niedziela, stycznia 19, 2014

Lektury Małej Mi: Czytanie improwizowane

Na podstawie własnego niemal dziewięciomiesięcznego doświadczenia rodzicielskiego stwierdzam, że codzienność z niemowlakiem to jakieś niesłychane połączenie skrajnej rutyny z nieprzewidywalnością wręcz zmuszającą do kreatywnych rozwiązań. Przykład? A choćby i najbanalniejszy - co do minuty zaplanowany wyjazd do tzw. miasta, czyli centrum, po to, żeby się wyrwać, zobaczyć, co tam w ciuchowych sklepach na wieszakach, słowem wyjazd po nic konkretnego, ale cieszysz sie na niego od tygodnia. Zaplanowany, bo trzeba się wstrzelić między pory brunchowo-lunchowe dziecka, poruszać możliwie w pobliżu przewijaka a do tego mieć pod uwagą zmienne jak pogoda i nastrój - nie koniecznie własny... Tymczasem po wysiadce z metra okazuje się, że windy strajkują, podobnie jak schody ruchome. Nie rusza się dosłownie nic. Dosłownie, bo inni pasażerowie przezornie też już pouciekali, a niech im Bóg w potomstwie wynagrodzi, żeby wiedzieli jak to jest poruszać się o wózku dziecięcym... I co wtedy? Ja pojechałam przystanek dalej - tam swoją drogą winda też była zepsuta, więc pojechałam na następny... Zafundowałam w ten sposób sobie i dziecku długi spacer po najgłośniejszych ulicach miasta. Za to moja znajoma I. w podobnej sytuacji zaimprowizowała, złapała nieco wystraszoną seniorkę, która była na tyle powolna, że uciec nie zdołała, dała jej dzieciaka do potrzymania i wtachała ten nieszczęsny wózek trzy kondygnacje schodów wyżej. Starsza pani specjalnie protestować nie zdążyła, upewniła się tylko - Ale pani na pewno wróci?... - I. przyznała mi się potem, że przez pół sekundy męczyła ją pokusa, żeby wykorzystać tę niepowtarzalną szansę i naprawdę uciec... Ale wewnętrzny nakaz matczyny zwycieżył. Zasapana i spocona, jednak przyszła po córkę.. 

Tak mi się przypomniała ta historia przy okazji dzisiejszego wpisu o improwizowanym czytaniu dziecku, które - tzn. dziecko - zacięcie czytelnicze ma ogromne, przy czym demonstruje się ono głównie tym, by książkę wymiętolić, oblizać, pogryźć i podrzeć. Powiedzmy sobie szczerze, że w tej sytuacji czytanie tekstu, który jakikolwiek autor napisał, jest dość karkołomnym i zwykle beznadziejnym wysiłkiem. 

I tak oto narodziła się idea bajkowego slamu, czyli nie-zupełnie-czytania historyjek inspirowanych obrazkami, wymyślonych tu i teraz na potrzeby chwili. Liczy się przy tym sztuka prezentacji na żywo dla skrajnie wymagającej publiczności. Najlepiej nadają się na materiał do slamownia kartonowe książki o dość dużym formacie, możliwie odporne na ślinę i inne soki trawienne maluchów. Ważne, żeby były kolorowe, z obrazkami poruszającymi fantazję największych nawet mugoli i miały niekoniecznie aspiracje tekstowe, bo zwykle bardziej to ogranicza, niż uskrzydla dorosłą, lekko już zwapniałą wyobraźnię. 

Mała Mi posiada w swojej bibliteczce jedną taką szczególnie nadającą sie do slamowania książeczkę. Progrmowo testujemy za jej pomocą wyobraźnię i krasomówstwo wszelkich odwiedzających nas cioć, wujków i przyjaciół rodziny. W takich chwilach chętnie się przysiadam, przysłuchuję wymyślonej historii i nadziwić nie mogę, że ja z tych samych obrazków sklecam zupełnie, ale to zupełnie inną bajkę. Czasem z tego slamowania wychodzą opowieści niesamowite, krwiste (ciocia L.), fantazyjne jak z innej planety (wujek I.), szokujące itd. Teraz żałuję, że co niektórych nie uwieczniłam. Ale może w bajkowym slamowaniu najpiękniejsza jest właśnie ta czysta bezinteresowność - L’art pour l’art

Niech żyje wolne bajanie!

Nasz faworyt do czytania improwizowanego.

Ps. Swoją drogą tytuł Oh, la, la, was ist denn da? ma nieco alternatywną kontynuację... Jej akcja traktuje, jak nie trudno się domyślić patrząc na okładkową iustrację, o puszczaniu bączków...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz