piątek, maja 17, 2013

Pierwsze spotkania z książką czyli inauguarcyjny post z serii Lektury Małej Mi

Czas na pierwszego posta z zaanonsowanej ostatnio serii o literaturze dziecięcej. Recenzentami w tej materii będą przede wszystkim Mała Mi, czyli nasza córka oraz asekuracyjnie my, czyli rodzice Małej Mi. Pisałam już, że w gruncie rzeczy przygoda z książką dla dziecka z powodzeniem rozpocząć może się w wieku prenatalnym. Po pierwszych tygodniach rodzicielstwa czas na konkluzję, że czytanie na głos noworodkowi to prawie wyłącznie czytanie do snu i to praktycznie 24 godziny na dobę. 

Tym razem do napisania o trochę innym wymiarze książki dla maluszków zainspirowały mnie pewne prezenty urodzinowe Małej Mi. Poniżej trzy przykłady, a zarazem pomysły na pierwsze czytelnicze doświadczenia niemowlaka.

I. Moja pierwsza książka
Moja - znaczy wyjątkowa bo drugiej takiej nie ma nikt. Przykład takiej książeczki to prezent od cioci I. Rękodzieło z wyszywanymi obrazkami. Patchworkowa książka to zarazem maskotka i szmatka w jednym. Taką lekturę w razie potrzeby można wpakować do buzi albo potraktować jako poduszkę. Inspirująca także dla rodziców, których zadaniem będzie połączenie obrazków w spójną interesującą historię. Praktyczna bo do wyprania, estetycznie niepowtarzalna - jedyna taka pamiątka z czasów, kiedy książki z powodzeniem obywały się bez papieru za to dziecko nie powinno obyć się bez książki.

 


 II. Czytać wszystkimi zmysłami
Ten interaktywny pomysł na książkę dla niemowlaka jest chyba najbardziej rozpowszechniony. Za niewielkie pieniądze warto dziecku sprawić dużo radości z czytania wzrokiem, słuchem i dotykiem, kiedy składanie liter to plan na dalszą przyszłość. Połączenie koloru z odgłosami szeleszczenia, piszczenia itp. to jak hybryda tradycyjnej książki - dajmy na to, albumu - z audiobookiem - dla dorosłego czytelnika perspektywa z pewnością nie mniej frapująca.




 III. Podręcznik na długo przed szkołą

Są wreszcie książki, które tradycyjną papierową formę wykorzystują do przekazania dzieciom pierwszych informacji o świecie emocji i uczuć, który dopiero powoli staje się dla nich zrozumiały, a który odczuwają w sposób instynktowny. Tutaj jako przykład sprezentowani przez gagę A. i ciotunię L. Małej Mi "Przyjaciele" graficzki Mies van Hout. Przykład na to, jak w formie książki za pomocą ilustracji pokazać, uświadomić dziecku istnienie emocji - tych całkiem i niezupełnie pozytywnych. Taką lekturą do prawdy nie można się znudzić bo coś, co dla kilkumiesięcznego malucha będzie fantazyjną eksplozją kolorów, dla kikulatka może spełniać wręcz funkcję terapeutyczną, jako wstęp do artykułowania własnych uczuć i konfrontacji z odczuciami innych dzieci.
Mies van Hout jest ceniona za wkład w literaturę dziecięcą w krajach Beneluxu, także bardzo popularna w Niemczech, niestety póki co nieznana w Polsce - a szkoda.




Reasumując - książka w życiu dziecka może nawet bez pośrednictwa rodzica z powodzeniem znaleźć się zanim samo dziecko odnajdzie się w świecie liter i chyba warto już od pierwszych chwil zainwestować w czytelniczą przyszłość rozwijającego się w niesamowitym tempie człowieka. Tak na marginesie, to właśnie te pierwsze książkowe wariacje fantastycznie nadają się na zupełnie naturalny przekaźnik wielokulturowości, zwłaszcza w rodzinach bilingualnych (patrz zdjęcia).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz