Dziś będzie o biografii Kapuścińskiego autorstwa Artura Domosławskiego. Niestety… Niestety ta lektura także musiała się kiedyś skończyć jak i samo życie jej bohatera i tym sposobem zaczynamy od pretensji, że Kapuścińskiemu nie dane było pożyć dłużej, napisać więcej – na przykład o Idim Aminie albo o Bronisławie Malinowskim a Domosławski nie poświęcił tej książce jeszcze kilku miesięcy, nie podążył jeszcze kilkoma tropami. To naturalnie opinia czytelnika egoisty, awanturnika, który po prostu chce więcej niż przewiduje to pojemność lektury, nieugięta arytmetyka stron. Ale bądźmy poważni: Artur Domosławski pozostał wierny ideii przyświecającej temu reportersko-pisarskiemu przedsięwzięciu: nie beatyfikować, ale też nie starać się za wszelką cenę znaleźć dziurę w całym na potrzebę taniej sensacji, mimo niezaprzeczalnie osobistego stosunku do Ryszarda Kapuścińskiego zdobyć się na pewien dystans bez którego ta biografia nie byłaby tak uczciwa w swojej kompozycji. Udało się, naprawdę. I to w Polsce, która podzielona jest na zaślepionych wyznawców (czego lub kogokolwiek) nie znoszących jakichkolwiek polemiki i cyników wszędzie węszących spiski, zdrajców, siepaczy ślepą lustracją. Te podziały społeczne, wręcz ideologiczne objawiły się w całej krasie przy okazji wydania Kapuściński non-fiction. Bo podczas kiedy jedni oburzali się, że Domosławski w swej amoralności wyczyści szafy Kapuścińskiego z prywatnych trupów i strąci Mistrza z piedestału autorytetu, drudzy już węszyli pean na cześć kolegi (nie tylko po fachu), mający odwrócić uwagę od rewelacjami w sprawie teczki Kapuścińskiego. A jedni i drudzy z zawiścią sąsiada zza miedzy dopatrywali się w całym przedsięwzięciu finansowego interesu na ledwo co ostygłym trupie. Prawda powinna zamknąć usta jednym i drugim: Domosławski w swych prywatnych komentarzach i osądach jest niezwykle wyważony, zawsze szuka rewersu, tej drugiej strony medalu, nie ucieka nawet od polemizowania ze samym sobą, dobitnie daje do zrozumienia, że jego wcześniejsza wiadza o osobie Ryszarda Kapuścińskiego nawet nie rości sobie praw do bycia podstawą tej biografii. Teraz zadanie należy do czytelnika: czy zasiądzie do lektury „z czystą głową” czy podda się już tej zupełnie już medialnej przekrzykiwance, zajmując z góry ustalone stanowisko i próbując „zdemaskować” Domosławskigo bawiąc się choćby i najmniejszymi słówkami, wszystko to wcisnąć w szufladki własnej percepcji. Co ciekawe - opinia czytelników, ergo takich, którzy najpierw przeczytają, a dopiero potem wydają osąd, dalekie są od pokrzykiwań i przytupów wszystkich tych celebrytów, czyli ludzi, którzy z różnych i czasem wręcz niezrozumiałych powodów istnieją w świadomości publicznej, a którym ten stan miesza się z statusem autorytetu. Prawda jest taka, że Domosławski nie goni za sensacją, próbuje za to zrozumieć, dowiedzieć się tego, o co nie spytał samego Kapuścińskiego. To także bardzo dobrze nakreślona panorama czasów, na które przypadło życie Kapuścińskiego. Jak sam Domosławski stwierdza w rozmowie z Teresą Torańską, jego książka to opowieść o Człowieku (myślę, że Domosławskiemu chodzi właśnie o Człowieka, nie o człowieka) na tle historii i bez tego szkicu tła ta biografia nie byłaby zrozumiała, tzn. nie miałaby konkretnego umocowania w realiach. Krytycy zarzucają autorowi, że za wszelką cenę prubuję się czegoś doszukać, czyli zarzucają mu, że nie poprzestał na Kapuścińskim, jakiego znamy i wielbimy. Ale w takiej sytuacji wystarczyłoby zredagować artykuł w Wikipedii i po kłopocie. Domosławskiemu przy okazji obrywa się już za samego Kapuścińskiego, za to co nie mieści się w pojęciu wyidealizowanego Reportera XX. wieku. Tylko po co w takim razie pisać i czytać biografie? Warsztatowi Domosławskiego nie można zarzucić niczego, czym sprzeniewieżyłby się pisarstwu biograficznemu. Za to pochwalić można za koncepcję, za ten szeroki horyzont, o który wzbogaca czytającego roztrząsając kwestie ideii dziennikarstwa reporterskiego, rozprawiając się z ahistorycznym podejściem do wydarzeń i osób w nich zanurzonych, unauoczniając jak upływ czasu wpisuje się w ideologiczne przemiany.
Rola reportera jako suwerennego źródła przekazywanych informacji jest niewątpliwie ciekawym aspektem książki Domosławskiego, abstrahując już od tego co i jak pisał sam Kapuściński. Przy tym nie chodzi o moralistyczną ocenę a jedynie o pewnien uniwersalny normatywizm gatunku reportażu. Gdzie przebiega ta granica między faktem a fikcją w reportażu literackim? Czy Kapuściński mieści się w tych ramach i czy ma to jakieś znaczenie dla wartości jego książek? Swoją drogą, w „mojej” aktualnie odwiedzanej bibliotece książki Kapuścińskiego – nomen omen – z sygnaturą „Kapu” znajdują się w dziale historycznym, względnie w zbiorach z literaturą polską i myślę, że to właśnie sygnalizuje konieczność i słuszność rozważań Artura Domosławskiego. To nie przypadek, że Kapuściński podróżuje z Herodotem – jakby historycznym alterego reportera i podróżnika Kapuścińskiego – to samo balansowanie na pograniczu literackiej narracji i opisywanych wydarzeń, a co ważniejsze – te same zarzuty wobec autora… Jakby Kapuściński pytał retorycznie w obronie swego protoplasty i siebie samego: Czy to umniejsza jego wielkość i znaczenie jego spuścizny? Podobnie ma się rzecz z tytułem „tłumacza kultur”. Kapuściński świadom jest, że nigydy nie był a przede wszystkim nie chciał być obiektywny, za to chciał – początkowo Polsce a potem śwatu przetłumaczyć na kartce papieru to czego doznał, co sam przeżył, tak by daty i liczby zamienić na odczucia uruchamiajáce ludzkie reakcje, nie pozostawiające obojętnymi. Kto kiedykolwiek tłumaczył, czy to na użytek własny, czy szerszej publiczności – wie, że czasem nie da się słowo w słowo, jeśli ma być z sensem i oddawać ducha orygiału, więc tłumacz chcąc nie chcąc staje się współtwórcą przekazu, który przekłada.
Takich książek jak Kapuściński non-fiction nie ukazuje się w Polsce wiele i tym bardziej warto docenić wkład Artura Domosławskiego w ożywienie polskiego rynku wydawniczego. Jeżeli ktoś twierdzi, że po tej lekturze stracił sympatię do twórczości Kapuścińskiego, to albo biografii naprawdę nie przeczytał (moje ulubione uzasadnienia krytyki to „bycie w trakcie czytania”, „przekartkowanie” albo „pewne źródła”), albo też zbyt wielkim fanem Kapuścińskiego nigdy nie był i taki ubytek niewielką stanowi stratę w szeregach wielbicieli twórczości Kapu. W rzeczywistości można wychować się na Kapuścińskim od wręcz przygodowej lektury Hebanu na wakacjach (prawdziwa frajda między dosyć tendencyjnymi lekturami obowiązkowymi na następny rok szkolny…), cenić jako autora i jednocześnie z czystym sumieniem pochwalić Artura Domosławskiego za kawał – bo przeszło 500 stron dobrej roboty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz