Na podstawie własnego niemal dziewięciomiesięcznego doświadczenia rodzicielskiego stwierdzam, że codzienność z niemowlakiem to jakieś niesłychane połączenie skrajnej rutyny z nieprzewidywalnością wręcz zmuszającą do kreatywnych rozwiązań. Przykład? A choćby i najbanalniejszy - co do minuty zaplanowany wyjazd do tzw. miasta, czyli centrum, po to, żeby się wyrwać, zobaczyć, co tam w ciuchowych sklepach na wieszakach, słowem wyjazd po nic konkretnego, ale cieszysz sie na niego od tygodnia. Zaplanowany, bo trzeba się wstrzelić między pory brunchowo-lunchowe dziecka, poruszać możliwie w pobliżu przewijaka a do tego mieć pod uwagą zmienne jak pogoda i nastrój - nie koniecznie własny... Tymczasem po wysiadce z metra okazuje się, że windy strajkują, podobnie jak schody ruchome. Nie rusza się dosłownie nic. Dosłownie, bo inni pasażerowie przezornie też już pouciekali, a niech im Bóg w potomstwie wynagrodzi, żeby wiedzieli jak to jest poruszać się o wózku dziecięcym... I co wtedy? Ja pojechałam przystanek dalej - tam swoją drogą winda też była zepsuta, więc pojechałam na następny... Zafundowałam w ten sposób sobie i dziecku długi spacer po najgłośniejszych ulicach miasta. Za to moja znajoma I. w podobnej sytuacji zaimprowizowała, złapała nieco wystraszoną seniorkę, która była na tyle powolna, że uciec nie zdołała, dała jej dzieciaka do potrzymania i wtachała ten nieszczęsny wózek trzy kondygnacje schodów wyżej. Starsza pani specjalnie protestować nie zdążyła, upewniła się tylko - Ale pani na pewno wróci?... - I. przyznała mi się potem, że przez pół sekundy męczyła ją pokusa, żeby wykorzystać tę niepowtarzalną szansę i naprawdę uciec... Ale wewnętrzny nakaz matczyny zwycieżył. Zasapana i spocona, jednak przyszła po córkę..
Tak mi się przypomniała ta historia przy okazji dzisiejszego wpisu o improwizowanym czytaniu dziecku, które - tzn. dziecko - zacięcie czytelnicze ma ogromne, przy czym demonstruje się ono głównie tym, by książkę wymiętolić, oblizać, pogryźć i podrzeć. Powiedzmy sobie szczerze, że w tej sytuacji czytanie tekstu, który jakikolwiek autor napisał, jest dość karkołomnym i zwykle beznadziejnym wysiłkiem.
I tak oto narodziła się idea bajkowego slamu, czyli nie-zupełnie-czytania historyjek inspirowanych obrazkami, wymyślonych tu i teraz na potrzeby chwili. Liczy się przy tym sztuka prezentacji na żywo dla skrajnie wymagającej publiczności. Najlepiej nadają się na materiał do slamownia kartonowe książki o dość dużym formacie, możliwie odporne na ślinę i inne soki trawienne maluchów. Ważne, żeby były kolorowe, z obrazkami poruszającymi fantazję największych nawet mugoli i miały niekoniecznie aspiracje tekstowe, bo zwykle bardziej to ogranicza, niż uskrzydla dorosłą, lekko już zwapniałą wyobraźnię.
Mała Mi posiada w swojej bibliteczce jedną taką szczególnie nadającą sie do slamowania książeczkę. Progrmowo testujemy za jej pomocą wyobraźnię i krasomówstwo wszelkich odwiedzających nas cioć, wujków i przyjaciół rodziny. W takich chwilach chętnie się przysiadam, przysłuchuję wymyślonej historii i nadziwić nie mogę, że ja z tych samych obrazków sklecam zupełnie, ale to zupełnie inną bajkę. Czasem z tego slamowania wychodzą opowieści niesamowite, krwiste (ciocia L.), fantazyjne jak z innej planety (wujek I.), szokujące itd. Teraz żałuję, że co niektórych nie uwieczniłam. Ale może w bajkowym slamowaniu najpiękniejsza jest właśnie ta czysta bezinteresowność - L’art pour l’art
Niech żyje wolne bajanie!
![]() |
| Nasz faworyt do czytania improwizowanego. |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz