy o tym, jak poczta wspaniale poprawić może nastrój.

Kolejne ważne wydarzenie w życiu naszej rodziny: Do Małej Mi dołączył ze skromnym czytelniczym stażem prenatalnym Bobek (pseudonim roboczy, bo Bobek to w oryginale Stinker i pomijając efekty uboczne procesu trawienia nazwa ta mija się zdecydowanie z pachnącym jestejstwem naszego Á.). Wielka radość, najwyraźniej podzielana przez rodzinę, przyjaciół i znajomych. Po styczniowej serii rachunków aż miło otworzyć skrzynkę pocztową - sypią się z niej życzenia, dobre słowa, czasem nawet prezenty. To miłe i bardzo mnie cieszy każdy taki przejaw sympatii. Nie spodziewałam się jednak, że z takiej poczty wyniknąć może kolejny post na bq, tymczasem jest to właśnie post do postu o Perełce Patricka Modiano (tutaj link dla zainteresowanych, którzy jeszcze nie czytali, lub odczuwają potrzebę repety). A było to tak... Apogeum radosnego uniesienia osiągnęłam otwierając paczkę od Ch. i R. (tych od ciekawych kart pocztowych...), na której prawdziwie szlachetną zawartość składała się m.in. kopia z... polskiego tłumaczenia wiersza Attilii Józsefa Mama. Dziękuję! Za czytanie bq, za czas poświęcony mnie i Attilii Józsefowi i wreszcie za samo tłumaczenie, którego ja z przyczyn różnorakich natury przyziemnej nie zadałam sobie trudu znaleźć.

Z radością przepisuję tekst z języka węgierskiego przełożony przez Jerzego Snopka*


Mama


Od tygodnia tylko o mamie
ciągle myślę; serce się łamie...
Ze skrzypiącym koszem w ramionach
szła na strych jak skromność wcielona.


Wtedy jeszcze człek szczery byłem,
więc tupałem, wrzeszczałem, wyłem,
by rzuciła te mokre szmaty
i by mnie prowadziła na strych.


Ona je wciąż rozwiesza w ciszy
i chyba krzyków mych nie słyszy,
i szaty rozbłyskują nagle,
wzlatują jak rozpięte żagle.



Dziś, gdy wszystko pokryła ziemia,
widzę mamę, jak jest olbrzymia,
szare włosy na niebie wiesza,
z wodą niebios bielidło miesza.






Nie byłabym sobą, gdybym nie skomentowała tego tłumaczenia bo zupełnie niedorzecznie wydaje mi się, że czuję język węgierski lepiej niż sami Węgrzy...


Pierwsze dwie zwrotki tłumaczenia J. Snopka podobają mi się bardzo. Szkoda, że nie udało się zakończyć jakimś sensownym rymem jak w oryginale, ale rozumiem, że trudno, bo sama próbowałam własnych sił. Więcej zastrzeżeń budzą dwie ostatnie strofy, gdyż wydaje mi się, że ich przekład nie do końca oddaje intencje samego A. Józsefa. Szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że chylę czoła przed warsztatem Jerzego Snopka. Czytanie jego noty biograficznej Attili Józsefa to prawdziwa uczta dla hungarofila (jak ja), tyle jest w nim dobrze oddanych węgierskich klimatów. Zupełnie się zatraciłam. Myślę, że K. Varga mógłby się wiele nauczyć.



*Olśnienie / Attila József ; przeł. z jęz. węg., wybrał i posł. opatrzył Jerzy Snopek. Sejny : Pogranicze, 2005.

sobota, stycznia 10, 2015

Na początek trochę smutno - John Green

Zupełnie niezamierzenie zaczynam ten rok od deprymujących lektur. Kupując książkę Johna Greena nastawiałam się na nieco ambitniejszy romans, tymczasem same egzystencjalne smutki wyniknęły z tej mojej quasi romantycznej lektury: choroba, wartość życia, śmierć i zapomnienie... Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że książka Greena zaliczana jest do literatury młodzieżowej, adresowana więc do nieco młodszego odbiorcy. Przeczytałam i pomyślałam niepoprawnie, że poza mną czytają ją chyba tylko chorzy na raka. I ich rodziny. I pewnie jeszcze inni bliscy niespokrewnieni. Jest to w oparciu o fakt, że tytuł Gwiazd naszych wina stał się międzynarodowym bestsellerem dość smutnym obrazem rozprzestrzenienia tej choroby. 
Nie ukrywam, że powieść Johna Greena nigdy nie będzie zaliczać się do moich książkowych faworytów, po części dlatego, że daleko jej do walorów dobrej literatury, poza tym jakoś nie bardzo frapują mnie historie miłosne amerykańskich nastolatków, ale - nie doszukując się głębszego sensu tam, gdzie go nie ma - może i to właśnie jest sednem sprawy: Hazel Grace i Augustus, więc głównym bohaterom tej historii nie jest dane dojrzeć, że już nie wspomnę o zestarzeniu się, a nam poznać ich dalszych losów. Szkoda, bo obydwoje mieliby potencjał na stanie się niebanalnymi dorosłymi. Zamiast tego już na zawsze zostaną nieuleczalnie chorymi dziećmi. A ich historia - trochę smutna, trochę przerysowana, gdzieniegdzie nieprawdopodobna. Ale jedno trzeba Greenowi oddać: opisał zupełnie szczerze proces odczłowieczenia przez postępującą chorobę, odbierając tej nieszczęsnej historii miłosnej patosu, pokazał, że życie za wszelką cenę i na każdych warunkach nie jest tym upragnionym happy end'em. I ciekawe, że czytelnik sam z każdą kolejną stroną uczy się zgody, by pozwolić godnie odejść komuś (rzecz jasna, fikcyjnemu), kogo najbardziej chciałby ocalić. 
Brr... czas otrząsnąć się z tych bezdennych myśli. A tak mi się marzy romansidło na miarę Wichrowych wzgórz...

środa, grudnia 31, 2014

Epilog do 2014

To był rok pełen nowych wrażeń, zajęć i obowiązków. Dobry rok, przynajmniej w mojej subiektywnej ocenie. Nawet na czytanie starczyło czasu i to w całkiem przyzwoitym stopniu. Nie o wszystkim udało się napisać na bq, choć to bynajmniej nie szkodzi. Najważniejsze, że jeszcze tu jestem a po drugiej stronie jest kilku aktywnych czytelników moich postów. 
Dziękuję Wam za bycie moją motywacją do tworzenia czegoś, czego robić nie trzeba, za co nie płacą i na co często brak czasu. 

Jeszcze trochę o moim czytelniczym finiszu 2014... 
A było tak, jak sobie wymarzyłam: Lektura Opowieści wigilijnej Charlsa Dickensa krótko przed świętami, żeby w wirze przygotowań nie zapomnieć o prawdziwym przesłaniu Bożego Narodzenia, żeby wraz ze Scrooge´m uświadomić sobie naszą powinność bycia człowiekiem, zresztą, przede wszystkim na co dzień... A potem w świetle lampek choinkowych już sama radość z Wnuczki do orzechów Małgorzaty Musierowicz, którą to książeczkę miałam odłożoną specjalnie na tę okazję. I tak mi przyjemnie minęły dni świąteczne...
W nawiązaniu do tego czasu wybrałam kilka rysunków Tove Jansson, Muminków, a jakże... Wszystkie pochodzą z drugiego tomu Mumins. Die gesammelten Comic-Strips von Tove Jansson.





- Co mam na siebie włożyć? Czerwoną... czy małą czarną?...



- Ani jednego pyłku kurzu w pokoju dziecięcym!
(O jejku, jakie to straszne!)




- A jeżeli to prawda, że nie jestem dobrą gospodynią?



- Nasz dom...
- Piękny dom..
(Jesteście głupi)




- Do diabła z odpowiedzialnością!






środa, grudnia 10, 2014

O rodzinie bez podtekstów: Matka

Paryż; urokliwe zaułki Montmartre, kaskada schodów do Sacré Coeur i zbiory Musée d'Orsay, wieczorami przed zaśnięciem La Petite Bijou (pol. Perełka) Patricka Modiano. To ostatnich kilka moich dni spędzonych zresztą z rodziną, więc i z Mamą. Wszystko jakby się dopełniło: fakt bycia tam, towarzystwa i mojej lektury. Jednak... postaram się bez podtekstów: o matce - w powieści Modiano. Cieszę się, że przytrafiła mi się właśnie Perełka, która odcina się nieco od powszechnego poglądu na tematykę pisarstwa Francuza: Żydzi, holocaust i związane z tym zaułki pamięci XX wieku. Trochę zaszufladkowano tym Modiano, kiedy on tymczasem jest o wiele bardziej wszechstronny w swoich literackich podróżach po człowieczej przeszłości. Bo z tym jednym jestem w stanie się zgodzić: to właśnie czas miniony i to, co po sobie pozostawia są domeną twórczą Patricka Modiano. A wraz z tym nieunikniona melancholia i fatalizm losów jego bohaterów skazanych na przeżywanie minionych wydarzeń wciąż od nowa bez możliwości dokonania w nich jakichkolwiek zmian. 

Każdy z nas ma taką własną przeszłość, od której nie może się uwolnić. Tak samo, jak każdy ma matkę: obecną lub nie, kochającą albo obojętną i jakakolwiek jeszcze by nie była, to zawsze niezastąpiona i newymazywalna z naszego życiorysu, jak blizna po pępowinie. Tu już nie chodzi o oczywisty fakt ludzkiego poczęcia i narodzin, fizyczną zależność nie mającą sobie równych, ale (niezaprzeczalnie wynikającą z tej cielesnej bliskości) skomplikowaną w swej naturze zależność psychiczną. W swojej złożoności relacje matki i dziecka nie mają sobie równych, tak, jak i w swojej problematyce. O tym traktuje powieść Perełka przez pryzmat relacji z matką, a raczej nakreślonych tu z jednej tylko strony uczuć i wspomnień naszej la petite Bijou, która próbuje zamknąć za sobą rozdział uzależnienia od nieobecnej w jej życiu matki, a jednocześnie nie może się od niego uwolnić, nie znając odpowiedzi na zbyt wiele pytań. Modiano i tym razem pokazuje, że od przeszłości nie da się uciec, że trzeba czasem bez końca do niej wracać, zmierzyć się, zanim możliwe stanie się pójście dalej, w kierunku przyszłości. Ale jak zmierzyć się z nieobecnym duchem, kimś, czyjej miłości tak bardzo brakło, że stał się znienawidzoną zmorą snów. Tytułowej Perełce wystarczyła chwila w paryskim metrze, widok kobiety w spłowiałym żółtym płaszczu, by uruchomić na nowo lawinę wspomnień, wprawić w ruch machinę pamięci. 

Pięknym zabiegiem literackim jest u Modiano skonfrontowanie przeszłości głównej bohaterki z jej dziecięcym alter ego w postaci dziewczynki, którą miała się zaopiekować i którą nota bene zawiodła wchodząc ostatecznie w rolę własnej matki. 

Jeszcze bardziej podobało mi się, kiedy do punktu kulminacyjnego doprowadzony został, wydawać by się mogło, mało istotny wątek znajomości Perełki z Moreau-Badmaev’em, więc wieczorna audycja radiowa i pewien wiersz w obco brzmiącym języku. Obcym dla naszej Bijou, bo mnie wystarczyły dwa słowa, żeby wiedzieć, że to nie tylko język węgierski, ale i jeden z najbardziej znanych utworów wielkiego poety Attili Józsefa, który każdy szanujący się Wegier (a już na pewno mój własny domowy) recytuje z pamięci. Wiersz ma tytuł Mama i tu magiczny krąg się zamyka, motyw dopełnia. Attila József całe swoje krótkie życie cierpiał na zaburzenia psychiczne, w dużej mierze na tle rodzinnym. Matka, której bliskości zabrakło mu w dzieciństwie, jest tym wspólnym mianownikiem z bohaterką powieści Modiano. Faktem jest, że o matce małego Attili wiadomo, że oddała go ze względu na skrajną biedę i niemożność utrzymania rodziny, podczas gdy o pobudkach matki Thérèse nie wiemy nic, i nawet jeśli możemy się ich domyślać, traci to na znaczeniu w obliczu faktu nieodwracalności straty najbliższej osoby, rozłąki rzutującej na całe dalsze życie. I pewnie w obu przypadkach na sam życia koniec. Chociaż tak samo, jak nigdy nie dowiemy się, czy śmierć Attili Józsefa pod kołami pociągu była rzeczywiście samobójczą (niespełna rok wcześniej w jednym ze swoich wierszy on sam napisał, że czasem wierzy, że przyjdzie mu umrzeć w pościeli, co znów jest pięknym literackim nawiązaniem, ale to już inna historia...), tak nieodgadnione pozostaną pobudki połykającej tabletki Thérèse i to, czy skończyło się na tej jednej jedynej desperackiej próbie zapomnienia o matce.




József Attila

Mama

Már egy hete csak a mamára
gondolok mindíg, meg-megállva.
Nyikorgó kosárral ölében,
ment a padlásra, ment serényen.

Én még őszinte ember voltam,
ordítottam, toporzékoltam.
Hagyja a dagadt ruhát másra.
Engem vigyen föl a padlásra.

Csak ment és teregetett némán,
nem szidott, nem is nézett énrám
s a ruhák fényesen, suhogva,
keringtek, szálltak a magosba.

Nem nyafognék, de most már késő,
most látom, milyen óriás ő -
szürke haja lebben az égen,

kékítőt old az ég vizében.

niedziela, listopada 30, 2014

Na pograniczu życia i śmierci, medycyny i literatury czyli rzecz o Wagnerze i Karinthym



Co mają ze sobą wspólnego Frigyes Karinthy i David Wagner? Na pierwszy rzut oka - niewiele, na drugi - niewiele więcej... Tematyka bq każe przypuszczać, że łączy ich pisarska profesja i jest w tym już jakiś ułamek prawdy. Dość jednak wspomnieć, że kiedy malutki David rodzi się w 1971 roku, Karinthy nie żyje już od ponad trzech dekad. Inne czasy, inne światy, niewątpliwie inne temperamenty. Podczas kiedy Wagner w tym roku gościnnie objął katedrę literatury powszechnej na uniwersytecie w Brnie, Karinthy, mimo szerokich zainteresowań i mniej lub bardziej zdyscyplinowanego uczęszczania na zajęcia akademickie nigdy nie zdobył dyplomu wyższej uczelni. Myślę, że głęboko w sobie nosił kompleks tego zaniedbania i zasłanianie się ironią czy komizmem było tylko grą pozorów. Niemniej Karinthy stał się na Węgrzech wielki jeszcze za swojego życia (było już na ten temat małe co nieco na bq ), śmiem twierdzić, że do takiej sławy Davidowi Wagnerowi we własnym kraju jeszcze sporo brakuje, choć po ostatnich wyróżnieniach jest niewątpliwie na dobrej drodze, by nazwisko Wagner niekoniecznie kojarzyło się z monumentalnymi operami o postromantycznych ciągotach, czyli krótko rzecz ujmując - z Richardem. Zresztą, z Wagnerami w Niemczech, jak z naszymi rodzimymi Kowalskimi - jest z czego wybierać...

Wracając jednak do pytania: Co mają ze sobą wspólnego Frigyes Karinthy i David Wagner?... Obydwoje doświadczyli choroby śmiertelnie zagrażającej ich życiu i obydwoje opisali swoje przeżycia (sic!) wzbogacając tym w istotny sposób literaturę. Każdy z nich znalazł swój własny sposób literackiego ujęcia tematu i obydwa uważam za równie ciekawe.

Leben Wagnera jest książką dopiero co wydaną, rozreklamowaną przez przyznaną jej na targach w Lipsku nagrodę. Nie pierwsza i oby nie ostatnia książka Davida Wagnera, który z chorobą zmaga się od dziecka. Pisze o niej trochę jak o uciążliwym towarzyszu podróży, do którego zdążyło się już przyzwyczaić. Pisze trochę melacholijnie, trochę ze swadą, tak jak każdy kolejny dzień przynieść może zmianę samopoczucia, oddalenie lub przyspieszenie wyroku, który zapadł już dawno temu. Życie Wagnera to dialektyczny obraz rzeczywistości, ma swoją wartość i miarę poprzez ciągłą konfrontację ze śmiercią albo raczej z jej możliwością.

Karinthy doświadczył własnej śmiertelności inaczej, dlatego też inaczej ją opisał. Podróż wokół mojej czaszki to coś jakby reportaż w konwencji literackiej, nie mający do końca sprecyzowanych ram gatunkowych. O ile u Wagnera motyw zagrożenia życia jest pewną stałą, rozciągniętym w czasie stanem, dla Karinthy'ego to stosunkowo krótki i bardzo intensywny epizod w życiu: od pierwszych objawów choroby przez diagnozę guza mózgu po operację z miejscowym znieczuleniem i pobieżnie tylko wspomniany okres rekonwalescencji. Karinthy jakby do końca nie przestał się dziwić, że to wszystko spotkało właśnie jego i próbuje to zdziwienie przełożyć na emocjonalny dystans do własnego położenia.

Szkoda, że książkowy happy end potrwał tak krótko bo zaledwie dwa lata i nasz dzielny Karinthy ostatecznie umiera na wylew. Szczęśliwie tytuł Wagnera to Życie - dzięki udanej transplantacji, przezwyciężonych myślach samobójczych, własnej sile i motywacji. Dla Davida Wagnera życie to codziennych zmagań z własną ułomną fizycznością ciąg dalszy, dla nas, czytelników nadzieja na kolejne dobre książki jego autorstwa.

niedziela, listopada 09, 2014

Lektury Małej Mi: Pop up, czyli czytać w 3D!

Jako, że koncentracji Małej Mi nie starcza jeszcze na lekturę baśni Andersena (póki co udało mi się przeczytać jej tylko Calineczkę), ani często nawet na krótsze epizody z życia węgierskiej pary Bogyó i Babóca (to cieszące się u "bratanków" ogromną popularnością postaci chłopca-ślimaka i dziewczynki-biedronki stworzone przez Erikę Bartos), czytamy sobie trochę inaczej, bardziej interaktywnie i innowacyjnie. Wybieram Małej Mi książki według własnych preferencji estetycznych, a ona dokonuje ostatecznego wyboru, co naprawdę się jej podoba. Czasami nieco się w tych zapatrywaniach mijamy, ale ostatnio wspólnie odkryłyśmy magię książek trójwymiarowych, z angielskiego nazywane książkami pop up. Taka forma książek cieszy się zresztą największą popularnością właśnie na anglosaskim rynku wydawniczym. Myli się jednak ten, kto sądzi, że pop up booki są z założenia książkami dla dzieci, ponieważ te misternie poskładane dzieła sztuki są często przeznaczone właśnie dla dorosłego odbiorcy. Nie tak znów dawno temu sprezentowano mi pewną zupełnie poważną książkę trójwymiarową 600 Black Spots Davida A. Cartera. Książki trójwymiarowe Małej Mi nie są aż tak abstrakcyjne, jednak nie mniej fascynujące. Myślę że pobudzają dziecięcą fantazję, a że rozwój mowy - to pewne...

Poniżej, dla zachęty, kilka zdjęć pop up booków w dwóch ujęciach - dla dorosłych i maluchów.



David A. Carter, 600 Black Spots



David A. Carter, 600 Black Spots



David A. Carter, 600 Black Spots




Bestseller Erica Carle w wersji 3D, czyli po polsku Bardzo głodna gąsienica jako pop up.



Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica



Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica



Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica


środa, października 29, 2014

Monotonia Munro

Ok, przyznaję, że zasadniczo jestem nieco opóźniona w czytaniu laureatów literackiej nagrody Nobla. Marzy mi się, żeby kiedyś wyróżniono kogoś, kogo jako autora znam już od dawna, wtedy z dumą i niby od niechcenia będę mogła zaraz następnego dnia po ogłoszeniu werdyktu napisać na bq, że i owszem, czytałam już dawno i mam na ten temat dużo do powiedzenia.

Tymczasem zaznajamiam się z całkiem już pokaźnym dorobkiem twórczym Alice Munro - z czystej przyzwoitości, w końcu Noblistka, ale też dlatego, że lubię literacką formę short story. Zawsze miałam do niej słabość i pewnie tak mi już zostanie. Czytam i dziwię się, że w zasadzie nie ma w tym pisaniu nic szalenie odkrywczego, niesamowicie odmiennego a jednak... Czytam jedno opowiadanie za drugim, potem kolejny tom i w ogóle mnie to nie nudzi. Założę się, że za miesiąc nie będę mogła nawet powierzchownie streścić, o czym opowiadały tytuły Księżyce Jowisza, Dziewczęta i kobiety itd., ale czytam... bo jakoś to wciąga. Przez "to" rozumiem styl Munro, jej pisanie o najzwyklejszych ludziach i ich zwykłych losach. Nie ma wielkich uczuć, namiętności, nie ma ani patosu ani szokującego naturalizmu. Tylko dzień za dniem tych, których dziesiątki mijasz na ulicy i nawet nie pomyślisz, by się za nimi obejrzeć, w najlepszym wypadku tylko muśniesz ich wzrokiem. Czy chcesz o nich czytać? Tak, jeśli opisała to Alice Munro, bo jej styl nadaje tej monotonnej codzienności głębszego wymiaru. Zobacz, mówi do czytelnika Munro, to tak mija nam życie. Jeżeli ktoś potrafi zakląć w literaturę piękną monotonię ludzkiej egzystencji, to jest to właśnie ta kanadyjska pisarka. I Nobel niech będzie jej za to!

niedziela, października 19, 2014

Sońka czyli jak pięknie i zaszczytnie przeczytać coś polskiego

Przyjechała rodzina a wraz z nią dostawa książek z Polski. Nie piszę: "polskich książek", bo to niezbyt precyzyjne sformułowanie i szczerze mówiąc, mogłoby sugerować wielki wybór czegoś godnego uwagi polskiego autorstwa. a z tym jest, jak jest, czyli różnie z tendencją na nie bardzo. Ale ale... Moja osobista perełka ostatnich miesięcy odkryta - Ignacy Karpowicz i jego Sońka. Fakt, że książka szeroko reklamowana, ale cóż to ostatecznie znaczy... Skromna objętościowo, książeczka w zasadzie, malutka taka na jeden dłuższy samotny i spokojny wieczór. Akurat takowy mi się trafił i już po Sońce.
Czy ktoś jest w stanie uwierzyć, że można jeszcze raz napisać o II. wojnie światowej, hitlerowskiej okupacji i zwykłych ludziach tamtych czasów i zrobić to na nowo, inaczej, ciekawie? Ja sama nie bardzo wierzyłam i tym bardziej miło dałam się zaskoczyć. Lubię takie małe - wielkie historie. 
I sam język Ignacego Karpowicza urzeka swoją poetycką stylistyką. Polskie serce rośnie w dumę. Jak to dobrze, że ktoś potrafi pisać literacką polszczyzną i nie trąci to ani myszką, ani internetowym chłamem. Cieszę się, że przeczytałam. A teraz trochę mi smutno i skamlę o jeszcze.

poniedziałek, września 15, 2014

Lektury Małej Mi: Radość tkwi w szczególe

Mała Mi jest w dalszym ciągu zafascynowana książkami. Oczywiście ta czytelnicza pasja ograniczona jest pewnymi rozwojowymi etapami. Na przykład tym, że obecnie najfajniej jest kontemplować książki razem kimś – czytaj: z mamą, tatą lub innymi ciociami i dziadkami, którzy się akuratnie napatoczą, generalnie więc razem z dorosłymi, bo inne dzieci postrzegane są póki co raczej jako konkurencja. Poza tym najfajniej według Małej Mi jest upodobać sobie na jakieś dwa do trzech tygodni jedną (z wielu) książek i wertować ją każdego dnia dziesiątki razy (z mamą etc.) Te dwa fakty połączone ze sobą sprawiają, że rodzic dla własnego zdrowia psychicznego oraz w trosce o prawidłowy rozwój umysłowy swojego dziecka szuka jakiejś czytelniczej alternatywy do standartowych książeczek. My znaleźliśmy ją w postaci tzw. Wimmelbuch. W tym szkopół, że ta niemiecka nazwa nie ma swojego polskiego odpowiednika. Znalazłam nawet kilka internetowych dyskusji na ten temat. 
Idea Wimmelbuch nie jest jednak zbyt skomplikowana. Jest to książka obrazkowa zwykle o dużym formacie, na papierze kartonowym, bez żadnego tekstu (to zaleta głównie dla rodzin wielojęzycznych), na której obrazkach wręcz roi się od tysiąca szczegółów. Na pierwszy rzut oka boli od tej mnogości głowa. Wydawałoby się, że dla dziecka też jest tego zbyt dużo i nie będzie mogło skupić ostatecznie na niczym uwagi. Doświadczenie (także własne) pokazuje jednak, że około 18-miesięczne dziecko jest właśnie taką formą literatury zafascynowane. Po pierwsze dlatego, że obrazki można bez końca opowiadać na nowo i jest to oczywiście rola asystującego dorosłego, więc dziecko cieszy się z poświęconej mu uwagi, po drugie, że ze względu na masę szczegółów żadnemu z nich szybko się to nie znudzi, a do tego można nauczyć (się) wielu nowych słów, co dla dziecka w tym wieku jest generalnie bardzo atrakcyjne, że już nie wspomnę o dumie rodziców. Dodatkowo można wybrać coś tematycznego, typu: pora roku, miasto, wieś, zwierzęta, w domu itp., czyli dopasować Wimmelbuch do aktualnych upodobań malucha. Ciekawe jest też Wimmelbuch wkomponowane w topografię konkretnej miejscowości. Mała Mi ma przykładowo taką węgierską böngésző (to właśnie węgierski odpowiednik Wimmelbuch) z kulisami Budapesztu.

Okazuje się, że nie tylko diabeł tkwi w szczególe i że szczegół to nie zawsze szczegół...

Ps. W praktyce typowe obrazki z Wimmelbuch* wyglądają jak poniżej:









* Wśród polskiego nazewnictwa pojawia się m.in. wyszukiwanka, ale jest to w zasadzie już pewna specyfikacja klasycznej formy Wimmelbuch, na której obrazkach dziecko ma wyszukać jakieś konkretne elementy.

czwartek, września 04, 2014

Mann. Klaus Mann

Syn, pierworodny zresztą, Thomasa Manna.

W zasadzie w tym zdaniu zawiera się cała prawda o jego życiu, źródło wszelakich blasków i cieni. Bycie synem Thomasa Manna oznaczało tak samo wymierne korzyści, jak i z założenia stracony przywilej niezależności tworzenia, być może nawet i istnienia w ogóle. Ta ambiwalencja od zawsze przekładała się na stosunki między ojcem i synem. Klaus podziwiał Thomasa, miał przed nim respekt (w prywatnych zapiskach nazywa ojca Czarodziejem) i pragnął mu nie tyle dorównać, co zyskać jego uznanie, przynajmniej jako pisarz. Jednocześnie obwiniał go za uczuciowy dystans, o to, że czuł się niekochany i odizolowany. Thomas w rzeczywistości wcale nie był obojętny wobec swojego syna, w jego pamiętnikach znaleźć można nawet zapiski w stylu tych z lata 1920 roku: Verliebt in Klaus dieser Tage (Aktualnie rozkochany w Klausie) lub: Klaus, zu dem ich mich neuerdings sehr hingezogen fühle (Klaus, do którego ostatnio odczuwam silny pociąg). W porównaniu z młodszymi swoimi dziećmi Thomas Mann faworyzował wręcz Klausa, podobnie jak faworyzował najstarszą wśród rodzeństwa Erikę i nie jest też tajemnicą, że pociąg, o którym wspomina pisarz miał charakter seksualny, albo, jak zwykło się raczej w jego wypadku pisać, erotyczny. W późniejszych latach wszelka krytyka, często jak najbardziej usprawiedliwiona, warsztatu literackiego syna tak bardzo różniącego się od jego własnego bolała go i w gruncie rzeczy Thomas wstydził się za Klausa, który pisał jak żył: pod wpływem chwili, niecierpliwie, bez planu i większych perspektyw.

Komm heim, wenn du elend bist (Wracaj do domu, gdy będzie ci źle) - miał kiedyś powiedzieć ojciec do Klausa i ten syn marnotrawny, do końca życia będący na utrzymaniu rodziców, morfinista (dokładniej rzecz ujmując uzależniony od narkotyków, bo Klaus nie stronił nawet od heroiny) i zadeklarowany homoseksualista (jakby znowu na przekór ojcu, który próbował zdusić własne preferencje seksualne i sprowadzał je do kwestii czysto estetycznej), co w tamtych czasach było nielegalne w świetle prawa, wracał często. Lizał rany a potem znów podążał własnymi drogami. W odróżnieniu od ukochanej siostry Eriki i brata Golo, nie miał zamiaru zostać sekretarzem w służbie sławnego ojca, poświęcić siebie na ołtarzu jego wielkiej przyćmiewającej wszystko inne (i wszystkich innych) kariery. Być może, aby ponownie  udowodnić coś ojcu, Klaus zaciągnął się w 1942 roku do amerykańskiej armii i rzeczywiście, Thomas, może poraz pierwszy w życiu wyraził się o tym kroku syna z niekłamanym respektem. Różniło ich wiele, między innymi zapatrywania polityczne na własny, porzucony już kraj. Klaus od początku widział w Trzeciej Rzeszy reżym, z którym nie można iść na żaden kompromis, podczas  kiedy rozchwiany psychicznie ojciec łudził się jeszcze, że uda mu się przetrwać w nim jako wielki niemiecki pisarz dystansując się zupełnie od życia politycznego. Czas pokazał, że to syn miał rację i ostatecznie sam ojciec podążył jego śladem.

Ale powróćmy jednak do literatury, która zajmowała Klausa w zasadzie od dzieciństwa, co zresztą ze względu na atmosferę rodzinnego domu nikogo nie dziwiło. Marcel Reich-Ranicki, podobnie jak wielu innych krytyków literackich i badaczy twórczości Klausa Manna podkreślają, że nie był on autorem wybitnym, jednak miał spore pojęcie o warsztacie literackim, co uwidacznia się w pisanych przez niego krytykach. Klaus czuł literaturę, potrafił bardzo trafnie ją ocenić, natomiast sam jakby nie zawsze umiał zastosować w praktyce własną wiedzę. Może brakowało mu talentu, co zarzucali mu zjadliwie ówcześni krytycy (przykładowo Kurt Tucholsky), może po prostu brakowało mu cierpliwości i zdyscyplinowania. A jednak jego spuścizna literacka obroniła się przed czasem i patyną zapomnienia, głównie Mephisto, od początku owiany nimbem skandalu, bo trudno tu mówić o powieści z kluczem, tak oczywiste jet przełożenie historii bohatera Hendrika Höfgena na losy aktora i dyrektora teatralnego Gustafa Grüngensa. Klaus Mann uparcie powtarzał, że przyświecała mu myśl napisania powieści typologicznej, napiętnującej amoralność karierowiczów bratających się z nieludzkim totalitaryzmem dla żądzy sławy i pieniędzy, ale od początku przypisywano mu najniższe pobudki zemsty i zawiści - Mephisto jako pamflet na byłego szwagra i kompana. Myślę, że Klaus do końca sam nie był w stanie przekonać własnego sumienia, że nie chce w Grüngensa jak najbardziej osobiście uderzyć swoją publikacją, z drugiej strony wręcz bezprzykładna kariera prowincjonalnego aktora, który stał się ikoną fascynowała Klausa. Czytając Mephisto wyraźna staje się mieszanka podziwu z antypatią. Właściwie w tym ujęciu Mephisto wiernie swojemu protoplaście autorstwa Goethego nie jest bynajmniej postacią sensu stricte negatywną.

Mephisto Klausa Manna i Mephisto Goethego uosabiają bardzo ludzką naturę z przypisanymi jej ułomnościami, stąd wcale nie wydają się być siłą nadprzyrodzoną. Klaus Mann piętnuje ale jednocześnie usprawiedliwia swojego bohatera jego ludzką naturą. Całość jest ostatecznie krytyczna w swojej wymowie, choć nie tylko wobec Höfgena, co względem całego konformistycznego i nierzadko skorumpowanego środowiska, w którym miał on możliwość zaistnieć. Zarzucano Klausowi Mannowi, że pod przykrywką beletrystyki napisał dość przeciętny i nieobiektywny reportaż. Sławny ojciec też nie miał zbyt wysokiego zdania o powieści syna, być może dlatego, że sam w zupełnie innym wymiarze zajął się motywem faustowskim (Doktor Faustus) i uważał, że Klaus podszedł do tematu zbyt lekko i niefrasobliwie, może bolała go urażona duma, że Klaus zamiast jego książki wnikliwie studiował prace jego najintymniejsego konkurenta; brata Heinricha (Poddany Heinricha Manna był dla Klausa podstawowym dziełem, z którego czerpał motyw układania się z władzą). Dziś, z perspektywy czasu Mephisto posiada jednak wartość uniwersalną i choć nie jest wielkim dziełem to jednak ciągle frapuje czytelnika swoją problematyką. Grüngens - Höfgen to już tylko postaci z przeszłości, tło dla powieści Klausa Manna. Ale w chwili, kiedy autor poraz kolejny - tym razem skutecznie -  pozbawiał się życia, Grüngensowi w powojennych Niemczech życie zawodowe znów stawało otworem, on sam zawierał przymierze z kolejnym już systemem politycznym, by ponownie stać sie ulubieńcem publiczności. W tym samym czasie dalsza egzystencja i twórczość Klausa Manna, emigranta, członka armii amerykańskiej, wydawcy literatury na uchodźctwie i głosu politycznego oporu w najlepszym wypadku stała pod znakiem zapytania. Do tego powieść Manna miała za jego życia nigdy nie zostać wydana, jeszcze długo później wyrokiem sądu publikacja Mephista została zabroniona, nomen omen w demokratycznych już Niemczech (zachodnich). Faktem jest, że nie dlatego Klaus odebrał sobie życie. Wiadomo, że już od wczesnej młodości kokietował z myślą o śmierci i samounicestwieniu. Fascynowała go ta możliwość, kilka razy próbował z niej zrobić użytek. Ten aspekt jego osobowości odbiera tragizmu nawet samobójczej śmierci Klausa Manna. I tak w świadomości potomności jego nazwisko pozostanie już tylko wątłym cieniem jasno świecącej gwiazdy ojca, Thomasa Manna.


Klaus Mann. Wszystkie trzy zdjęcia pochodzą z albumu
Thomas Mann. Ein Leben in Bildern pod redakcją Hansa Wyslinga i Yvonne Schmidlin.



Klaus Mann w Nowym Jorku



Erika Mann w scenicznym stroju pierrota, najbliższa wśród rodzeństwa Klausowi.
W młodości łączył ich przede wszystkim teatr.
Można spekulować, czy homoseksualizm Klausa nie przyczynił się do tego,
że darzył on bardzo silnym uczuciem swoją dość męską w wyglądzie siostrę.

piątek, sierpnia 08, 2014

Pretensjonalność orchidei

Zanim zabrałam się za pisanie tego, nie będę ukrywać, niezbyt pochlebnego posta, sprawdziłam, czy polskojęzycznemu czytelnikowi w ogóle grozi lektura Domu orchidei. No i proszę - jest tłumaczenie, więc już spokojnie mogę pisać ku przestrodze zbłąkanych czytelniczych dusz, zbyt niefrasobliwych klientów księgarni i chwilowo zbyt pełnych portfeli. Apeluję zwłaszcza do miękkich serc kobiecych - nie liczcie na lekturę romantyczną i porywającą, jak jedną z tych autorstwa sióstr Brontë. Ja też czytałam z potrzeby serca, żeby się trochę zemdlić jakimś romansem poza codziennością a doczytywałam z czystego niedowierzania, że coś takiego może zostać w ogóle wydane i to w całkiem przyzwoitym nakładzie.
Lucinda Riley - człowiek powinien nabrać już jakichś podejrzeń przy samym nazwisku pisarki, ale w końcu co ona za to może (mogłaby zmienić nazwisko). Niestety cała reszta jest tak samo pretensjonalna - jak z najbardziej dramatycznej fazy wczesnej  twórczości Andzi Shirley. Wszystko to okraszone różnymi takimi zwrotami akcji, że się trochę w głowie kręci i dla równowagi psychicznej trzeba sobie przerwy na normalność robić. Czasem trochę się ubawiłam, np. przy scenie, w której niegdyś ukochany mąż protagonistki wraca z zaświatów po wypadku, w którym przecież zginął, teraz okazuje się być prostakiem i w ogóle alkoholikiem, ale usilnie próbuje zdobyć na nowo serce swojej żony-wdowy nieoględnie namawiając ją do seksu oralnego, czyli posuwając jej głowę w okolice swojego krocza z romantycznym wyznaniem: Kochanie, przecież wiesz, jak bardzo to lubię. Hmm... Ale naszej Julii co innego chodzi po głowie i jeżeli w ogóle, to pochyliłaby się ku innemu mężczyźnie. Jest nim Kit (no to kit...). Swoją drogą scen łóżkowych, ba, nawet jakichś namiętniejszych pocałunków z Kitem brak. Niech się czytelniczki same cmokną, gdzie i z kim chcą. Już się nie czepiam rozmaitych nielogiczności tej porywającej historii. W ogóle sama sobie jestem winna. Następnym razem, jak mi się zachce czegoś romantycznego, to wrócę do klasyki gatunku. Na orchidee w moim domu jednak brakuje egzotyki.

poniedziałek, lipca 21, 2014

Kolej na coś lekkiego

Żeby mi się tak chciało, jak mi się jeść chce...  Niestety chęci i energia nijak się mają o mojego obecnego apetytu. Nawet z czytaniem jestem na bakier. Choć na swoje usprawiedliwienie mam ciągłe wyjazdy to tu - to tam. W zasadzie tylko przepakowuję walizki i znów w drogę. Sezon letnich urlopów trwa w najlepsze. Zastanawiam się, czy w przyszłym roku nie zorganizować się w myśl zasady: Raz a dobrze i wyjechać gdzieś na dłużej. Tymczasem jednak to gdzieś lecimy, to jedziemy samochodem, to koleją. Szczerze mówiąc tę ostatnią formę podróżowania lubię ostatnio najbardziej. Może dlatego, że jeździmy die Bahn.
Lubię niemiecką kolej z tym przyprawiającym o zawrót głowy gąszczem połączeń, z jej czystymi i wygodnymi pociągami. Lubię legitymować się swoją Bahn-kartą, cieszę się, że przynależę do wspólnoty podróżujących po trakcjach kolejowych. Niemcy strasznie narzekają na die Bahn. Wynika to pewnie z braku porównania, na przykład do PKP obrośniętych wszelakimi spółkami jak brodawkami. My Polacy wiemy najlepiej, co znaczy zatłoczony wagon albo opóźniony odjazd. Ale co tam Polska... W Indiach pociągi to dopiero żywioł z własną fauną i florą! Niemcy patrzą na die Bahn przez pryzmat swojego standartu i kręcą głową ze zdenerwowaniem, bo podchodzą do tematu jak zwykle profesjonalnie i bardzo poważnie. Przynajmniej z reguły a jak wiadomo, od każdej reguły istnieje wyjątek. Okazuje się, że nie brakuje Niemcom na kolei humoru, albo przynajmniej zdrowego dystansu. Właśnie wyszperałam w jakimś małym kiosku i kupiłam za przysłowiowego grosza książeczkę, w której autorzy Stephan Orth i Antje Blinda pozbierali najróżniejsze śmieszne i kuriozalne historie pasażerów die Bahn. Taka mało zobowiązująca lektura, można ją czytać na wyrywki lub wspak. Czytałam i śmiałam sie w głos, a rzadko mi się to zdarza. Historie bywają rozmaite.
Dla przykładu poniżej krótki wyjątek we własnym tłumaczeniu:

W ekspresie regionalnym z Marburga do Frankfurtu usłyszałem następujący komunikat:
”Szanowni państwo, tutaj mówi państwa Führer...” Cisza. Na to odzywa się jeden z pasażerów: "Przecież on nie żyje?!” Reszta komunikatu rozpłyneła się pośród gromkiego śmiechu.

niedziela, lipca 13, 2014

Lektury Małej Mi: Co czyta sfrustrowana mama

Obiecuję, że następnym razem będzie faktycznie o książkach, w których lubuje się Mała Mi, a wygląda na to, że rośnie nam kolejny mól (węg. moly) książkowy, więc jest o czym pisać, ale dziś coś ku pokrzepieniu nadwyrężonych serc rodzicielskich. 

Ile radości daje doświadczenie rodzicielstwa wie każdy, komu dane było wypróbować się w tej roli. Całe morze pozytywnych emocji, każdego dnia coś nowego, fascynującego. I tylko czasem jakby coś się nagle zacięło, zepsuło, pomieszało. Zamiast porannego uśmiechu dąsy, kopniaki podczas przewijania i tak niezbyt obiecująco rozpoczyna się całodobowy terror (albo będzie po myśli Twojego dziecka, albo będzie ciągły krzyk nie do wytrzymania). W takich chwilach zastanawiam się, czy zamiast chrztu nie zorganizować lepiej egzorcyzmów, a wieczorem po dniu pełnym płaczu, krzyku i nerwów mam poczucie jednej wielkiej macierzyńskiej porażki. Okazuje się, że na takie okazje też dobra jest książka, a konkretniej książka holenderskiego małżeństwa psychologów i antropologów Hetty van de Rijt oraz Fransa X. Plooij. Dla nikogo nie jest już tajemnicą, że zaopatruję się głównie na niemieckojęzycznym rynku wydawniczym a tutaj tytuł Oje, ich wachse! (Ojejku, rosnę! Niestety tytuł nie został przetłumaczony na język polski. Teoretycznie w naszych księgarniach wysyłkowych jest do zdobycia wersja angielska: The Wonder Weeks: How to Stimulate Your Baby's Mental Development and Help Him Turn His 10 Predictable, Great, Fussy Phases Into Magical) należy do klasyki literatury rodzicielskiej. Teraz już wiem dlaczego. To chyba jedyny taki poradnik, który nie wypomina, co robisz źle i nie poucza, jak robić to lepiej, lub w ogóle: dobrze, tylko w trudnych chwilach przemyca myśl genialnie prostą i kojącą: Twoje dziecko jest normalne! Spokojnie, to tylko faza i każdy musi przez nią przejść. W nagrodę: kolejny pułap rozwoju mentalnego osiągnięty. Sceptyczni? Uwierzcie, taka lektura fantastycznie koi rodzicielskie nerwy. Wcześniej wertując ten poradnik zastanawiałam się, po co komu całe stronnice cytatów z anonimowych rodziców opisujących dąsy i wszelkie inne przejawy niesubordynacji własnych dzieci od noworodka do dwulatka. Teraz, kiedy Mała Mi ma jeden z tych gorszych dni, czytam i ze zrozumieniem kiwam głową. I cieszę się, że inni wcale nie mają lepiej i pocieszam się, że ich dzieciom też minęło. Zamiast denerwować się minionym dniem, wyobrażan sobie, że moje dziecko ma za sobą kolejny skok mentalnego rozwoju, następnego dnia obudzi się mądrzejsze i bardziej rozeznane w logice otaczającego je świata. To jednak nie zalążek wrednego charakteru (Że też nazwałam własną córkę Małą Mi!), a tylko chwilowe przeciążenie rozwijającego się rozumu.

No, w górę serca, będzie dobrze!
Zresztą... na dobrą sprawę nigdy nie było inaczej.


Myślę, że dziecięca logika
jest tu jednak nieco inna:
Gryzę bo potrafię, a skoro coś potrafię,
dlaczego nie mam tego robić?


Ps. Czasem zamiast nowych horyzontów mentalnych w buzi Małej Mi pokazuje się po prostu nowy ząb i to też w zupełności wystarcza mi jako zadośćuczynienie za wcześniejsze perturbacje.

poniedziałek, czerwca 30, 2014

Flaki z olejem zamiast Czardasza z mangalicą a ja i tak kocham Węgry

Czekałam na najnowszą książkę Krzysztofa Vargi, jak czekam z radosnym podekscytowaniem na wszystko co ma związek z Węgrami. Tym większe było rozczarowanie. Mam nadzieję, że to ostatnia węgierska publikacja Vargi, bo poza tym, że tendencyjnia (Temat przewodni: kuchnia węgierska), to jeszcze karygodnie nudna. Po pierwszych kilku stronach, nie bardzo zresztą trzymających się kupy, pełnych powtórzeń i stylistycznych potknięć, zastanawiałam się, czy sam autor w ogóle zmusiłby się do takiej lektury. Z czasem jakoś wdrożyłam się w tę manierę a la Stasiuk (Tak tak, panów poza wydawniczym interesem łączy prywatna sympatia, co niestety K.V. na dobre nie wychodzi, bo namiętnie kopiuje styl naszego polskiego Jamesa Deana literatury. Andrzej Stasiuk jest zresztą z tym swoim turpistycznym umiłowaniem prowincji pisarzem ciekawym i oryginalnym, jednak wystarczy sam jeden we własnej osobie), ale z każdą kolejną stroną dewiacji kulinarnych wplecionych w opisy mało frapujacych węgierskich wojaży Vargi mdliło mnie coraz bardziej. Wiem, to mógł być także najzwyklejszy objaw ciąży, ale wyobraźcie sobie, że nasza półtoraroczna córka zwymiotowała właśnie na Czardasz z mangalicą, a nie zdarzyło jej się podobnie potraktować do tej pory żadnej innej książki!

Czardaszowi z mangalicą zupełnie brakuje tego, czym ujął mnie Gulasz z turula: błyskotliwej pointy, czasem wrednego ale jednak humoru, lekkości pióra. Rozumiem, że Węgrzy to nie Francuzi, ale wierzcie mi, kto sam jeszcze nie miał okazji się przekonać, że i w dolinie Karpat zjeść można dobrze i wspominać to bez gastrycznych lęków. Poza tym jest tyle ciekawych miejsc, pięknych szlaków, urokliwych zakątków, które aż proszą się, by je odkryć. Tymczasem Varga w swojej książce odgrzewa wciąż tą samą skisłą zupę - jak nie Trianon to węgierska hucpa. Sprawiedliwie trzeba mu oddać, że odcina się od tego opis Wielkiej Niziny, czyli węgierskiej Alföld. Tym razem można poczytać coś nowego, ciekawego i mam wrażenie, że sam autor jest tutaj w swoim pisaniu o wiele bardziej entuzjastyczny.
Reasumując, nie czytajcie jednak tego co ma do napisania o Węgrzech Krzysztof Varga, zamiast tego  zaopatrzeni w ducha odkrywcy pojedźcie tam sami!
Na zachętę kilka zdjęć z prywatnych zbiorów.



Taką wiosenną impresję uwieczniłam podczas spaceru po wzgórzach Budy i sąsiedniego miasteczka Budaörs.



Żniwa...



Balaton. Kto nie jest Węgrem pewnie nigdy nie pojmie, ale oni kochają to swoje węgierskie quasi morze i lato bez Balatonu nie jest latem a urlop urlopem.



Tak kiedyś mieszkałam. W typowej kamienicy peszteńskiego śródmiasta.



Körtös kalács, najlepszy zminą, ale smakuje zawsze i wszędzie.



Droga na wzgórze wyszechradzkie.



Budapeszt



Najlepsze miejsce na prawdziwie węgierskie zakupy.



Moja ukochana secesyjna ruina na Matyasföld



Z zimowego spaceru po Cytadeli



Szőrke marha jeszcze w wersji na żywo



Ok, Węgrzy kochają, cierpią i żyją swoją historią, ale czasem obiawia się to zupełnie niegroźnie.