czwartek, maja 12, 2011
Czekając na przełom
Po weselnym weekendzie w W. Mój mąż nadal w pracy. To już chyba dwunasta godzina, zresztą można się przyzwyczaić i nawet nie pytać, czy to jeszcze normalne. Samotność dzielę z butelką tutejszego badeńskiego wina i oczywiście z… książką. Tym razem nadrabiam ubytki z lektury polskiej –biografia Kapuścińskiego. Choć miało być nie o tym, za to też o książce: Moniki Maron, nie, nie tej najnowszej, którą już też mam dzięki M. w domowej bibliotece. Tym razem ma być o Endmoränen. W tym momencie powinnam przejść na niemiecki, pisać o tej jakby somnanbulicznej narracji w języku, w którym została powołana do życia. To fascynująca opwieść o tym, co się nie wydarzyło i nigdy się nie wydarzy – o czekaniu na przełom w naszym życiu, a przynajmniej w życiu bohaterki, na to coś co nagle wszystko zmieni. To coś, czego nie ma, co nie istnieje poza człowiekiem. TO miało być tożsame z upadkiem NRD, a okazało się, że w zasadzie zupełnie bez związku. Że odpowiedzialność za życie ciągle należy przede wszystkim do samego człowieka i do niego należy także nim kierowanie. Pesymizm? Raczej wsłuchanie się w siebie w akompaniamencie muzyki Johna Dowlanda. I ten fantastyczny koniec, wyzwolenie, powrót. Może mnie też się udzieli. Erkenntnis. Wagnis.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz