Być może moją ostatnią lekturę od zapomnienia uchroni wyobrażalnie najdziwaczniejszy powód, dla którego została zakupiona. Statystycznie przy wyborze książki najczęściej sugerujemy się radą znajomych, przyjaciół itd. Szkopół w tym, że aktywnych czytelników jest wśród nas jakby coraz mniej, więc i reklama mniej skuteczna. Czasem na pomoc przyjdzie recenzja w magazynie czy radiu. Wierzę, że nie tylko mnie zdarzyło się też wybrać "po okładce" coś interesująco, ładnie wydanego, z niebanalnym tytułem. Tymczasem do wydania kwoty 8,99 euro tym razem nie skłoniło mnie nic podobnego, a kolizja następujących zbiegów okoliczności: zdecydowanie węgierskie nazwisko autorki Pásztor, fakt, że urodziła się ona w Soltau, zaś z wyboru zamieszkała w Berlinie. Jeśli dodam, że główna bohaterka książki, o której mowa, na imię ma Mila i polskie korzenie zupełnie przy okazji... bardziej wtajemniczeni pokiwają smutno głową nad moją chorobliwą próbą doszukania się w tym wszystkim perspektywy jakiegoś czytelniczego oświecenia.
Ale powiedzmy sobie szczerze, że nie ma co spodziewać się zbyt wiele po tytule: Die einen sagen Liebe, die anderen sagen nichts (czyli w wolnym tłumaczeniu Niektórzy mówią miłość, inni nie mówią nic), więc ta dobroduszna sympatia dla niewiele znaczących biograficznych faktów z życia pani Susann Pásztor musiała wynagrodzić mi wszystko inne. Akcja książki zaczyna się od weekendowego seminarium medytacyjnego bohaterki Milii, do tego spędzonego w milczeniu i ta namiastka podniosłego klimatu (tutaj po prostu musi wybrzmieć niemiecki termin erhaben) wystarczyła, by książkę zabrać na mój własny weekend spędzony w murach niegdysiejszego klasztoru zagubionego w lasach, w celi przerobionej na pokój hotelowy, kiedy telefon komórkowy został ceremonialnie wyłączony bo i zasięg marny. Czas na odpoczynek i duchowe wyciszenie w obliczu moich okrągłych urodzin. Taki drastyczny moment świadomości, w którym człowiek konfrontowany jest z myślą, że to już najwyższy moment naprawdę korzystać z życia, a jednocześnie, że trzeba przejąć odpowiedzialność i z godnością znosić to, co niczym skamieliny nawarstwia w życiorysie czas. Więc dwa dni klasztornego wyciszenia i jakoś mi to książkowe seminarium medytacyjne w milczeniu podpasowało. Ostatecznie sprawa okazała się zupełnie bez związku i nie tylko dlatego, że kamienną posadzkę naszej celi pokrywał parkiet, który nawet pod stopami elfa czyli definitywnie nie moimi mutował w źródło nieposkromionego trzeszczenia i skrzypienia, dodatkowo potęgowanego przez wysokie sklepienie pomieszczenia... Poza tym nasza własna Mila zamiast kontemplowania ciszy rozpoczynała dzień skoro świt radosnymi kwikami i potrząsaniem najgłośniejszych swoich zabaweczek (tutaj przypominam o wysokim sklepieniu pomieszczenia...).
Zresztą ostatecznie milczący weekend naszej bohaterki szybko się skończył, a ja przebrnęłam przez te pierwsze, rozczarowujące strony książki tylko dzięki brakowi jakiejś czytelniczej alternatywy w miejscu naszego pobytu. Bo to takie typowe - kolejna historia kobiety dojrzałej ale dziecinnej, samodzielnej i wyemancypowanej ale zahukanej i powiązanej pępowiną zależności z conajmniej tuzinem ludzi, wyszczekanej ale jednocześnie nieśmiałej - wszystko to właśnie takie nijakie: oryginalne ale sztampowe, ciekawe ale nudne. Znam całe multum takich tytułów, zwłaszcza niemieckich autorek (to musi być w moim przeświadczeniu jednak jakaś scheda obyczajowo-kulturowa po Alice Schwarzer).
Po tym względnie obiecującym początku zrobiło się jednak trochę lepiej i zanim się obejrzałam całkiem się rozlubowałam w romantycznym tj. romamsowym wątku opowiastki Susann Pásztor. A samo zakończenie odbiega od standardów moich ulubionych romansideł, tzn. nie kończy się trupem (niestety alternatywą dla śmierci bywa w historiach miłosnych zwykle kicz) ale pozwala jeszcze trochę pofantazjować, co by było gdyby...
Tymczasem po moim klasztornym weekendzie pozostało sporo miłych wspomnień, chociaż nieco innej natury, niż u bohaterki Susann Pásztor. Poniżej znajdziecie kilka impresji:







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz