niedziela, maja 22, 2011

Magia

Za dziesięć minut 23. maja... czyli te wersy to właściwie, używając określenia pewnego pana – nocnik. Za dużo myśli w mojej głowie i wszystkie jakby naraz domagają się, żeby coś z nimi zrobić. To pewnie rachunek za zupełnie beztroski weekend. Dużo pięknych krajobrazów przemieszanych z kiczem turystycznego przemysłu – oczywiście wszystko sielankowo lokalnie i po europejskich cenach. W czytaniu nadal biografia Kapuścińskiego naprzemiennie z Budapest, nőváros Zoltána Kőrösi’ego. To coś więcej, niż lektura, to jakby powrót tam, to wpijanie się każdym zmysłem w słowa, te fantastyczne węgierskie melodyjne zdania. Mogłabym tu poprzepisywać całe ustępy, ale teraz tylko mała próbka:

Egy hosszú, nagyon hosszú nap, bezárva az ablakok és az ajtó is, a redőny félig leeresztve, és csak a csönd, ahol nincsenek, nem is lehetnek szavak, nincsenek semmiféle szavak.

Magia! Próbuję zmierzyć się z nią, przełożyć. Wychodzi zawsze nie tak, jak czuję, że powinno: „Pewien długi, bardzo długi dzień, zamknięte okna i drzwi też zamknięte, żaluzje opuszczone do połowy i tylko cisza tam, gdzie nie ma, nie mogłyby istnieć słowa, brak jest jakichkolwiek słów.” Może to tylko moja nieudolność a może świadomość specyfiki tego języka, który jest mi tak samo bliski jak wciąż jeszcze obcy. Węgierski z tym swoim słowotwórczym bogactwem jest zupełnie niepojętym połączeniem precyzji z melancholijnym, jakby niedbałym elementem narracji. A Kőrösi potrafi jak nikt oddać słowami klimat Budapesztu – tej kwintesencji węgierskich blasków i cieni. Czytam i już po chwili myśli uciekają same bo podjeżdża szóstka i w drodze na Moricz Zsigmond Körtér przyglądam się temu panoptikum Nagykörút, jakbym to wszystko widziała poraz pierwszy. Gdyby tak przetłumaczyć tę książkę ludziom, którzy szukają prawdziwego poradnika podróżniczego po Budapeszcie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz