wtorek, lipca 23, 2013

Niektórzy coś tam czytają

Być może moją ostatnią lekturę od zapomnienia uchroni wyobrażalnie najdziwaczniejszy powód, dla którego została zakupiona. Statystycznie przy wyborze książki najczęściej sugerujemy się radą znajomych, przyjaciół itd. Szkopół w tym, że aktywnych czytelników jest wśród nas jakby coraz mniej, więc i reklama mniej skuteczna. Czasem na pomoc przyjdzie recenzja w magazynie czy radiu. Wierzę, że nie tylko mnie zdarzyło się też wybrać "po okładce" coś interesująco, ładnie wydanego, z niebanalnym tytułem. Tymczasem do wydania kwoty 8,99 euro tym razem nie skłoniło mnie nic podobnego, a kolizja następujących zbiegów okoliczności: zdecydowanie węgierskie nazwisko autorki Pásztor, fakt, że urodziła się ona w Soltau, zaś z wyboru zamieszkała w Berlinie. Jeśli dodam, że główna bohaterka książki, o której mowa, na imię ma Mila i polskie korzenie zupełnie przy okazji... bardziej wtajemniczeni pokiwają smutno głową nad moją chorobliwą próbą doszukania się w tym wszystkim perspektywy jakiegoś czytelniczego oświecenia.
Ale powiedzmy sobie szczerze, że nie ma co spodziewać się zbyt wiele po tytule: Die einen sagen Liebe, die anderen sagen nichts (czyli w wolnym tłumaczeniu Niektórzy mówią miłość, inni nie mówią nic), więc ta dobroduszna sympatia dla niewiele znaczących biograficznych faktów z życia pani Susann Pásztor musiała wynagrodzić mi wszystko inne. Akcja książki zaczyna się od weekendowego seminarium medytacyjnego bohaterki Milii, do tego spędzonego w milczeniu i ta namiastka podniosłego klimatu (tutaj po prostu musi wybrzmieć niemiecki termin erhaben) wystarczyła, by książkę zabrać na mój własny weekend spędzony w murach niegdysiejszego klasztoru zagubionego w lasach, w celi przerobionej na pokój hotelowy, kiedy telefon komórkowy został ceremonialnie wyłączony bo i zasięg marny. Czas na odpoczynek i duchowe wyciszenie w obliczu moich okrągłych urodzin. Taki drastyczny moment świadomości, w którym człowiek konfrontowany jest z myślą, że to już najwyższy moment naprawdę korzystać z życia, a jednocześnie, że trzeba przejąć odpowiedzialność i z godnością znosić to, co niczym skamieliny nawarstwia w życiorysie czas. Więc dwa dni klasztornego wyciszenia i jakoś mi to książkowe seminarium medytacyjne w milczeniu podpasowało. Ostatecznie sprawa okazała się zupełnie bez związku i nie tylko dlatego, że kamienną posadzkę naszej celi pokrywał parkiet, który nawet pod stopami elfa czyli definitywnie nie moimi mutował w źródło nieposkromionego trzeszczenia i skrzypienia, dodatkowo potęgowanego przez wysokie sklepienie pomieszczenia... Poza tym nasza własna Mila zamiast kontemplowania ciszy rozpoczynała dzień skoro świt radosnymi kwikami i potrząsaniem najgłośniejszych swoich zabaweczek (tutaj przypominam o wysokim sklepieniu pomieszczenia...).
Zresztą ostatecznie milczący weekend naszej bohaterki szybko się skończył, a ja przebrnęłam przez te pierwsze, rozczarowujące strony książki tylko dzięki brakowi jakiejś czytelniczej alternatywy w miejscu naszego pobytu. Bo to takie typowe - kolejna historia kobiety dojrzałej ale dziecinnej, samodzielnej i wyemancypowanej ale zahukanej i powiązanej pępowiną zależności z conajmniej tuzinem ludzi, wyszczekanej ale jednocześnie nieśmiałej - wszystko to właśnie takie nijakie: oryginalne ale sztampowe, ciekawe ale nudne. Znam całe multum takich tytułów, zwłaszcza niemieckich autorek (to musi być w moim przeświadczeniu jednak jakaś scheda obyczajowo-kulturowa po Alice Schwarzer).
Po tym względnie obiecującym początku zrobiło się jednak trochę lepiej i zanim się obejrzałam całkiem się rozlubowałam w romantycznym tj. romamsowym wątku opowiastki Susann Pásztor. A samo zakończenie odbiega od standardów moich ulubionych romansideł, tzn. nie kończy się trupem (niestety alternatywą dla śmierci bywa w historiach miłosnych zwykle kicz) ale pozwala jeszcze trochę pofantazjować, co by było gdyby...
Tymczasem po moim klasztornym weekendzie pozostało sporo miłych wspomnień, chociaż nieco innej natury, niż u bohaterki Susann Pásztor. Poniżej znajdziecie kilka impresji:










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz